Laik vs. "Wszechświat w twojej dłoni"



Xin chào! 

W pierwszej klasie liceum miałam taki okres w swoim życiu, w którym fascynowała mnie astronomia. Trwało to góra miesiąc, ale jednak - pojawiły się podobne (kolejne zresztą) miłostki. I jak na taką zajawkę przystało; czytałam o Hawkingu, obejrzałam o nim film; wyszukiwałam wszelakiego rodzaju ogólnych informacji o naszej i sąsiedniej galaktyce, księżycu itp. Kupiłam sobie nawet książkę, którą de facto przeczytałam trzy lata później, ale mimo wszystko kupiłam. Siedziała na półce i za każdym razem, gdy na nią spojrzałam przypominała mi o chwilowej fascynacji astronomią. 

Co warto zaznaczyć, do "Wszechświat w twojej dłoni" miałam aż cztery albo i pięć podejść, ale za każdym razem mówiłam sobie "nie, to jest za trudne dla mnie" i odkładałam na kolejne miesiące. Napiszę więcej; osoby, które również znały tę lekturę powtarzały mi, że zaczęły czytać "Wszechświat...", ale zrezygnowało po kilku pierwszych stronach. Za trudne. I ostatnio znowuż podeszłam do niej z nadzieją, że może tym razem się uda (a wybrałam idealny termin; zaraz przed sesją) i o dziwo, udało się. Jestem po prawie czterystu stronach książki Galfarda. 

Okazało się nawet, że mam coś do powiedzenia na jej temat, stąd też ten wpis. 

Zacznę od informacji dla wszystkich tych, który zaczęli, ale zrezygnowali; dajcie szansę tej książce. Potem zrobi się dużo łatwiej i ciekawiej. Naprawdę. 



Moja opinia: Ta lektura ubogaciła mnie w taką wiedzę, że teraz gdy patrzę w górę, w niebo, w gwiazdy, księżyc; widzę coś całkowicie innego. Majestatycznego. Coś, co jest po pierwsze; dużo silniejsze od nas, coś, od czego to MY jesteśmy zależni, a nie coś od nas (jako od ludzkości), a w dodatku jeszcze nie odkryliśmy wszystkiego. Ha! Właściwie wiele przed nami. 

Galaktyka to skupisko około 300 miliardów gwiazd! 

Napiszę tak: kiedy przełamywałam się przez pierwsze strony, które wydawały mi się szalenie ciężkie, to im dalej w las nie tylko pojawiała się satysfakcja, fascynacja, wiara w siebie, ale również przerażenie. Ale przerażenie czym? Przecież właśnie wspomniałam, że nie ma się czego bać; tylko brnąć przez lekturę. Cóż, nie wynika to z niezrozumienia tekstu, a wręcz przeciwnie. Ze świadomości, o czym się właśnie czyta. Bo jak to tak? Jak to nasza galaktyka Droga Mleczna ma się ku sąsiedniej galaktyce Andromedzie i za cztery miliardy lat one się ze sobą połączą? Ale jak to za pięć miliardów lat słońce wybuchnie? No, jest gwiazdą, dlatego wybuch..ALE JAK TO? Dochodziło do tego, że musiałam odstawić na jakiś czas książkę, aby przemyśleć sprawę. Za wiele wrażeń jak na jedną sesję czytelniczą.

 Ludzkie oczy pozwalają dostrzec kilkaset gwiazd należących do naszej galaktyki, Drogi Mlecznej, oraz ledwie widoczne ślady kilku innych, pobliskich galaktyk. Trzeba jednak wiedzieć, gdzie tych ostatnich szukać!  

I ja wiem, teraz ktoś może pomyśleć, że jakim cudem o tym nie wiedziałam? Poważnie, nie miałam zielonego pojęcia. A ta książka niewątpliwie otworzyła mi oczy na wiele zagadnień. 

Uważam też, że jest świetnie napisana. Przez prawie trzysta stron byłam przekonana, że jest to tak sprytnie i intrygująco napisana lektura o trudnych do pojęcia sprawach, że z całą pewnością będę ją podrzucać znajomym. Autor swoją wiedzę z fizyki wsadził w opowieść i to w dodatku napisaną w narracji drugoosobowej (czyli zwracając się niejako do czytelnika). Genialny zabieg, aby dodatkowo utrzymać uwagę odbiorcy. 

Jeśli by wysłać wiadomość na gwiazdę znajdującej się w Andromedzie (nasza sąsiednia galaktyka), to dotarłaby ona za 2,5 miliona lat.  

Hej! To w takim razie brzmi jak książka idealna! I faktycznie; jak wspomniałam, przez trzysta stron byłam oszołomiona i zachwycona, ale potem - oj potem - przez ostatnich sto kartek zastanawiałam się, czy aby na pewno czytam jedną i tę samą książkę? Stała się monotonna, a przez to nudna. Coraz mniej mnie do niej ciągnęło, co więcej; pod koniec musiałam się zmuszać do czytania. I jak 3/4 przeczytałam w niecały dzień, tak reszta zajęła mi dobrych kilka dni. Pomyślałam, że może straciłam skupienie, więc wróciłam do stu ostatnich stron, ale cóż, było dokładnie tak samo jak za pierwszym razem. Nie wykluczam, że prawdopodobnie nie mam wystarczającej wiedzy, aby hm, ekscytować się tą 1/4 lektury. Jednak mam nadzieję, że rozumiecie moje rozczarowanie. Kiedy czytasz z zapartym tchem, a później próbujesz przebrnąć jakoś do epilogu. Straszny zawód. 

Słońce jest przedstawicielem drugiej albo trzeciej generacji gwiazd. 

Nie zmienia to faktu, że ta książka stała się dla mnie rewolucją w myśleniu. Zawsze, gdy myślałam o wszechświecie, zdawałam sobie sprawę z własnej małostkowości, a po tej lekturze weszło to na wyższy poziom. I ktoś może stwierdzić, że po co o tym myśleć? Jasne, każdy ma prawo do własnego podejścia. Natomiast ja uważam, że zdobywanie wiedzy o wszechświecie jest porządną lekcją pokory, którą każdy powinien nabyć. Chociaż wiem, jak trudne jest zdanie sobie sprawy z tego, że człowiek nie jest centrum wszystkiego. 

Czy polecam? Niewątpliwie tak. Nawet mimo tych męczarni na ostatnich stronach. Myślę, że warto chwycić po tę pozycję, chociażby po to, aby dowiedzieć się, gdzie tak właściwie mieszkamy, a może kim jesteśmy wobec całości, jakie zajmujemy miejsce? W moim przypadku dobry nastrój był obowiązkowy, bo gdybym nie czuła się najlepiej, to obawiam się, że lektura mogłaby mnie dodatkowo przybić. Jak się okazuje, jestem wrażliwa na takie informacje. Jakkolwiek to brzmi. I nie chodzi mi tylko o te negatywne emocje, ale łatwo popadałam podczas lektury w zachwyt. Ogromny zachwyt. Niesamowite zdać sobie sprawę z tego, że jest się częścią (właściwie ziarenkiem) czegoś niezwykłego jak wszechświat. Polecam także robić sobie notatki podczas czytania!

"Wszechświat w twojej dłoni" na pewno jest dla mnie drogą do kolejnych książek o kosmosie.

Droga Mleczna należy do malutkiej grupy 54 galaktyk (są związane grawitacyjnie). Naukowcy nazwali tę grupę "Grupą Lokalną". Największą z nich jest Andromeda, a na drugim miejscu znajduje się Droga Mleczna. 

Niezwykłość nie kończy się na tej książce! Kiedy piszę post, który właśnie czytasz, kanał Everyday Hero (uwielbiam!) dodał odcinek pt.: "Jak wszechświat uczy pokory?". Zachęcam do obejrzenia! 



Ciekawostka na koniec. Autor książki "Wszechświat w twojej dłoni" Christophe Galfard był uczniem Stephena Hawkinga. Na powyższym zdjęciu możecie zobaczyć ich razem. Źródło zdjęcia: Oficjalna strona Dr Christophe'a Galfarda: about me.

Trzymajcie się ciepło i zdrowo, 

Panda Fińsko-Chińska

Aktor musi wiedzieć, co to rozpacz | film Song Lang



Xin chào! 

Styczeń. Piątek wieczór. Jestem świeżo po zajęciach z wietnamskiego. Idąc po wodę, nogi odmawiają mi posłuszeństwa ze względu na to, że czuję się piekielnie zmęczona. W końcu docieram do kuchni, nalewam sobie wodę do szklanki i wtedy - dopiero wtedy - dostrzegam jedno z powiadomień na komórce. "Festiwal Pięciu Smaków. Lunarny Nowy Rok. Filmy. Song Lang"

- Song Lang - powtarzam, bo ten tytuł wydaje mi się dziwnie znajomy. 

Z ciekawości sprawdzam e-maila. Podoba mi się plakat filmu. Czytam opis i z ręką na sercu (tak teatralnie!) zamieram.  

Indonezja. Po drugiej stronie raju | Anna Jaklewicz



Xin chào! 

Musicie wiedzieć, że mam straszny problem z reportażami podróżniczymi. Szczególnie, gdy mowa jest o krajach Azji Południowo-Wschodniej (bo z takimi najczęściej mam do czynienia). Miałam okazję przeczytać chociażby książkę o Malezji "Zakochanych w świecie" czy o Wietnamie Andrzeja Mellera i nie wspominam ich zbyt dobrze. "Indonezja. Po drugiej stronie raju" Anny Jaklewicz jest moją lekturą na studiach, co nie zmienia faktu, że chwytając po nią, byłam - delikatnie pisząc - sceptycznie nastawiona. Bałam się "egzotyzacji" (polecam zapoznać się z podcastem "Tajfunowych przypisów", konkretniej z trzecim odcinkiem. Podcast dostępny jest na spotify, a myślę, że warto, bo otworzył mi oczy), krzywdzących stereotypów czy rozdziałów wypchanych po brzegi opinią autor_ki, aniżeli rzetelną wiedzą. 

Istnieją dwa możliwe powody, dla których publikuję dzisiejszą recenzję: albo reportaż o Indonezji wyjątkowo wyprowadził mnie z równowagi, albo pozytywnie zaskoczył. 

Lalkowy miszmasz


Xin chào! 

Nauka wietnamskiego idzie pełną parą. Coraz to bliższy jest dla mnie ten język i trzeba przyznać jedno: zaskakuje z każdym kolejnym dniem. Co więcej; pracuję nad angielskim, a dziś udało mi się uczestniczyć na lekcjach z podstaw pisma tajskiego. Mam bardzo dużo na głowie i w dodatku przede mną sesja, ale czuję się jak ryba w wodzie. Pracuję nad rzeczami, które uwielbiam i chociaż czasem zdarza mi się zasnąć od razu, gdy położę głowę na poduszce to wiem, że warto. Oj tak, niezwykle warto jest zaharowywać się. 
Mimo wszystko, w szalonym ciągu udało mi się oderwać od nauki. Wzięłam w rękę lalkę i zrobiłam jej kilka zdjęć. I szczerze? Dotarło do mnie jak ważne jest znalezienie czasu na hobby. Zwykła chwila odpoczynku, która ostatnimi tygodniami wydaje mi się luksusem. A nie powinno tak być. 
Wynikiem mojego odkrycia jest ten post. Podzielę się z Wami zdjęciami wykonanymi na przestrzeni minionego roku (ależ dziwnie się czuję z myślą, że już od dwunastu miesięcy interesuję się lalkowym tematem!). Dlatego niech to będzie post z okazji rocznicy, odkąd zostałam kolekcjonerem! 

20 obrazów, które mnie zachwyciły

Dzień dobry! 

Malarstwo jest nieodłączoną częścią mojego życia. Co prawda, żadnego talentu do rysowania/malowania absolutnie nie posiadam, ale obrazy są nie tylko moją inspiracją - także i moim odpoczynkiem. A nawet więcej. Stanowią niezbędny element w chwilach, w których piszę. Jeśli zapoznaję się w nową kulturą, z nowym krajem to nigdy nie pomijam malarzy z danego obszaru świata. Dlatego tworzenie tego wpisu jest dla mnie czystą przyjemnością i ratunkiem w dniach pozbawionych ochoty i weny. Mam nadzieję, że i ktoś z Was znajdzie tutaj coś dla siebie! 

Fińskie słownictwo: Zwierzęta | Eläimet


Wstęp:

Wiem, że taki post może teraz dziwić, bo w końcu siedzę nad wietnamskim, ale muszę przyznać się do czegoś. Szalenie tęsknię za językiem fińskim. Czasem go sobie włączam, tak po prostu. Przy sprzątaniu, robieniu fiszek czy właśnie - przy pisaniu postów. Mimo wszystko, tęsknota jest wręcz doskwierająca w takim miesiącu, jakim jest grudzień. Fiński w tych dniach otula i dodaje świątecznej aury, dlatego poświęciłam tydzień, aby przypomnieć sobie zwierzęta po fińsku (po 10 dziennie, słówka z każdego dnia mają inny kolor), a robiłam to gdzieś w przerwie między zajęciami z wietnamskiego. Warto było! 

"The magic fish", czyli recenzja komiksu


Wstęp

Xin chào!
Komiks autorstwa Trung Le Nguyen spadł mi z nieba. Szukałam czegoś, co nie tylko pomoże mi dodatkowo poćwiczyć język angielski (no cóż, teraz widzę skutki miesięcy bez szkoły, gdzie miałam ten język aktywnie na co dzień, a nie tylko biernie na Youtubie). Muszę jednak zaznaczyć jedną rzecz - jestem osobą, która uwielbia łączyć naukę z fascynacją, dlatego poszukiwałam czegoś około wietnamskiego. Odnalezienie takiej mieszanki wydawało mi się pestką. Niedługo zajęło mi odkrycie, że to jednak dłuższa i cięższa przeprawa przez Internet. 

Wietnam: "Ròm" | pogadanka


Wstęp i język wietnamski 

Xin chào! 
Czułam obowiązek zakończenia tej festiwalowej serii filmowych recenzji specjalnym tytułem. Właściwie produkcją, przez którą trafiłam w ogóle na festiwal "Pięciu Smaków". Dlatego "Ròm" był dla mnie priorytetem nad priorytetami. Wisienką na torcie. Prawdziwym, wietnamskim rarytasem w przysypanej śniegiem Polsce. Cóż, towarzyszył mi także ostatniego dnia w postaci tejże recenzji, która jest dla moich uczuć szczególna, ale do tego jeszcze przejdę! 

Ciekawostka o języku wietnamskim: nie ma w nim zaimka "ty". Naprawdę. Teraz ktoś może wytrzeszczyć oczy i zapytać, co ja za głupoty wypisuję. Jak w takim razie mam się zwrócić do rozmówcy? Ano, właśnie. Zwracając się do kogoś, nazywamy go/ją starszą siostrą (chị), starszym bratem (anh), ciocia (cô), wujkiem (bác), młodszym bratem (em), babcią (bà), dziadkiem (ông), a do osoby w naszym wieku, np. przyjacielu (bạn). Dla przykładu przedstawię Wam zdanie: 
 Mama kupiła dla mnie jabłka: Mẹ mua cho con quả táo. 
A DOSŁOWNIE: Mama kupiła DZIECKU jabłka. Jest to wyraz szacunku i wydaje mi się to bardzo urocze! 
 


"Ròm" rok produkcji: 2019, reżyseria: Tran Thanh Huy  

Fabuła: Tytułowy, główny bohater Ròm ma dziwną "pracę". Czasem jest bogaczem, a czasem nie ma przy sobie ani grosza. Jednym dniem ludzie go kochają, a drugim mają ochotę go zabić. Poza tym uprzykrza mu się jakiś chłopak, bo rywalizują ze sobą w branży. Czym zajmuje się Ròm? Obstawianiem liczb w loteriach i sprzedawaniem samych losów. 

UWAGA! SPOILERY
Myślę: Zacznijmy od tego, że nią miałam pojęcia, iż w Wietnamie jest spory problem z osobami, które biorą udział w loteriach. Tracą wszystkie pieniądze, zadłużają się u szemranych typów, narażają własną rodzinę, bo może akurat tym razem uda im się wygrać grube pieniądze. I tak w kółko. Nie pomagają w tym chłopcy roznoszący losy, obiecujący, że dziś wygra właśnie ten numer, dokładnie ten, który oni podają. Zabawa trwa. Ludzie tracą pieniądze, a uwielbienie do nich wzrasta. Czy istnieje do takiej mieszanki dobre zakończenie? 

W związku z powyższym Tran Thanh Huy przedstawił niezwykle smutny obraz mieszkańców Sajgonu, którzy zarażają siebie hazardem i popadają w coraz większą obsesję na punkcie loterii. Z tego filmu uderza bieda, cierpienie i uwaga, nadzieja. Nadzieja objawia się w głównym bohaterze (którego, swoją drogą, gra młodszy brat reżysera i moim zdaniem radzi sobie wspaniale). Ròm pragnie odnaleźć swoich rodziców. Pewnego dnia trafia się okazja, aby zrealizować jego marzenie o spotkaniu mamy i taty, dlatego tak zależy mu na znalezieniu szybkiej i łatwej gotówki. Jednak wykorzystywanie uzależnionych ludzi nie jest takie łatwe, jak mu się wydawało. Na jego drodze stoi drugi chłopak - Phúc - , do którego "należał teren". Zatrzymajmy się tutaj na chwilkę. 
Relację Phuca i Roma można porównać do powtarzającej się paraboli. Jeśli widz już myśli, że między chłopakami jest w porządku, a nawet zaczynają się przyjaźnić, to chwilę później zdaje sobie sprawę z własnej naiwności. Myślę, że niewątpliwie tragedią dla bohaterów jest fakt, że absolutnie nikomu nie mogą ufać. Są zdani tylko na siebie w brutalnym środowisku, gdzie każdy musi być egoistą, aby przetrwać. 

Scenariusz jest dynamiczny, nie nudzi, a wciąga od pierwszych minut. Zaopatrzone jest to także w piękne kadry, które pokazują niejako duszność okolicy, w jakiej żyją bohaterowie. Widz zdecydowanie czuje się przytłoczony przez tę część Sajgonu. A również ciekawie prowadzona kamera, która subtelnie oddaje emocje danej sytuacji. Porównałabym to trochę do filmu "Moonlight". Dlatego też "Rom" jest szalenie refleksyjną i emocjonalną pozycją. Ściska serce, kiedy obserwuje się cierpienie głównego, tytułowego bohatera. Jego porażki niemal zmuszały do łez, a gdy udało mu się coś osiągnąć, widz zaczynał mu kibicować z całych sił. Film miałam okazję obejrzeć wraz z siostrą, która ma całkowicie inny gust filmowy ode mnie, a jednak obie przeżywałyśmy seans. Och, niektóre sceny wbijały w fotel!

Czy warto obejrzeć tę wietnamską produkcję? JAK NAJBARDZIEJ! Co więcej, uważam, że jest to najlepszy tytuł, jaki obejrzałam przy okazji Festiwalu. Jest dla mnie strasznie ważny, bo nie tylko wprowadził mnie w świat azjatyckiego festiwalu, wzbudził jeszcze większe zainteresowanie samym Wietnamem, ale przede wszystkim - został w głowie i nie chce stamtąd wyjść! 
Warto zaznaczyć jedną rzecz: zakończenie zostało zmienione. Musiało, ponieważ w innym wypadku reżyser nie mógłby go wypuścić na wietnamski rynek (pamiętajmy, Wietnam to komunistyczny kraj). Nie zmienia to faktu, że kiedy "Rom" w końcu zdobył swoją premierę w ojczyźnie, okazał się prawdziwym hitem. A ja się temu wcale nie dziwię i jeśli miałabym Wam polecić jeden tytuł na święta - byłby to właśnie ten. 

Koniec festiwalowych recenzji 

To, czego nauczyły mnie filmy obejrzane w ciągu ostatnich dni to przede wszystkim - wyrozumiałość. Jaka to była lekcja empatii! Różnorodność poruszanych tematów, kwestii społecznych, problemów sprawiała, że ja jestem wrażliwsza na ludzi. Więcej rozumiem, więcej wiem i jestem przeogromnie wdzięczna za ten niesamowity, filmowy wykład. 
A zapowiedzi przed seansami, które wprowadzały w dany tytuł, aby lepiej go zrozumieć czy same wywiady z reżyserami i reżyserkami przyniosły mi multum szczęścia. Wiem jedno, na pewno za rok również wezmę udział. Choćby jeden dzień! 

Poza tym dobrze mi zrobiło tak intensywne pisanie recenzji. Z jednej strony było to po to, aby móc wkręcić się na nowo w, no właśnie - pisanie recenzji -, a z drugiej zwykła potrzeba podzielenia się bardzo ważnym i cudownym, wydarzeniem w moim życiu, dzięki któremu genialnie kończę 2020 rok. 
Ha! Napiszę więcej! Jestem z siebie szalenie dumna, że udało mi się zrealizować te pięć postów w ciągu około dziewięciu dni. Nie wierzyłam w swoje możliwości, a jednak. Bardzo mnie to cieszy! 
Widzimy się pod koniec tygodnia. Całusy! 

Trzymajcie się ciepło i zdrowo 
Panda Fińsko-Chińska 

Poprzednia festiwalowa pogadanka: "Geran" i "Czasami, czasami" (Malezja) 
Aktualizacja: Na festiwalu Pięciu Smaków obejrzałem:  
4) "Wioska Ohong" (Tajwan) 
5) "Smak phở" (Polska) 
6) "Ròm" (Wietnam) 
7) "Słodko-gorzki" (Japonia) 
10) "Mekong 2030" (Laos) 
11) "Kropla piękna" (Korea Południowa) 
12) "Kulinarne historie: Posiłek na planie" (Tajlandia) 
13) "Kim Ji-young, urodzona w 1982" (Korea Południowa) 
14) "Bestie na krawędzi" (Korea Południowa) 
15) "Szczęściara Chan-sil" (Korea Południowa) 
16) "Córka przeklętej ziemi" (Indonezja) 
17) "Odleżyna" (Korea Południowa) 

źródło zdjęć: imdb

Malezja: "Czasami, czasami" i "Geran" | pogadanka

"Niech świat Cię zmieni, a wtedy Ty zmienisz świat" cytat z filmu "Mekong 2030 (Laos)"
 


Wstęp

Xin chào! 

Dziś kraj, którego jeszcze na Pandzi nie było. Co prawda, Malezja gościła na moich półkach w tym roku, ponieważ miałam okazję przeczytać reportaż o wyjątkowym państwie. "Zakochani w świecie. Malezja" - to książka, która dla takiego laika jak ja, pomogła zapoznać się na podstawowej płaszczyźnie z kulturą czy sytuacją w Malezji. Nie zmienia to faktu, że książki raczej nie polecam, bo zjadłam przy niej więcej nerwów niż się dowiedziałam. Z drugiej strony wydaje mi się, że na polskim rynku - tak, jak w przypadku Wietnamu - lektur o Malezji jest niewiele, a wręcz w ogóle. (Naturalnie, jeśli ktoś ma coś do polecenia, to chętnie przyjmę!). 

 

Mając to na względzie, nic dziwnego, że filmy malezyjskie (a konkretnie; dwa) okazały się moimi pewnikami na festiwalu Pięciu Smaków. Zanim jeszcze jednak do nich przejdziemy, chcę Wam opowiedzieć ciekawostkę. 

Połowa społeczeństwa w Malezji to "mniejszości" narodowe, tzn. głównie Chińczycy czy Hindusi. Co ciekawe, filmy produkowane przez te mniejszości/w języku innym niż malajski przez długi czas nie były uznawane za, no właśnie - malezyjskie. Dopiero w ostatnim czasie zaczęło się to zmieniać. Między innymi jeden z prezentowanych dziś tytułów "Czasami, czasami" jest produkcją w języku mandaryńskim, a sam reżyser ma korzenie chińskie. Jednak film wyraźnie przypisywany jest do Malezji. Ot, taka ciekawostka! 



Filmy


"Czasami, czasami" rok produkcji: 2020, tytuł oryginału: "Yi Shi Yi Shi De" 

Jedna z pierwszych produkcji, jakie obejrzałam na festiwalu. Z jednej strony, chciałam zobaczyć chociaż jeden film z Malezji, a z drugiej - fabuła niezwykle mnie zainteresowała.
Fabuła: Zi Ken skończył szesnaście lat. Myśli o kolejnym etapie w jego edukacyjnej karierze. Dlatego też chciałby się w końcu poczuć jak dorosły człowiek. Zakochuje się. Papuguje przed rówieśnikami teksty, które usłyszał od partnera matki. Samą matkę traktuje, jakby to ona była jego dzieckiem - wypytuje gdzie była, z kim, dlaczego wraca tak późno? Można pomyśleć, że traktuje ją chłodno, jednak okazuje się to jedynie powierzchownym założeniem. 

Myślę:

Powiem tak; od tego filmu nie miałam żadnych oczekiwań. Po prostu włączyłam go pewnego wieczoru po zajęciach z podejściem "niech się dzieje, co chce". Nie mogę ukryć, że przez pierwsze pół godziny zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie. Fabuła wciągała, relacja pomiędzy synem a matką intrygowała, bo, przyznam szczerze, jeszcze czegoś takiego nie widziałam/nie doznałam. Dlatego nic dziwnego, że nie mogłam oderwać wzroku od ekranu, ale potem. Oj, potem napięcie i intryga zaczęły opadać. Dochodziły coraz to nowsze wątki, które nic konkretnego nie wnosiły do historii. W związku z tym, że na niebie księżyc zabawił na dobre, pod kołderką było cieplutko, a film nudny, nudniejszy, to z trudnością udało mi się dotrwać do końca z pełną świadomością. Ale osiągnęłam to i wraz z ulgą po zakończonym seansie, przyszło rozczarowanie, bo "Czasami, czasami" miało w sobie wielki potencjał. Jednak muszę podkreślić, że dla reżysera, a także scenarzysty i aktora grającego główną rolę - Jacky Yeap - było to debiut i nie można napisać, iż okazał się on nieudany. Mimo wszystko, myślę, że warto obejrzeć ten film. Chociażby ze względu na ciekawie wykreowaną postać syna (gwoli ścisłości, którego właśnie zagrał sam reżyser) czy dającą do myślenia relacje między głównymi bohaterami. 

Dobrze, muszę o tym wspomnieć, ale także po to, aby delektować się językiem mandaryńskim! 

Na koniec dodam, że dla Yeapa wielką inspiracją była jego relacja z reżyserką, z którą wcześniej pracował na planach filmowych. 



"Geran" rok produkcji: 2020

Odkąd w lutym zafascynował mnie Bruce Lee i jego filmy, to z chęcią patrzę na produkcje związane ze sztukami walki. Właśnie to uczucie zachęciło mnie do obejrzenia malezyjskiej produkcji o sztuce walki zwanej "silat". Ale podkreślę - jestem totalnym nowicjuszem w temacie filmów akcji. 

Przyznam szczerze, że o silacie pierwszy raz usłyszałam przy okazji omawianego dziś filmu. Jednak dowiedziałam się w zapowiedzi "Geranu", że jest on [silat] znany szerszej publiczności przez indonezyjską serię filmową "The raid". Jeszcze nie miałam okazji zapoznać się z nimi, ale z całą pewnością przyjdzie dzień, kiedy takowy seans sobie zorganizuję, a czemu nie! 
Ostatnia sprawa: silat indonezyjski, a malezyjski różni się następującą kwestią - ten pierwszy jest raczej hm, artystyczny, przypominający taniec, natomiast drugi służy przede wszystkim do walki. A twórcy filmu "Geran" chcieli za pomocą kamery uwiecznić ich regionalną sztukę walki. Co zdecydowanie dodatkowo zachęciło do mnie obejrzenia tego tytułu. 

Fabuła: Mat Arip jest najmłodszym synem z trójki rodzeństwa, jednak to właśnie on przysparza rodzinie najwięcej problemów. Miarka się przebrała, kiedy przez jego długi, siostra, brat i ojciec zostają napadnięci przez okoliczny gang. 

Myślę: 

Powtórzę się, ale to, co najbardziej cenię w Festiwalu Pięciu Smaków to nie tylko fakt, że mogę dowiedzieć się sporo nowych rzeczy o Azji, ale także obejrzeć filmy, które są dla mnie całkowitą nowością i świeżością na ekranie. "Geran" jest produkcją niskobudżetową i to widać, ale absolutnie nie zmienia to faktu, że bawiłam się przy nim bardzo dobrze. Wiadomo, że nie jest tytułem, który po seansie zmusi widza do refleksji nad życiem i społeczeństwem, jednak same przedstawione walki wprawiają widza w zachwyt. Co więcej, nie wiem, czy powinnam to podkreślać, ale jedną z czołowych przedstawicieli silatu w tym filmie to kobieta - Fatimah. Chciałam zwrócić uwagę na tę rolę, ponieważ zawsze, gdy myśli się o tego typu kinie, raczej ma się przed oczami osoby pokroju, nawet wcześniej wspomnianego, Bruce'a Lee. 

"Przyszła prawda i zniknął fałsz. Zaprawdę, fałsz musi zniknąć." 

Po drugie podobały mi się przejścia scen, kiedy Mat Arip wpędzał swoją rodzinę w coraz większe problemy, a w tym samym czasie jego ojciec go bronił, a nawet faworyzował! Moim zdaniem, te momenty zostały umiejętnie pokazane i jasne, drobnostka, ale za to jaka oddziałująca i dodająca głębi całej historii. Plus akcja dwutorowa w tej produkcji sprawia, że jest najzwyczajniej w świecie - ciekawiej.  

Chcę wpis miło zakończyć, dlatego zacytuję Wam, co napisałam, gdy robiłam notatki podczas seansu: "widzę w tym filmie zamiłowanie i pasję do tego, co się robi, może dlatego tak dobrze się to ogląda." Dodam jeszcze, że aktory w "Geran" posługują się językiem malajskim! (którego też miło posłuchać). 

Na koniec: chciałam bardzo wspomnieć o tych filmach, ale musiałam umieścić je w jednym poście, bo nie czułam, że mam wiele do powiedzenia na ich temat. Mam nadzieję, że w porządku się czyta tak krótką formę!
Ściskam Was mocno,
Panda Fińsko-Chińska (i nie tylko!) 

Poprzednia festiwalowa pogadanka: "On podaje rybę, ona woli kwiaty" (Wietnam) 
Aktualizacja: Na dziś, 05.12.2020, jedenaście dni od rozpoczęcia festiwalu, obejrzałem: 
3) "Czasami, czasami" (Malezja) 
4) "Wioska Ohong" (Tajwan) 
5) "Smak phở" (Polska) 
6) "Ròm" (Wietnam) 
7) "Słodko-gorzki" (Japonia) 
9) "Geran" (Malezja) 
10) "Mekong 2030" (Laos) 
11) "Kropla piękna" (Korea Południowa) 
12) "Kulinarne historie: Posiłek na planie" (Tajlandia) 
13) "Kim Ji-young, urodzona w 1982" (Korea Południowa) 
14) "Bestie na krawędzi" (Korea Południowa) 
15) "Szczęściara Chan-sil" (Korea Południowa) 
16) "Córka przeklętej ziemi" (Indonezja) 

źródła zdjęć: imdb, High on Films, Golden Horse