Problematyka Pinokia


Cześć, moi, 你好!
  Uwielbiam wracać do rzeczy, które dawniej wywołały we mnie burzę pozytywnych emocji, zszokowały i nie pozwoliły o sobie zapomnieć. "Pinokia" czytałam jako bobas, niezadowolony z faktu, że musi przeczytać KSIĄŻKĘ i to do SZKOŁY, a potem będzie z tego oceniany.
Niedawno obejrzałam z siostrą filmową adaptację tej lektury. Film z lat 40. wyprodukowany przez Walt Disney. Pewnie każdy kojarzy tę animację i przed obejrzeniem również wiedziałam, na czym stoję. Jednak produkcja chwyciła mnie za serce jeszcze mocniej niż myślałam. Nie wiem, czy było to spowodowane nostalgią, sentymentalnością czy czymkolwiek innym, ale jestem pewna, że to uczucie pozwoliło mi na chwilę zapomnieć o świecie rzeczywistym. Bajka trwa około 100 minut. Dawno minuty nie uciekały tak szybko spoza moich rąk.
Dzień później chwyciłam za książkę i takim oto sposobem; czuję się przygotowana do napisania tego wpisu. Z pełną świadomością swoich słów, mogę wystukać na klawiaturze, że Collodi dotyka wielu problemów w sposób dziecinny, subtelny, a zarazem niezwykle emocjonalny, co rozrusza serce i głowę pochłonięte szkolną nauką.
"Niewielu ludzi odwiedzało staruszka, sądzili bowiem, że jeśli jest biedny, to nie jest mądry." 

1. Chcę być prawdziwym chłopcem! 

  Głupie pytanie; co sprawia, pomijając kwestie fizyczne, że możemy zaklasyfikować się jako człowiek, istota żyjąca, a nie krzesło? Odpowiedzieć można na tryliard różnych sposobów, ale chodzi mi przede wszystkim o emocje. Czy człowiek bez sumienia, niszczący wokół siebie piękno w postaci ludzi, przyrody jest "prawdziwym chłopcem", którym tak bardzo chciał być Pinokio?
Wróżka i Gepetto sprawiali, że pajacyk nie był obojętny. W bajce występuje moment, w którym chłopiec zaczyna płakać, z radości rzuca się w ramiona swojego taty, tęskni, boi się, marzy. Wszystko to świadczy o jego człowieczeństwie, a jednak nie powstał jako człowiek. Był z drewna, wyróżniał się spośród innych dzieci i ta jego dziwaczność zostawała bardzo często wykorzystywana przez złe postacie.
  Odnosząc się do tego, jeden z moich ulubionych motywów w bajkach to ten, w którym bohater jest zaabsorbowany marzeniem. Fantazjuje o rzeczach, do których powoli dąży. Czasem czołga się po błocie, aby dosięgnąć to, co sobie wyznaczył. Pinokio chciał być prawdziwym chłopcem, chociaż inni go poniżali, bawili się nim i ani przez chwilę nie zastanowili się, że hej, chłopak jest z drewna, ale co z tego, skoro odczuwa dokładnie to samo, co my? Nie, dla innych był to idealny przedmiot do zarobienia pieniędzy, a mimo tych postaci, chłopiec miał swoje sumienie. Między innymi dzięki niemu mógł cieszyć się ciepłą skórą zamiast chłodnej kory.


2. Mój przyjaciel - osioł.

  Skoro już o przyjaciołach mowa; pamiętasz sytuację, w której Pinokio wylądował na wyspie, gdzie niegrzecznym chłopcom, wagarowiczom obiecywało się idealne życie bez chodzenia do szkoły i na ciągłych zabawach, a tak naprawdę zamieniali się w oni w osły? Tam główny bohater poznał Knota. Zaprzyjaźnił się z nim wielce, jednak to (jeszcze wtedy) kukiełce udało się uciec, ale przyjaciel niestety został przemieniony w osła na dobre. 
Bohater wrócił do Gepetto, jednak któregoś dnia spotkał w stodole sąsiada, w którym leżało chore zwierzę. Po przyjrzeniu mu się, Pinokio odkrył, że to jego kochany Knot. Długo nie myślał i chłopiec obiecał mu, że wykupi go, choćby nie wie co. Nie miał zbyt wiele pieniędzy, dlatego zaczął pracować jeszcze intensywniej; nawet dwa razy więcej i niejednokrotnie zasypiał przed książkami ze zmęczenia. Po wielkim wysiłku, jaki włożył w odzyskanie przyjaciela, w końcu mu się udało. A warto wspomnieć, że Pinokio na samym początku był niezwykłym leserem. I obyś miał/a taką osobę, która rzuciłaby wszystko, żeby Tobie pomóc. I obyś miał/a tak bliskiego sobie człowieka, że to Ty nie spałbyś po nocach, aby tego kogoś uratować. Piękna wizja. 
Po tym zdarzeniu Pinokio stał się prawdziwym chłopcem.
"− Knot! Knot! Przyjacielu! - przytulił się do oślej szyi i zapłakał. - Nie martw się Knot, zabiorę Cię stąd, zapracuję i na to." 

3. Nie kłam, nawet jeśli świerszcz powiedział, że tak będzie lepiej. 

  Obiecujesz tacie, że pójdziesz grzecznie do szkoły, będziesz się pilnie uczyć i zjesz jabłko. Trzymasz w rękach podręcznik, na który Twój rodzic wydał ostatnie pieniądze po to, żebyś mógł się edukować. Taką troskę dostał Pinokio. Skupiając się na filmie, obserwujemy jak naiwny chłopiec zostaje zmanipulowany przez lisa i jego głupiutkiego kota. 
"Będziesz artystą! Będziesz wielkim aktorem! Ludzie będą Cię kochać!" - obiecywał, a Pinokio zachwycony tą wizją ruszył za czarnym charakterem, za postacią, która tak naprawdę chciała na nim zyskać. I takie osoby lepiej omijać szerokim łukiem. Ale jak poznać, że ktoś może Cię wkręcać? Może Pinokio widział w tym pieniądze dla swojego ukochanego Gepetto? 
Chłopiec z drewna został uwięziony w klatce. Z rozpaczy zaczął płakać, przepraszać swojego tatę i prosił, aby go wypuszczono. W tym czasie wróżka przychodzi na pomoc jemu i jego sumieniu - świerszczowi. Jednak owad zamiast nakłonić Pinokia do mówienia prawdy; stwierdził, że lepiej, jakby chłopiec nie mieszał go w całą tę sytuację. W taki oto sposób zaczął kłamać. Wszyscy wiemy, z jakimi konsekwencjami wiąże się nieszczerość chłopca. Ty też wykop swojego świerszcza! 


Podsumowanie

  Powtórzę się, ale często wracam do rzeczy, które w dzieciństwie były dla mnie ważne. Mam chwilę na to, aby móc cofnąć się w czasie i ja wiem, że to jest banalne stwierdzenie. Kiedy jednak siedzi się w tym poczuciu bycia dzieckiem to nie ma dla Ciebie znaczenia, czy słowa, które wypowiadasz są cytatami powtarzanymi w kółko w Internecie. Zamiast tego poruszają Cię inne problemy - chociażby to, że Pinokio został połknięty przez wieloryba. Zastanawia mnie też myśl, czy fizyczna cecha drewnianego chłopca związana z nosem byłaby dobrym sposobem w realnym świecie? Myślisz, że świat stałby się łatwiejszy, gdyby żadnego kłamstwa nie dałoby się zataić?
  Dziękuję za przeczytanie tego, może nieco infantylnego tematu, ale w momencie, w którym moje oczy wpatrywały się w biednego Gepetto i resztę bohaterów, był on dla mnie bardzo ważny.
Tata: 
Isä
爸爸 (bàba)

Podzielę się jeszcze jedną rzeczą językową, która wpadła mi ostatnio w oko, ale tym razem coś dla odmiany, czyli niemiecki.

Fallen oznacza "upadać", a "podobać się" brzmi gefallen. W Partizip Perfekt te dwa czasowniki wyglądają identycznie; gefallen. (różnią się jedynie czasownikiem posiłkowym)
Wszystkiego dobrego! 

Jedna z moich rupieciarni

Dzień dobry, hyvää huomenta, 你好
  Pierwszą swoją poważną książkę napisałam, gdy chodziłam do trzeciej klasy szkoły podstawowej. Wypisałam wtedy cały zeszyt 32-kartkowy, który na okładce miał rudą dziewczynkę z kręconymi włosami i to właśnie o niej była opowieść. Po zakończeniu mojego wielkiego projektu, pobiegłam do mojej wychowawczyni i oddałam jej moje wypociny do sprawdzenia. Zeszyt nie wrócił do mnie, ale mimo wszystko, duma jaka mi wtedy towarzyszyła nadal tli się w czeluściach mojej głowy.
  Pisanie to wyżywanie się. Stukasz w tę klawiaturę, nawet czasem nie myśląc, co dokładnie piszesz, ale wiesz, że te zdania oczyszczają każdy kłębek, który potem chciałby się przeistoczyć w, być może, gorsze samopoczucie. Tak przynajmniej jest ze mną. Gdy, cytując Konrada z "Dziadów", tworzę nieśmiertelność jest mi najzwyczajniej w świecie lepiej.
Dlatego chcę podzielić się z Tobą kawałkiem tego, co czasem wypiszę w zeszycie. Inspiracja do tego fragmentu; "Pasja życia", czyli niesamowita biografia Vincenta van Gogha.


         W poprzednim wcieleniu, jeśli reinkarnacja istniała, musiała być motylem. Poruszała się zwinnie, ale odnosiło się wrażenie, że ludzie płoszyli ją, sprawiali, że natychmiastowo uciekała. Oczy za to miała kocie, jasnobrązowe i wędrujące po gabinecie. Nieśmiałość była jej wizytówką, podobnie jak podkręcone, ciemne włosy i dłonie pianisty.
         Wstałem i podałem jej rękę.
― Dzień dobry – zacząłem. – Kasia, dobrze pamiętam?
― O nie, nie! – zaprotestowała. Po tych słowach wiedziałem, że pomyliłem się, co do jej nieśmiałości. – Tylko nie Kasia. Proszę mówić mi Urszula, byłabym wdzięczna.
Uścisnęła moją dłoń. Była chodzącą słodyczą, dlatego intrygowała mnie. Takie osoby stanowiły idealny kontrast – choć lukier na zewnątrz to próchno w środku. Miałem nadzieję, że z jej ust padnie coś złego.
         Niepewnym ruchem poprawiła żółtą sukienkę na sobie i usiadła na kanapie. Gdy usadowiłem się naprzeciwko niej, rozpocząłem, uśmiechając się:
― Wybacz, że o to zapytam, ale dlaczego Urszula?
Widziałem po jej twarzy, że lubiła to pytanie; rozpromieniła się i oczy nabrały blasku, jakby stały się bardziej pewne siebie. Znowu poprawiła sukienkę.
― Podoba mi się dużo bardziej i mam wrażenie, że pasuje do mnie – odpowiedziała z nieukrywaną dumą. – Poza tym…kojarzy mi się z pewną osobą, nieważne. Proszę mówić mi Urszula i żadnych zdrobnień, dobrze? One mnie brzydzą.
Jej słowa mogłyby się wydawać atakujące, władcze, ale ton głosu dziewczyny był melodyjny, owiany sympatyczną aurą, przez co słuchało się chętnie, ale niekoniecznie chciało skupiać przy tym nad treścią.
Miała też wyraziste piegi i ciemne oczy. Twarz jakby wyjęta z jednej z disneyowskich bajek.
         Zapoznawanie się nie zajęło nam długo. Uwielbiała mówić o sobie; nie za bardzo słuchać, ale nie miało to większego znaczenia w tamtej chwili. Oboje rozkoszowaliśmy się sobą w gabinecie; ona przez mówienie, ja przez moją ciszę i jej melodyjny hałas.
― Mam wstręt do ciuchów, które mają inny kolor niż żółty – mówiła. – Czuję się brzydka, jakaś wyblakła w czerwieni, niebieskim czy bieli. Kocham żółte sukienki! Chciałabym chodzić tylko w nich.  Odczuwam, że jestem wtedy bardziej urocza, że uśmiecham się samymi ciuchami. Moi rodzice, jako oddani fani czerni, bieli czy szarości, krytykują mnie za moją żółć, ale proszę pana! Chyba mamy poważniejsze problemy niż ubrania swoich dzieci, które są już po dwudziestce, prawda? Mogliby zadbać o moją głowę, a nie garderobę.
― Rozumiem, że twoje relacje z rodzicami nie są najlepsze.
Zamyśliła się. Myślami przebiegała galaktyki. Miałem wrażenie, jakby analizowała każdy fragment ze swojego dzieciństwa.
Po chwili skrzywiła się i uśmiech szybko nie wrócił na jej usta.
― Nie lubię myśleć o nich, o tym, że z nimi mieszkałam. W ogóle nie przepadam za swoją przeszłością. – Znowu zatrzymała się na chwilę, aby pozbierać wszystko w głowie. Trwało to parę minut. Patrzyła się wtedy na paprotki. Kochałem te rośliny, byłem pewien, że to one między innymi ułatwiały mi pracę; pomagały ludziom zaufać. – Jestem im wdzięczna za Vincenta.
― Vincenta?
― Tak, Vincenta van Gogha. Moi rodzice interesują się sztuką i dawkowali mi ją od najmłodszych lat. Teraz pan rozumie? To absurd, że ludzie, którzy mają takie zainteresowanie za każdym razem ubierają się jak na pogrzeb, a na ich twarzach maluje się powaga większa od Panoramy Racławickiej. Ich charaktery są adekwatne do wyglądu.
― To wszystko sprawia, że chcesz być inna od nich?
― Ja jestem inna od moich rodziców!
To zdanie, choć pełne złości, powiedziała zadziwiająco cicho; nie tyle nie była pewna słuszności wypowiedzianych słów, ale jednak coś powodowało, że popadła w niewielką rozpacz, która odbierała jej pewność siebie.
Widząc, jak wcześniej ucieszył ją Vincent, dopytałem o niego. Urszula zaczęła nie tylko ożywać, ale również emanować euforią.
― Och, mój Vincent! – Oczy zakochane, ciało i umysł obtoczone głęboką miłością. – Za mojego artystę jestem wdzięczna rodzicom. Rozpoczęłam z nim romans bardzo młodo. Teraz czuję, jakbyśmy byli starym małżeństwem po wielu przejściach. To osoba, z którą mogłabym rozmawiać godzinami, inspirować się nią, patrzeć na jego obrazy dniami i nocami, zachwycać się nimi na nowo i myśleć o nim.
Ucichła i nie przestawała się uśmiechać. Miała dołeczki w policzkach i coraz smutniejsze oczy, co kontrastowało z jej ustami.
         Urszula skrzyżowała ramiona i wydawałoby się, że tym gestem odgrodziła się ode mnie. Jakby przeżywała w głowie coś wspaniałego, jakby rozmawiała z samym Vincentem, jakby naprawdę czuła jego obecność. Zarumieniła się, przez co jej twarz nabrała łagodniejszych rysów. Oddychała ciężko. Dziewczynie zajęło paręnaście dobrych minut, zanim przypomniała sobie o mojej obecności. Spojrzała wtedy na mnie przestraszona. Kolejne chwile mijały, a ona próbowała w tym czasie zabrać głos, ale kiedy zadawałem jej pytanie – milczała. Wiedziałem jednak,  że walczyła o słowa.
Pustym wzrokiem wpatrywała się w podłogę. Nerwowo bawiła się palcami. Zastanawiałem się, dlaczego zabierał z niej życie; dlaczego ona dawała się zawładnąć? Potrzebowała kogoś, kto zająłby się nią? Wyczuła w nim tę samotność, którą ona odczuwała równie mocno?
―Vincent? – zapytałem po następnej dłuższej przerwie.
― Vincent – odpowiedziała w końcu.
― Czego on chce od ciebie, Urszulo?
― Chce, żebym wróciła do Holandii.
― Co myślisz o tym pomyśle?
― Nie mam na tyle pieniędzy. Rodzice nie pomagają mi, odkąd wyjechałam na studia.
Jej słowa były bez krzty emocji. Mówiła wolno. Również, co chwilę, poprawiała swoją sukienkę. Chciałbym widzieć smutek Urszuli, nie pustkę. Nie nudziła mnie będąc wypłowiałą z emocji, ale bardziej przerażała. Gdy mówiła przechodziły mnie dreszcze, a jej wzrok wywoływał gęsią skórkę, co było rozrywką, ale kiedy oglądało się to w słabym horrorze. A nie mając horror w swoim gabinecie.
― Dlaczego to on nie odwiedzi ciebie? – zadałem kolejne pytanie, uważnie przypatrując się jej mimice i gestom.
Wyraz twarzy Urszuli zmienił się. Nie zrozumiała mojego pytania i patrzyła na mnie, jak patrzyłoby się na największego idiotę na świecie. Rozchyliła usta i dalej wędrowała, oziębłym wzrokiem po pomieszczeniu, myśląc.
― Przecież Vincent żyje tak ubogo i skromnie jak nikt inny – tłumaczyła i tym razem czułem troskę w jej słowach. Mówiła coraz ciszej.  – Nie zna pan jego historii? Proszę mi nie mówić, że kojarzy go pan tylko z ,,Gwieździstą nocą” i ,,Słonecznikami”. Zrobi mi się wtedy źle i będę czuć, że rozmawiam ze złą osobą.
Nie podobało mi się to, że to Urszula wywoływała we mnie presję. Jednak nie przychodziło mi do głowy inne rozwiązanie. Opowiedziałem jej wszystko, co wiedziałem o Vincencie – począwszy od pracy jako duchowny, kończąc na najpopularniejszych ciekawostkach z życia artysty. Słuchała mnie z nieukrywaną ciekawością. Jak wcześniej zauważyłem to, że mogłaby mówić dużo o sobie, to dodałbym również, że i temat Vincenta była dla niej intrygujący i zadowalający.
Piętnaście minut, które minęło, było czasem wypełniającym gabinet słowami „impresjonizm”, „niedoceniany”, „wiecznie zakochany”, „zdeterminowany”. Powtarzała, że chciałaby mieć tyle wytrwałości, co van Gogh, że marzy jej się odkryć taką pasję, na którą nie szkoda by życia.
― Ile ja bym dała, aby pragnąć dzielić się wszystkim z ludźmi, bo wystarczyłoby mi atelier, a w nim sztalugi, pędzle, farby i ja jako symbol szukania satysfakcji w obrazach! – mówiła, patrząc na mnie ze łzami w oczach. – Chcę do Amsterdamu, Hagi czy Paryża, ale ja nie mam Thea. Brakuje mi osoby, od której mogłabym dostać miłości i takiej, dla której pragnęłabym jej trochę oddać. Za mało we mnie środków do dzielenia się.
Uśmiechnęła się przez łzy. Spuściła wzrok, ale wydawało się, że mimo wszystko ktoś ją pocieszał – Vincent osładzający i uszlachetniający każdą minutę Urszuli.
         Serce mnie ściskało na myśl o jej pokoju. Opowiedziała, że kocha żółty kolor, zatem takie musiały być ściany. Dokoła obrazy impresjonisty, ale nie tylko. Meble również nabrały motywów z jego dzieł, czym zajęła się sama Urszula, chwytając w ręce farbę i pędzel. Gdy skończyła, była przygnębiona, bo nie odczuła niczego. Malowanie nie sprawiało jej radości, za co przepraszała przez całą noc Vincenta, mając go obok. Wyobraźnia mówiła dziewczynie, że mężczyzna przytula ją mocno i dałaby sobie rękę uciąć, że tamtej nocy czuła masywne ciało Vincenta. Nazajutrz wstała i spojrzała na meble. Wiedziała, że wyglądały dobrze, bo natchnął ją van Gogh.
         Rozmowa z nim trwała. To była żywa dyskusja, podczas której nie przestawała płakać. Miała czerwoną twarz i trzęsące się dłonie. Podałem dziewczynie chusteczki, a ona nawet na nie nie spojrzała.
― Dlaczego on sugeruje, że go nie kocham? – zapytała. – Dlaczego innym kobietom potrafi przekazywać tyle czułości, a dla mnie jej skąpi? Nikt nie chce mi się oddać!
         Zanim trafiła do szpitala psychiatrycznego, to minęło paręnaście dni, podczas których samotność Urszuli była straszniejsza, dawała o sobie znać na każdym kroku, a nawet w jej, przepełnionym Vincentem, pokoju.
Gdy wychodziła, znowu poprawiła swoją żółtą, jak słoneczniki, sukienkę.

Kocham Cię: 
(Minä) Rakastan sinua. 
我喜欢你 (wǒ ài nǐ)

Rzecz o ptakach | Noah Strycker

"Korpus Łączności Armii Stanów Zjednoczonych posłużył się tysiącami ptaków, w tym gołębicą zwaną Cher Ami, która uratowała dwustu żołnierzy USA w 1918 roku, dostarczywszy wiadomość pomimo otrzymania bezpośredniego strzału w pierś, który pozbawił ją oka i roztrzaskał nogę. Bohaterka została później odznaczona za zasługi francuskim Krzyżem Wojennym (...) padła po powrocie do Stanów Zjednoczonych w 1919 roku i została wystawiona na ekspozycji w Instytucie Smithsona."
 Dzień dobry, hyvää huomenta, 你好
  Znalazłam tę książkę na półce mojej siostry. Ni z tego, ni z owego chwyciłam ją i stwierdziłam, że nóż widelec, spróbuję. Wizualnie przykuwa uwagę od razu. Piękne zdobienia w środku (z motywem piór, ot co!) zachęcało mnie jeszcze bardziej. Nie spodziewałam się tego, że ciekawostki o ptakach, nawet tych, wydawałoby się zwyczajnych, które otaczają nas na co dzień, zaciekawi moją głowę na tyle, aby dosłownie przesiedzieć nad srokami czy szpakami całą sobotę
  Noah Strycker to mistrz w budzeniu zachwytu nad naturą. W każdym rozdziale dostarcza dużo ciekawych, wciągających informacji. Czasem żartując przy tym, a czasem dając mentalnego kopniaka.Od wielu, wielu lat zajmuje się on badaniem ptaków. Wydawać by się mogło, że nie ma nic fascynującego w obserwowaniu tych lotnych koleżków. Ale, wyobraź sobie, że wyjeżdżasz na Antarktydę, aby zajmować się koloniami pingwinów. Mróz niesamowity; jesteś ubrany w grube, ciepłe i kolorowe ciuchy. Olśniewa Cię widok tych słodkich stworzeń, a one darzą tę kolorową kulkę ciekawością. Paręnaście pingwinów chodzi za Tobą, nie opuszczając Cię na krok. Kiedy odwracasz się, aby na nie spojrzeć, one nieruchomieją.
 Pingwiny to słodziaki. Tam, gdzie żyją, mają tylko jednego wroga - lamparta morskiego. Poza tym, ptaki te nie odczuwają większego strachu, bo po prostu nie mają skąd go doświadczać. Dlatego nie przerażają ich ludzie, tylko ciekawią. Pingwiny nawet nie odczuwają urazów. Strycker łapał je, aby przypiąć im znaczki. Zwierzęta, co prawda panikowały, kiedy je schwytał, broniły się; dziobały, walił w pierś skrzydłami, jednak kiedy odkładał pingwiny, one momentalnie traciły zainteresowanie, jakby nic się nie stało.
"Są wyjątkowo dziecinni, ci mali ludzie antarktycznego świata" Apsley Cherry-Garrard."


  Bardzo podobało mi się to, że autor starał się uświadomić czytelnikowi ważną rzecz; ptaki to nie są maszynki do latania. To indywiduum, bo niezależnie, jak źle patrzymy na pierzaste zwierzęta, to każdy ma swoją osobowość. I to jest niesamowite.
"Mozart hodował szpaka przez trzy lata i nauczył go śpiewać takty swojej muzyki. Gdy ptak zdechł, kompozytor pochował go w swoim ogrodzie i napisał okolicznościowy wiersz." 
Ludzie z pasją zawsze są niezwykle inspirujący. Jeśli są to fanatycy w danej dziedzinie, to czasem potrafią zafascynować drugiego człowieka, nawet jeśli ten jest blady w temacie. Właśnie na tym opiera się Noah. Opowiada o zwierzętach, przyrodzie w sposób, w jaki każdy zrozumie, a do tego jego styl pisania pozwala na to, aby wręcz płynąć swobodnie przez tekst i widzisz siebie z lornetkami wpatrującego się w szpaki przed swoim domem. Okazuje się, że nie są one tak nudne, zwyczajne, jak zakodowane było w naszych głowach. Podoba mi się to, że w rozdziale ze szpakami, Strycker uczy pokory i szacunku do tego niedocenianego gatunku.

Mały wojownik

Koliber. Co widzisz, gdy słyszysz nazwę tego zwierzęcia? Na pewno fakt, że jest on malutki. Moim werdyktem na przykład, patrząc na ich zdjęcia, było: SŁODZIAK. Zakochałam się też w ich skrzydłach czy w barwności niektórych z nich. Kto by podejrzewał, że ten maluch to prawdziwy wojownik? Może inni uważają je za urocze, ale nie one same. W kolibrze drzemie przemoc do innych kolibrów. Toczą one zacięte walki między sobą. A jakie uparte! Nie są w stanie sobie odpuścić. Dla nich to bitwy na śmierć i życie. A wyglądają tak niewinnie.
To nie wszystko o kolibrach. Przytaczając słowa z książki: "Serce kolibra wykonuje ponad 1200 uderzeń na minutę w locie, około sześciu razy więcej, niż wynosi ludzkie maksimum." Aż roi się od takich ciekawych bajerów w książce. Niesamowite jak zmienia się pogląd na dany gatunek ptaka (ale dużo lepiej jest żyć w świadomości).
"Cathartes aura (sęp różowogłowy) oznacza dosłownie oczyszczający wietrzyk, co przywołuje na myśl raczej odświeżacz powietrza niż śmietniskowego padlinożercę." 
  Kolejna dawka wiedzy, ale ta bardziej w kierunku przesądów. W Wielkiej Brytanii uważa się, że jeśli napotkasz dwie sroki to zapowiadają szczęście, jedna - nieszczęście. Kiedy zobaczysz takiego samotnika należy powiedzieć m.in.:" "Dzień dobry Pani", aby odpędzić pecha.

A miłość kwitnie

Dowiedziałam się też, że albatrosy, przy których prawdopodobnie niektórzy ludzie płaczą ze wzruszenia, są w stanie wyłączyć połowę mózgu i spać podczas lotu. Niesamowite! Ale teraz pytanie, dlaczego te ptaki wzbudzają tyle emocji? Bo kojarzą się z miłością. Niby łabędź jest tą alegorią do kochania, ale okazuje się, że najmniej "rozwodów" biorą właśnie albatrosy. Mogą żyć prawie sześćdziesiąt lat, niektórzy twierdzą, że nawet sto, a te ptaki są w stanie wracać do tej drugiej połówki, być z nią przez całe życie.
Statystki pokazują, że ludzie w USA rozwodzą się w okolicach 40%, a u albatrosów, uwaga, 0%. Oglądanie takiej pary, nasunęło na myśl autorowi parę staruszków nadal darzących się pięknym uczuciem.


  Książka na zdjęciach wygląda jeszcze w miarę, bo potem wystawało z niej milion kartek, gdzie miałam wypisane, pozaznaczane fajniejsze fragmenty. Co mogę dodać? Polecam każdemu. Ale to absolutnie każdemu, nieważne, ile wiesz o tych stworzeniach, Strycker pokaże Ci, że szybko można się nimi zafascynować. Dla zainteresowanych jeszcze dodam. Autor podzielił rozdziały na poszczególne ptaki:
  1. Gołąb
  2. Szpak
  3. Sęp różowogłowy
  4. Sowa
  5. Koliber
  6. Pingwiny 
  7. Papugi
  8. Kura
  9. Orzechówka
  10. Sroka
  11. Altannik
  12. Albatros
Dziękuję za przeczytanie tej recenzji. Ważnym było dla mnie podzielenie się z Tobą tym cudem, które niespodziewanie wciągnęło mnie w całkowicie inną rzeczywistość i bardzo chętnie spędziłabym tam jeszcze trochę czasu. Trzymaj się!
Ptak: 
Lintu
(niǎo) 

Malarstwo chińskie

Huang Quan

 Jak wiemy, artyści zazwyczaj mają niezwykle ciekawe biografie, które nie dość, że szokują, pomagają zinterpretować ich twórczość, to przede wszystkim inspirują do pracy. Dają mocnego kopa kreatywności, dlatego patrząc na obraz, warto zwrócić nieco większą uwagę na autora i poczytać co nieco o nim. Idealnym przykładem jest klasyczny już Vincent van Gogh*, którego jest pełno wszędzie, a raczej jego obrazów. Miło jest wiedzieć więcej, dlatego polecam Ci zagłębienie się w barwny, a zarazem przerażający życiorys Vincenta. (Polecam; ,,Pasję życia"!) W tym poście chciałabym przedstawić Ci, chociaż tak po kawałku, biografię dwóch chińskich artystów.

Xu Beihong 
  Zacznijmy od tego, że Xu Beihong to jeden z najważniejszych malarzy w Chinach.  Jego ojciec Xu Dazhang również był utalentowanym artystą. Co prawda, nie mógł utrzymać w ten sposób rodziny, dlatego zajmował się hodowlą arbuzów. Jednak cała okolica kojarzyła go raczej z malowania portretów. Widząc talent swojego syna, wdrążył go w świat sztuki, co było strzałem w dziesiątkę. Przyszły malarz pod opieką swojego taty zapoznawał się z chińskimi klasykami i uczył się kaligrafii. Xu Beihong wyjechał do Szanghaju, aby tam studiować zachodnie malarstwo i język francuski, gdzie poznał filozofa - Kang Youwei. To właśnie on najprawdopodobniej był przełomem dla rozkwitającej dopiero kariery Xu. Filozof przekonał go, że chińska sztuka nie ma przyszłości, jeśli nie będzie czerpać inspiracji z Zachodu. Dlatego też Beihong, łączył w swoim dziełach elementy rysunku chińskiego i europejskiego.
  Malarstwo chińskie na początku XX wieku zaczęło nieco inspirować się zachodnią twórczością, np. używając farb olejnych. Xu Beihong to pierwsza osoba, która zajęła się malarstwem olejnym. Był mistrzem w rysowaniu takich zwierząt jak; konie i bawoły wodne.
Xu Beihong


Huang Quan 
  Urodził się w 903 roku w Chengdu**. Był wielką inspiracją dla ówczesnych wtedy malarzy. Zaczął on swoją zabawę ze sztuką w wieku 12 lat, kiedy to uczył się od Diao Guangyin zajmującego się rysowaniem ptaków oraz kwiatów. Diao miał jeszcze jednego ucznia, który ślepo podążał za nim i jego stylem. Huang Quan chciał rozwijać swój talent i wypracować charakterystyczną dla siebie technikę.
  Nie poprzestał tylko na jednym nauczycielu. Chińczyk zaczął pobierać lekcje od Sun Wei, którego specjalizacją była woda oraz Li Sheng, czyli lokalnego malarza zamiłowanego w krajobrazach. Huang Quan mógł w ten sposób stworzyć swój, unikatowy styl, łącząc każdą z umiejętności nabytych od mistrzów. Sam Huang Quan specjalizował się w malowaniu ptaków, bambusów, kwiatów i drzew.
Huang Quan

Dlaczego malarstwo chińskie jest dla mnie takie wyjątkowe?
  Malarstwo jest w stanie wywołać we mnie wiele emocji; od tych najprostszych, po te skrajne. Jednak patrząc na dzieła dwóch wcześniej wspomnianych artystów, czuję spokój. Mogę włączyć sobie muzykę klasyczną, przeglądać ich twórczość i mieć poczucie chwilowego spełnienia, co szczególnie dobrze oddziałuje po szkole! Żywe kolory, bliskość z naturą, a przede wszystkim oryginalność sprawiają, że chińska sztuka działa na mnie kusząco. Powoduje, że chętnie wracam do niej za każdym razem, gdy gromadzi się w mojej głowie niepokój.
  Chcę jeszcze pokazać obrazy wykonane przez chińskiego mistrza akwareli Liu Yi. Są one nieco inne od jego poprzedników, gdyż Liu Yi urodził się dużo, dużo później od Xu Beihong czy Huang Quan, bo dopiero w 1953 roku i z pewnością widać tutaj wpływ malarstwa europejskiego, o którym mówił wcześniej wspomniany Kang Youwei.


(Baletnice zawsze kojarzą mi się z Edwardem Degasem) 
Dzień dobry, hyvää huomenta, 你好
  Wydaje mi się, że nie mogłam zacząć tego bloga od innego wpisu. Malarstwo chińskie jest od niedawna bliskie mojemu sercu. Bardzo miło jest mi powitać każdą osobę, która pojawiła się tutaj i mam nadzieję, że obrazy przedstawione w tym poście chociaż troszkę przybliżyły Ci wizję sztuki pochodzącej z części Azji.
Liu Yi


*(Taka mała ciekawostka! Jego nazwisko czyta się jako "hoh", bo w niderlandzkim "g" wymawiamy jako "h")
** Chengdu to miasto we wschodnich Chinach, które słynie przede wszystkim z pand. Znajduje się tam największy rezerwat pand na świecie. Liczy on ponad 200 zwierząt. Poza tym, bardzo dobrze rosną tam bambusy!
Malować obraz:
 Maalata maalaus 
画画 (huà huà)
Wszystkie informacje pochodzące o chińskich artystach z:
Wikipedii, WikiArt.org, Britannica.com
Obrazy pochodzą z:
Google Grafika, Pinterest