Trochę o trzech takich (książkach)


Dzień dobry, 早安, hyvää huomenta!
Mam ostatnio bardzo dużo ochoty, weny do pisania i wszystkie siły ciągną mnie do wystukania recenzji. Wspominałam już kiedyś, że od kilku tygodni czytam i oglądam na masową skalę, dlatego z tej całej mojej kolekcji, jaką uzbierałam przez ten czas, musiałam wybrać któryś tytuł. To nie było łatwe zadanie. Mam milion zaczętych recenzji filmów i jeszcze żadnego nie skończyłam. Zresztą, z książkami podobnie, więc moja głowa wpadła wczoraj na genialny pomysł, aby wybrać trzy, cztery pozycje i stworzyć sobie z nich minirecenzja, a dlaczego by nie?

W kinie siła


Dzień dobry, 早安, hyvää huomenta!

O czym możecie dziś przeczytać? 

  1. Tradycyjny wstęp, ot co! 
  2. Minirecenzje: 
    • "Czarownica 2" 
    • "Salma w krainie dusz"
    • "Boże Ciało" 
  3. Trochę opowiadam o tym, co u mnie. 

Wstęp

Chodzenie do kina to jedna z tych czynności, która powoduje we mnie uczucie uwolnienia od prawie wszystkiego za wyjątkiem; emocji. Emocji będących częścią kinowego katharsis. Jednak z żalem przyznaję, że mało mnie było w tym miejscu przez ostatnie dwa lata. Dopiero w sierpniu bieżącego roku falę miłości ożywił nowy film Quentina Tarantino "Pewnego razu w Hollywood", który błyszczał na wielkim ekranie w fenomenalnym kinie Pod Baranami w Krakowie, gdzie klimat jest szalenie wyjątkowy. Jak tu się nie zakochać na nowo? 
Mimo wszystko, mam wrażenie, że rozkwit mojego szału na filmy i książki zaczął się pod koniec października i z przyjemnością donoszę, że efektem romansu z kinem jest chociażby ten post.
Musicie wiedzieć, że ten wpis ewoluował z każdym tygodniem. Będąc na "Czarownicy 2", miałam w głowie jedno hasło: NA PEWNO WYSKROBIĘ RECENZJĘ. Później razem z rodzicami i siostrą poszliśmy na "Boże Ciało" i znowu to samo; wyszłam z misją napisania czegokolwiek na temat dzieła pana Komasy. No i "Salma w krainie dusz", po której powołanie do stukania w klawiaturę wróciło. Dodatkowo mam wielką ochotę pokazać Wam to, co ostatnio wyprawia się u mnie. Nie przedłużając, zapraszam!

Taide: Zacznijmy od prehistorii


Moja przygoda z historią sztuki na Pandzi

Hej, terve, 大家好!
Moje założenie prezentuje się obiecująco. Będę publikować tutaj wpisy z historii sztuki, aby: a) utrwalić sobie lekcje b) urozmaicić bloga c) może uda mi się przekazać trochę wiedzy (byłoby to niezwykle satysfakcjonujące!) d) najprościej na świecie; umilić sobie czas. 

"Wszelka sztuka jest naśladowaniem natury." Seneka

Muszę się do czegoś przyznać. Historia sztuki jest przedmiotem, który zdaję w tym roku szkolnym na maturze i, co prawda, naukę zaczęłam dopiero we wrześniu tego roku, ale sam proces czytania, interesowania się tym jest zdecydowanie dla mnie. Nawet odważę się napisać, że zawsze gdzieś tam chowała się w mojej głowie chęć edukowania się w kierunku sztuki. Chociaż talenty w tych dziedzinach to ja mam mizerne, ale nie o to tu chodzi! 
Swoją drogą, podoba mi się wizja prowadzenia takiej, a nie innej serii. Tytuł wziął się od fińskiego słowa "taide" oznaczającego "sztukę." Jedyne, o co siebie proszę, to o regularność, bo niestety w kratkę z nią u mnie. W każdym razie, jeśli to czytasz, to już jest dobrze! 
Dziś zapraszam do samiuteńkiego początku, czyli do prehistorii, która wydaje mi się najmniej obszernym działem w podręczniku i materiałach dodatkowych. Mimo to, na pewno nie jest okresem, który można zlekceważyć. W końcu to tutaj wszystko się zaczęło. 
Źródła podam na końcu! 

"Gdzie jest człowiek, tam jest i sztuka." Stanisław Witkiewicz 


Początki nigdy nie są łatwe

Człowiek od zawsze, gdy tylko zapewnił sobie bezpieczeństwo, zaczynał dbać o estetykę swojego otoczenia. Świadomie zaczął tworzyć narzędzia około 500 tysięcy lat temu, a za jaką taką sztukę wziął się w epoce kamienia (40 tysięcy lat p.n.e. - 8 tysięcy lat p.n.e.) 
Ale dobra, co tak naprawdę nasi przodkowie wymyślali? Ano, malowidła, ryty czy płaskorzeźby w jaskiniach lub schroniskach skalnych. Nie zapomnieli również o statuetkach rzeźbionych w kamieniu lub kości. Najczęściej przedstawiały one bóstwa, jednak z formą ludzką czy zwierzęcą miały one niewiele wspólnego. Przyczyną był brak umiejętności obserwacji, inspiracji przyrodą, przez co zyskiwały mocno uogólnioną formę. 
Nie można także pominąć dekoracji ornamentalnych na broni i narzędziach. Już wyjaśniam, co to ornament. Służy on przede wszystkim do podkreślania naturalnych kształtów przedmiotów, przy czym wyodrębniały charakterystyczne miejsca dla danej rzeczy. Obiega w postaci pasów naczynia, pokrywając powierzchnię przedmiotów. Jej podstawą jest motyw, czyli element powtarzalny. Dodatkowo ornament zawsze jest kompozycją rytmiczną, otwartą. A z angielskiego to po prostu "ozdoba."

Jaskinie, w których możemy odnaleźć malowidła, to m.in. Altamira w Hiszpanii i Lascaux we Francji. W tej drugiej główna część oferuje "Salę Byków" (byki często pojawiały się na rysunkach w prehistorii czy później w Mezopotamii, gdzie wykorzystywano je do tworzenia Lamassu, czyli opiekuńczych duchów), a największe wizerunki mierzą prawie 5 metrów długości. Co ciekawe, jaskinia została odkryta przez chłopców zamieszkujących pobliskie miasteczko, a działo się to w 1940 roku, więc stosunkowo niedawno. 

Teraz powstaje pytanie: ale po co im to było? Wcześniej wspomniane kwestie estetyczne - pewnie tak, jednak miało to również związek z ich obrzędami. Wierzyli, że przedstawienie zwierzyny z przeszytymi strzałami lub włócznią wpłynie na skuteczność wypraw łowieckich. Myśleli, że w ten sposób zdobędą władzę nad nimi. Warto też zaznaczyć, że groty wypełnione malowidłami nie pełniły funkcji mieszkalnych, a stanowiły miejsca kultu. 

"Malarstwo odnajduje styl po śmierci malarza." Pablo Picasso

W jaki sposób malowali prehistoryczni artyści? 

Jak się domyślamy, pewnie palcami. Prawda! Jednak używali także patyków lub pędzli z włosia. Za farbę służyła im ochra, czyli uwodnione tlenki żelaza, które tworzyły trwały, naturalny barwnik ziemny. Miała kolory od żółci przez czerwienie aż po fiolet. A jeśli prehistoryczny artysta (od dziś kocham ten epitet) potrzebował czarnego koloru, to zwęglał zwierzęce kości. Za to, gdy chciał wyodrębnić mięśnie, rozjaśniał barwę po prostu dodając białego koloru lub rozrzedzając farbę.


Kobieta w rzeźbie i megality

Rzadko przedstawiano mężczyzn. Były to raczej żeńskie postaci, bóstwa będące symbolem płodności, urodzaju, macierzyństwa. Zdobiły świat od Europy Zachodniej aż po Syberię. Dzieli się je na stojące oraz siedzące. Figurki miały podkreślone cechy macierzyńskie i przedstawiano je schematycznie, a chodzi tu o brak oczu, ust nosa, zaznaczenia głowy, w odróżnieniu od zwierzęcych rzeźb. Statuetkom towarzyszyły obrzędy, które miały na celu utrzymanie rytmu życia i śmierci opierających się na chociażby cyklach przyrody. 
Takim klasykiem, jeśli chodzi o ten temat, jest oczywiście Wenus z Willendorfu, którą możecie zobaczyć na powyższym zdjęciu. Została odkryta 7 sierpnia 1908 roku podczas prac drogowych, a jej nazwa wzięła się z miejscowości gdzie nieopodal odnaleziono ją. Polecam bardzo ciekawy artykuł o jeszcze ciekawszym tytule: "Jak Wenus podbiła świat, zanim zrobiła to Madonna"

Grzechem byłoby nie wspomnieć o kultowym Stonehenge, czyli o kręgu megalitycznym w Anglii. Sama nazwa Stonehenge oznacza "wiszący kamień", a trzeba przyznać, że jest to wyjątkowa budowla. Jednym z argumentów, dlaczego zasługuje na takie określenie jest odkrycie prawa ciążenia. Świadczą o tym ustawione w pionowy sposób płyty kamienne, na których ułożono poziome głazy. Drugie uzasadnienie to spora wiedza astronomiczna. "Wiszący kamień" to sanktuarium słoneczne. Dzięki niemu można było określić położenie Słońca oraz Księżyca.

Jeszcze dwa słowa o sztuce scytyjskiej. Poświęcona była przede wszystkim rzeczom służącym do dekoracji aniżeli praktycznym. Są bardzo cenione przez muzea, ale nie tylko. Wcześniej na ich punkcie bzika miała Katarzyna Wielka. Zresztą, popatrzcie tylko, co się tutaj dzieje:


Zakończenie

Jestem szczęśliwa z myślą, że seria "Taide" ujrzała światło dzienne. Poświęcę na to dodatkowy zeszyt, bo po latach będzie mi się miło wracało do takich rzeczy. Tym bardziej, że są pełne kolorów!
Czuję się dobrze, mając przed sobą herbatkę, zeszyt, cienkopisy w różnych barwach, zeszyt i materiały do historii sztuki - jestem u siebie. Zawsze wolałam pisać na kartce niż na komputerze, ale mam wrażenie, że podczas tej pory roku, jest to jeszcze bardziej wyjątkowe. 
Jesieni, bądź dla nas sympatyczna! 

Takim moim pomysłem jest również dodawanie obrazów autorstwa fińskich/chińskich artystów, które wpadły mi ostatnio w oko. Nazwa zobowiązuje! Dziś chcę pokazać dwie prace Vernera Thomé.

Pozdrawiam ciepło,
Panda Fińsko-Chińska


Źródła 
Zdjęcia (w kolejności): Lascaux,  AltamiraWenus, Grzebień, Pas Informacje: Podręcznik "Sztuka i czas" Barbara Osińska, Wikipedia, "Życie świata. Dzieje i wydarzenia"

Wywiad: "Nie ma czasu na pozowanie, jest czas na działanie." | Fotografia



O kim dziś mowa? 

你好, moi, cześć!
Uwielbiam fotografię. Jestem jedną z tych osób, która mogłaby godzinami przeglądać zdjęcia czy to na Instagramie, czy na pintereście. Niejednokrotnie to one mnie inspirują do tworzenia, do działania, do pisania. Dlatego nie przesadzę, kiedy napiszę, że ciężko żyłoby mi się bez tego...i bez wyjątkowych fotografów dostarczających silnych doznań estetycznych.

Pierwszy wywiad poświęcony tejże tematyce został przeprowadzony z Kacprem, czyli osobą z moich okolic, której twórczość również podziwiam. Dziś chciałabym przedstawić niezwykle utalentowaną Paulinę wykonującą pełne wrażliwości, ciepła sesje. A one trafiają głęboko w moje serduszko. 
Bloga Fotohart poznałam jeszcze zanim założyłam Pandzie, a od tamtego czasu jestem częstym gościem jej strony, bo nie dość, że wpisy to wystawy przepięknych zdjęć, to dodatkowo obramowane są w wartościowe treści, m.in. "Warto wybrać się na profil fototechnika?" czy "Jak warto blogować?"

Poza tym, to właśnie dzięki Paulinie poznałam moją kolejną miłość fotograficzną, czyli Michała Brzegowego, o którym możecie przeczytać tutaj. I zdecydowanie obu tych artystów dzieli szczerość i emocjonalizm zdjęciowy. Dlatego chcę podkreślić to, jak bardzo cieszę się, że mogę przestawić tak zdolnego człowieka na Pandzi. 
Z wielkim bananem na twarzy zapraszam do przeczytania odpowiedzi Pauliny na kilka moich pytań. 享受!


W jaki sposób opisałabyś swoje zdjęcia? Co w nich najbardziej cenisz?

 Myślę, że przede wszystkim cenię w nich pewien luz. Każde z nich nie ma narzuconego schematu, nie podchodzę do każdej osoby tak samo. Jeśli jedna woli pozować - pozuje. Jeśli inna zaś woli zwyczajnie, bawić się kadrami - bawi się. Więc cenię w nich również indywidualne podejście do kadrów :)
 Jak opisałabym swoje zdjęcia? Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, lecz na pewno mają w sobie cząstkę ciepła mieszaną z charakterem danej osoby, która znajduje się na zdjęciu :) Lubię nadawać również im lekkie przydymienie, by stworzyć swój klimat, który mi się podoba.

Jaki sprzęt zwykle zabierasz ze sobą na sesje?

Głównie mojego Canona 70d z dwoma obiektywami: 50 mm 1.8 oraz 85 mm 1.8 

 Czy masz w głowie sesje, która byłaby Twoim marzeniem jesiennym? Jak wyglądałaby? A może już zrealizowałaś taką?

Oj mam sporo! I co "najgorsze" - ostatnio przez nie nie mogłam spać :D Mam w planach sesje jesienne, które będą konkretne, krótkie, lecz z osobami, które znam i chcę stworzyć proste, ale z klimatem - kadry. Dla mnie najważniejszym czynnikiem jest to, aby z daną osobą się znać bądź wiedzieć jak obydwie współpracujemy ze sobą :) Jeszcze takiej wymarzonej - nie zrealizowałam, ale jest blisko, by to zrobić.

Jak najlepiej uchwycić miłość, tę chemię między zakochanymi? Takie wyzwania fotograficzne są dla Ciebie łatwiejsze niż z jedną modelką/modelem czy wręcz przeciwnie?

Szczerze? Ciągle się uczę, by tę miłość odpowiednio uchwycić. Nie jest to proste, gdyż każdy pewnie wolałby zostawiać uczucia dla siebie nawzajem. I będąc z fotografem na sesji nagle się trzeba otworzyć, by stworzyć piękną sesję, która nie będzie tylko ładnymi kadrami. Myślę, że z czasem nabiorę jeszcze większej pewności w fotografowaniu par. Kocham to uczucie, gdy odbierają zdjęcia i są szczęśliwi z takiej pamiątki, a ja że mogłam takie mocne uczucie zapisać w zdjęciach :) Dużo łatwiej mi się pracuje z jedną modelką. Łatwiej załapać kontakt, gdy jest się tylko we dwójkę. Lecz obydwa rodzaje sesji uwielbiam!

 Kto lub jakie miejsce jest najcięższe do sfotografowania według Ciebie?

Jeśli chodzi o kogoś, to na pewno tutaj wspomniałabym o osobach, które nie traktują zdjęć jako miłą pamiątkę czy coś ważnego, tylko jak zwykłe pstrykanie. Z takimi osobami tworzy się najgorzej. Co do miejsc - nie jestem mocną fanką miast, aczkolwiek też zależy których i o jakich porach. Dużo bardziej mnie ciągnie do wody, natury i gór!

 Książki/filmy związane w jakikolwiek sposób z fotografią, które możesz polecić? Albo poradnik, albo fabularyzowane, co Ci przyjdzie do głowy!

Jeśli chodzi o książki to o fotografii cyfrowej na pewno dużo mi dały - sprawy techniczne bardziej mi się rozjaśniły :D Lecz mam w zanadrzu by podczas zimniejszego sezonu znaleźć więcej super książek o fotografii, bo przyznam że nie wiele ich czytałam. Co do filmów polecam filmiki Michała Brzegowego, FotoBłysk, Dawid Skoczylas, Jessicę Kobeissi, Irene Rudnyk, JacekWPhoto :) 


Gdyby ktoś zlecił Ci spędzenie dwóch miesięcy w obcym kraju i fotografować go przez ten okres, którą nację wybrałabyś?

Pojechałabym, lecz tylko z bliskimi. Ciężko mi obecnie wyobrazić sobie opuszczenie kraju bez ukochanych osób. 


Ulubiona pora dnia/pora roku na zdjęcia?

Zdecydowanie jesień i zima. Jestem typową osobą, która dużo bardziej woli chłodniejsze klimaty i wyróżniające się pory roku :)

Po przeczytaniu "Profil Fototechnika - Tak czy nie" zastanawiam się, jakim Ty chciałabyś być nauczycielem? Jak marzyłoby Ci się, aby zaplanować zajęcia dla takich pierwszoklasistów, którzy mają w sobie dużo zapału do tworzenia? 

Przede wszystkim chciałabym na pewno bardziej nastawiona na praktykę niż teorię. Owszem, teoria to podstawa i nie obejdzie się bez niej, lecz chciałabym ją przedstawiać na większości przykładów niż tylko o niej mówić. Dodatkowo na pewno bym poruszyła również temat pracy jako samotnego fotografa, który prowadzi samodzielną firmę i jak się do tego zabrać od podstaw. Większość fotografów na rynku to wolni strzelcy i ogrom z nich, uczy się na własnym doświadczeniu. W tym również fotografowie z papierka, którym nie powiedziano jak zacząć, co zrobić by wyszło dobrze. I na pewno nie traktowałabym swoich uczniów jak rosnącą na ich oczach konkurencję. Szkoda, że czasami twórcy są dla siebie wilkami niż pomagają w dążeniu do celów. Jeśli chodzi o pierwszoklasistów to pozwalałabym im na lekcjach tworzyć sesje czy to w studiu, czy w plenerze, które będą ich takimi "muszę ją zrobić!". Gdy jest najwięcej zapału, trzeba to kreatywnie wykorzystać.

Które kwiaty są dla Ciebie najpiękniejszymi modelami?

Zdecydowanie białe róże bądź herbaciane, aczkolwiek ubóstwiam również konwalie, piwonie, lilie oraz magnolie czy też kwitnące wiśnie :)

Dlaczego akurat fotografia ślubna jest Twoim celem? Od razu samego początku przygody ze zdjęciami, wiedziałaś, że właśnie do tego chcesz brnąć?

Kiedyś fotografia ślubna totalnie mi nie podpadała, to mogę się przyznać. Cholernie się bałam, że przecież to ogromne wydarzenie! I w sumie - nadal za każdym razem mam stresa, ale takiego pomieszanego z przyjemnymi emocjami oraz ekscytacją. Jednocześnie też zawsze właśnie ten stres jest, czy aby na pewno podołam bo od początku poszłam na głęboką wodę - sama oraz bez lampy. Gdy realizowałam pierwszy cały reportaż, bardzo to polubiłam. Swobodę wykonywania tych wszystkich momentów. Nie ma czasu na pozowanie, jest czas na działanie. Wspaniale być niczym taki trochę duch, który dba o to, aby dany dzień zapamiętano jak najpiękniej. Ja od początku drogi z fotografią miałam w głowie, aby zostać ogólnie fotografem tylko portretowym, lecz z czasem wyszło inaczej i dążę do zostania fotografem ślubnym :) 

  I ostatnie, klasyczne pytanie, które zadałam poprzednikom: co doradziłabyś osobie zaczynającej swoją zabawę z fotografią? Czego ma się wystrzegać, unikać, a czym kierować?

Na pewno bym nie słuchała rad od osób, które robią zdjęcia tylko dla kasy. Drugie co bym doradziła to to, aby nie przestawać. A jeśli przyjdzie chwila zwątpienia to na chwilę przestać bądź robić to dla siebie. Fotografia wbrew pozorom może być świetna, ale ma swoje czarne strony. Trzeba być w tym wytrwałym i zawsze pamiętać, że to od nas zależy jak dane zdjęcie będzie wyglądać i z kim mamy okazję tworzyć :)


A na koniec

Jak zawsze chciałabym Wam bardzo gorąco podziękować za przeczytanie i mam nadzieję, że również poczuliście "to coś" w zdjęciach autorki Fotohart. Jestem przekonana, że ten wpis w dużym stopniu ubogacił Pandzie. W każdym razie na pewno mnie uszczęśliwił! 
A ten wywiad zawierałby wielką dziurę, gdybym nie podziękowała przede wszystkim Paulinie za to, że zgodziła się, że miała ochotę, że poświeciła czas i mogłam podzielić się moim jednym ze skarbów wśród blogów.
Na samiuteńki finał chciałabym jeszcze polecić kwiatowe sesje. 
Przesyłam dużo dobrej energii na ten tydzień!
Panda Fińsko-Chińska

"享受" (xiǎng shòu), które pojawiło się na początku, jest mandaryńskim odpowiednikiem angielskiego słowa "Enjoy!"

Źródła zdjęć: 

Koreański klasyk filmowy


"Czy będziesz ziarnkiem piasku, czy kamyczkiem, w wodzie utoniesz tak samo."

 Jak do tego doszło? 


Hej, terve, 大家好!
Ja naprawdę miałam dziś ominąć temat filmów i Azji, żeby powiało trochę świeżością na Pandzi (a mam pomysł na pewną serię!) Jednak musi tu paść takie wielkie, głośne: ALE. 
Ale wzięło mnie na film, a pech chciał, żebym przypomniała sobie o przepięknej melodii "The last Waltz" z "Oldboy'a" 
Ale włączyłam go sobie na telewizorze, wsuwając przy okazji czekoladę i popijając herbatkę z domowych, jesiennych zestawów. 
Ale mnie wciągnął. Ale mnie wzruszył. Ale się popłakałam podczas ostatnich scen. 
Taka dygresja: dużo łez ostatnio tutaj. Ogłaszam nadmiar "łzopędnych" rzeczy. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie większość z Was kojarzy tę produkcję, ALE nie jestem w stanie powstrzymać uzewnętrznienia wczorajszych przeżyć; muszę podzielić się moją kolejną, emocjonalną historią. Zachęcić wszystkich do jesiennego seansu w akompaniamencie cudownego, koreańskiego języka z przerażającą fabuła, po której podobnie jak po filmie "Her" z 2013 roku, czujesz się niezwykle samotnie. 


"Podobno boimy się i pocimy, bo pracuje nam wyobraźnia. Jeśli więc wyłączysz wyobraźnię, staniesz się piekielnie odważny."

O czym w ogóle jest "Oldboy"? 

Dae-su pewnego dnia zaginął. Kiedy odzyskał przytomność, znajdował się w zamkniętym pomieszczeniu. Nie wiedział, że spędzi w tych czterech ścianach 15 lat. Po tym czasie zostaje wypuszczony na wolność ("do większego więzienia", jak to zostało określone w filmie), tak po prostu. Bez żadnych wyjaśnień. 
Mężczyzna próbuje odkryć prawdę. Kto, po co, dlaczego odebrał mu wiele lat życia? A dzieło zostało wypełnione chwytającym za serce soundtrackiem, cierpieniem z powodu utraty bliskiej osoby, BRUTALNOŚCIĄ, która była tutaj potrzebna, ale w połączeniu z przenikliwą tęsknotą i świetnymi, mądrze napisanymi dialogami - sceny pełne przemocy stają się nieodłącznym elementem palety filmowych przeżyć. 

"Śmiej się, a cały świat będzie śmiał się z tobą. Płacz, a będziesz płakać w samotności." 

Powyższy cytat to idealna kwintesencja "Oldboy'a", a szczególnie drugie zdanie jest adekwatne; widz siedzi przed ekranem i płacze. Wylewa z siebie każdą złą emocję, wszystko, co w nim siedziało, dlatego to dobra produkcja na gorsze dni. Ja co prawda, musiałam po tym seansie zafundować sobie śmieszną, luźną, chińską dramę, bo nie mogłam przestać myśleć o tragedii Dae-su, ale przypominam, że jestem nadwrażliwym odbiorcą. Mimo wszystko, film "odkurza głowę" z innych zmartwień, z całego zła, dobra, które siedzi w nas, a coś takiego było mi ostatnio wręcz wskazane. 

Pełno pięknych, surowych, ale po części także artystycznych kadrów. Gra aktorska na naprawdę wysokim poziomie, a tutaj, pandziowe brawa szczególnie zyskuje pan Min-sik Choi za perfekcyjne odegranie tak niebanalnej postaci, jaką był główny bohater. 
I po raz trzeci wspomnę o sentymentalnej muzyce. Co jak co, ale soundtrack dużo robi i słuchając czasem filmowych utworów, które gdzieś tam na Youtube przypadkowo spotkam, aż czuć, że ten i ten tytuł będzie wszczepieniem w siebie potężnych doznań. Zresztą, podobnie było ze "Spragnionymi miłości" i fenomenalnym "Yumeji's Theme" w wykonaniu Shigeru Umebayashiego. Tak dobrze jest i w tym muzycznym przypadku! 

Kłaniam się nisko również przed scenarzystami, którzy wpadli na zwalający z nóg plot twist, za pokazanie samotności w najbardziej dotkliwy sposób, w jaki mogli zrobić, za wiele, niesamowitych metafor, za nie lada łamigłówkę. Poza tym, zastosowano ciekawe zabiegi do pokazania retrospekcji. Można się w nich pogubić, jeśli ktoś ogląda film nieco pobieżnie, a to zdecydowanie nie jest wskazane, oj nie! 
I jeśli miałabym teraz podać chociaż jedną wadę tej produkcji, to jestem zmuszona napisać wprost, że pod wpływem emocji i "The last waltz" ja przepraszam, ale nie potrafię. Dobra, może to, że podczas brutalnych scen musiałam czasem zamykać oczy na ułamki sekund, ale interpretacja tego, czy to dobrze, czy źle jest indywidualna. 


Na koniec

To film pełen dziwnych, momentami obrzydzających obrazów, ale po dwóch godzinach, które minęły mi szaleńczo szybko, mogłam przyznać z czystym sumieniem, że "Oldboy" to wzruszająca historia zawierająca wiele metafor. Ogłaszam, że to jeden z lepszych tytułów, jakie widziałam w tym roku. A to bardzo odważne słowa, bo 2019 obfitował w miesiące pełne kinematografii. Zdecydowanie klasyk, który zasługuje na miano klasyka. 

Z totalnie innej beczki. Zabieram się od jakiegoś czasu do napisania recenzji mang i chciałam poczytać, jak się za to zabrać, jak przygotować, jak to ugryźć po prostu. I trafiłam na artykuł, w którym twórca stwierdził, że jeśli na blogu pojawiają się same pozytywne recenzje to wcale nie świadczy to dobrze o autorze. Nie ukrywam, że teraz tak się zastanawiam. Ja jestem jedną z tych osób, która pisze raczej o bliskich mi tworach kultury, robiących na mnie wrażenie, bo wychodzę z założenia, że lepiej coś polecać innym, a przy okazji wyrzucę z siebie to, co siedzi mi w głowie. Sprawa ma się inaczej, jeśli np. dostawałabym książki od wydawnictwa, wtedy wiadomo, że nie wszystko byłoby pochlebne. I wydaje mi się to racjonalne, ale jakoś artykuł o recenzjach dziwnie mi zbałamucił myśli. 
Żeby była jasność, ja mam ogrom radości z tego, co robię i chyba to jest najważniejsze, ale chciałabym zapytać, co Ty uważasz? 
Pozdrawiam ciepło,
Panda Fińsko-Chińska
Zdjęcia pochodzą z imdb.com

Cuda za rogiem | Keigo Higashino


"Doszedł do wniosku, że wygodniej będzie mu działać na własną rękę. Przebywanie wśród ludzi bez ambicji źle wpływało na jego samopoczucie, po prostu go dołowało." 
Hej, terve, 你好!
To jedna z tych książek, które:
  1. Kupiłam ze względu na okładkę
  2. ...i fakt, że jest japońskiego autora.
  3. Zanim po nią chwyciłam, leżała na półce przez rok. 
  4. Znalazłam w niej wiele wspólnego z tym, co się działo u mnie przez ostatnie miesiące.
  5. Specjalnie szukałam (a czasem nawet sama produkowałam) wolne chwile, aby tylko po nią sięgnąć. 
Zdjęcia, które widzicie w tym poście również powstały prawie rok temu, kiedy to zachwyt grafiką był jeszcze świeżutki. A te nasiona dyni na powyższej fotografii to obecnie całkiem pomarańczowe i jadalne warzywa, a przy okazji też modele towarzyszący książkom. 
Ale ja nie do końca o tym! 

O czym to w ogóle?

"Kącik dobrej rady", "coś Cię dręczy? napisz!" - te słowa kojarzą nam się raczej ze stronami, na których członkowie mogą wylać swoje problemy, aniżeli z osiedlowym sklepem. Ale dokładnie to robi pan Namiya; oprócz sprzedawania kopert, sam je wykorzystuje, aby odpisać zmęczonym swoimi myślami ludziom. A ma on w miasteczku niemałą popularność i choć wszyscy na początku patrzą na starszego pana z przymrużeniem oka, tak z czasem każdy ma ochotę doradzić się kogoś. A są rzeczy, które lepiej obgadać z nieznajomym. Jednak coś ze sklepikiem jest nie tak. Dziwna, tajemnicza energia płynie z tego miejsca. 
Książka została podzielona na pięć części i każda z tych historii ma ze sobą więcej wspólnego, niż można byłoby przypuszczać. 


Przejdźmy do tego, co mi siedzi w głowie

A siedzi mi jedno określenie, kiedy patrzę i myślę o "Cudach za rogiem": "infantylno-uroczo-mądra historia". Do tego napisana łatwym językiem, bez pięknych opisów przyrody, bez rzeczy, które nijak wpływałyby na fabułę. Nie, nie, nie. Tutaj mamy akcję. Ciągle coś się dzieje, przychodzą kolejne listy, pojawiają się nowe postacie, które próbujemy połączyć z poprzednimi i czujemy, że wszystko będzie działo się wokół sklepiku pana Namiyi, ażeby na koniec dostać coś, czego się nie spodziewaliśmy. I w moim przypadku ta niespodzianka wywołała łzy i szok, po którym leżałam, trzymając książkę i właściwie zastanawiając się, "co tu się właśnie stało?" Aby podczas zakończenia tej emocjonalnej wędrówki stwierdzić, że w sumie, kurczę, ile to miało w sobie przesłań i to takich ukrytych w tragediach polanych najsłodszą, mleczną polewą. 
Nie da się ukryć, że ta słodycz wlewała się także do mózgu i kiedy tylko mogła, to wracała. Na przykład na lekcji biologii, a potem ciężko było się skupić na funkcjach szyszynki, skoro ja mam w domu na biurku nieskończone historie. I to te, które trochę wiążą się z moją. Jak myśleć?

"Jest jedna rzecz, którą zrozumiałem, czytając o problemach przez te wszystkie lata. Często pytający już ma odpowiedź. Chce się tylko upewnić, że myśli właściwie. Dlatego zdarza się, że ktoś po przeczytaniu mojej odpowiedzi jeszcze raz wrzuca ten sam list. Pewnie się spodziewa, że tym razem napiszę to, czego on oczekuje." 

To, co jest wielkim plusem (oprócz oczywiście stylu pisania pana Keigo) to kreacja postaci. Bohaterów jest tam trochę i jeszcze więcej, ale mimo wszystko - w tych, nie ukrywajmy, niewielkich rozdzialikach - autor potrafił bezbłędnie przekazać nam rolę, osobowość tego i tamtego człowieka. Nie są czarno-białe, a szczególnie widać to po trzech złodziejach, z którymi zapoznajemy się od pierwszych stron. I powtórzę się, ale i w tym przypadku może się wydawać, że ja tutaj coś przekręcam prawdę, bo początkowe rozdziały wcale nie wskazują na dobre rozwinięcie takich osób jak chociażby dziewczynka o imieniu Seri. Wszyscy są ważni w tej powieści, to mogę Wam przysiąc. Przychodzi to z kolejnymi słowami. 

A o co ludzie radzą się właściciela sklepu? Ano, pełna lista tego! Przychodzą dzieci z pytaniami, jak dostać dobrą ocenę, ale nie musząc uczyć się. Bardzo dużo problemów miłosnych, rodzinnych czy związanych z własnym hobby. W każdym razie, nieważne kto, co napisał i jakie miał faktycznie intencje, pan Namiya zawsze brał wszystko na poważnie i spędzał godziny, siedząc nad kartkami i zbierając myśli w pomocne słowa. Nawet główkował nad pustą kartką, bo był pewien, że ktoś chciał mu w ten sposób coś przekazać - dojście do tego, zajęło mu chwilę czasu, ale i na tę wiadomość odpowiedział.
W głowie kłębi mi się jedno pytanie: czy coś takiego w rzeczywistości mogłoby mieć prawo bytu? Na ile społeczeństwo danego, załóżmy, że polskiego, miasteczka naprawdę zwracałaby się do takiego sklepiku z kłopotami? I chociaż z natury jestem raczej z tych optymistycznych osób, tak teraz wydaje mi się, że taki polski pan Namiya dostawałby same żartobliwe listy. Wystarczy spojrzeć na numery telefoniczne, które zajmują się pomocą - ile dziennie one dostają sygnałów wyssanych z palca? I jak tak teraz nad tym myślę, to jest to przeraźliwie smutne. To nic innego niż odbieranie pomocy potrzebującym.


Brać czy nie brać? 

Nie zastanawiać się tylko brać, jeśli ktoś poczuł, że ta pozycja przemawia do niego. 
Chociaż pan Keigo porusza ciężkie tematy, takie jak problemy z rodzicami, próbę pozbierania się po śmierci bliskiej osoby i tak dalej, to pan Higashino sprawił nam dobrą lekturę po ciężkim dniu pracy albo po prostu aby umilić sobie czas. A jak wspomniałam "Cuda za rogiem" nie zostały napisane trudnym językiem, a to, co autor chciał przekazać da się łatwo wyłapać, ale to ma swój, kochany urok. Przez co, czyta się w ekspresowym tempie. 
A postać staruszka rozczula serduszko i to właśnie z nim najmocniej zżyłam się. Jak nie kochać osoby, która pasjonuje się pomaganiem? 
Na koniec, nie mam pojęcia, dlaczego tak długo zwlekałam z tą lekturą, ale jestem pewna, że nie mogłam znaleźć lepszego momentu niż ostatnie tygodnie.
Tak miało być - to wiem!
Zakończenie należałoby nazwać prawdziwym katharsis. 
Trzymajcie się ciepło,
Panda Fińsko-Chińska
"Nawet jeśli dziś jest gorszy dzień, jutro powieje pomyślny wiatr!"
Japonia:
Japani
日本 (Rìběn)

"Moje serce należało do wiolonczeli"


Hej, terve, 你好!

Halo, halo! Co tu się będzie działo?

Dość nietypowy post, ale czuję potrzebę wyskrobania go i podzielenia się jedną z moich wielkich, nie chcę napisać "miłości", ale coś w rodzaju; inspiracji, motywacji i chyba przede wszystkim wsparcia. 
Zabrzmiało to dziwnie, a wytłumaczę się za chwilkę. 

Nie jest to tym razem żadna recenzja, żadna książka, film, żaden wywiad (marzeniem jest przeprowadzić wywiad z ludźmi, o których mowa). A zbieram się do tego wpisu, odkąd wróciłam z koncertu w Chorzowie. (Aż sama twarz mi się cieszy na te słowa! Chorzów będzie mi się kojarzył nadzwyczaj dobrze, z falą tak silnych przeżyć, że do tej pory na samą myśl mam łzy w oczach, a tętno skacze. 
Dziś chciałabym się skupić na Rammstein i nie ukrywam, że będzie to post emocjonalnie mocno związany ze mną, ale co tam, spróbujmy! A od czasu do czasu to wręcz wypada coś więcej o sobie napisać. 
Dlatego zapraszam do mnie. Same miłe sprawy mam do opowiedzenia. 


Czyli o tym, jak się "zakochałam" i o wszystkich pięknych rzeczach

Znalazłam ostatnio moją "Bucket List", którą napisałam jakoś dwa lata temu i chociaż było na niej pełno punktów do zrealizowania, (między innymi: wyhodować dwumetrowego kaktusa czy napisać wiersze na polach południowych Włoch) to jeden cel szczególnie rzucał się w oczy: 
"Pojechać na koncert Rammstein!!" 
Byłam raczej w takim czasie, kiedy wydawało mi się to totalnie abstrakcyjne. Raz, że zespół nic wtedy nie tworzył, a dwa; nigdy nie byłam na żadnym koncercie i jak miałabym to wszystko zorganizować, skoro ja niedawno musiałam przyzwyczajać się do jeżdżenia busem do szkoły, do miasteczka obok, a co dopiero wybrać się do dużego miasta i wracać się o kosmicznych godzinach! 
Ach! Ile jest we mnie radości, patrząc teraz na ten "abstrakcyjny cel". Ale skłamałabym pisząc, że to moja zasługa. Bo nie była moja. Absolutnie. 
To sprawka przyjaciółki i mamy, które uknuły spisek na moją osiemnastkę. I to jest najpiękniejszy spisek, o jakim kiedykolwiek usłyszałam. A tak serio, nie wyobrażam sobie lepszego prezentu. Bardziej poruszającego; dwie osoby, które są mi szalenie bliskie załatwiają dla mnie koncert szalenie bliskiego zespołu. Wyobraźcie sobie tę falę dobrych myśli w mojej głowie. 

Na samym wydarzeniu płakałam cztery razy. I wiecie co było straszne? Ja, siedząc już na swoim miejscu, wyczekując na wyjście zespołu, pomyślałam, że może za bardzo nastawiałam się na ten koncert. Może miałam zbyt wygórowane oczekiwania, bo w końcu jestem tak daleko od sceny. Może niepotrzebnie się tak cieszyłam, bo teraz dostanę rozczarowaniem po twarzy. Może przesadziłam, przecież to tylko ludzie. (Autentycznie mignęła mi taka myśl.)
Oni wyszli, a ja miałam łzy na policzkach i jak to piszę w tym momencie, to mam wrażenie, że brzmię jak stereotypowa nastolatka piszcząca na widok swoich idoli (nie lubię tego słowa). Ale po prostu byłam szczęśliwa. W pełnej euforii i wtedy przyszło mi na myśl, że kurde, udało się. Jestem tutaj. Patrzę na ludzi tworzących muzykę, przy której łatwiej jest mi płakać, sprzątać, uczyć się, jeździć w dalsze podróże, których, kurka wodna, twórczość towarzyszy mi dzień w dzień. 
Tęczowa flaga, "Ohne dich" i koniec - to były moment, kiedy nie mogłam poradzić sobie z własnym wzruszeniem. 

Odpowiadając na pytanie, czy jestem zadowolona? 
Jestem wniebowzięta i bardzo chciałabym przeżyć to jeszcze raz. To jedno ze wspomnień, do których wracam, kiedy czuję się gorzej.
Poza tym, umówmy się. Ludzie, którzy przyjechali na koncert, też robili swoje. 

A "moje Rammstein" zaczęło się od piosenki "Mutter" i wtedy przepadłam. Teraz nie widzę odwrotu i nie chcę go widzieć. Wyjątkowo dobrze mi z tym zespołem, nawet za dobrze, bo nie jestem w stanie wymienić piosenki, która by mi się nie podobała. Nie ma takiej. Mogę podać solowe utwory Tilla Lindemanna (wokalisty) będące mniej w moim guście, ale nadal od czasu do czasu ich słucham. Za dużo naturalnych opioidów we mnie na słowo "Rammstein". 


Co myślę o nowej płycie? 

Jeszcze w życiu nie recenzowałam płyty i tym razem też tego nie zrobię, bo nie potrafię popatrzeć na nią obiektywnie. Uwielbiam ją. 
Mogę napisać, że piosenka "Puppe" to utwór, w którym złość, emocje są przekazane w idealny sposób, że odczuwa się to całym sobą. No i jak na ten zespół przystało - piękny tekst, ale do słów Tilla jeszcze przejdziemy. 
A ballady to im wychodzą takie, że zawsze przy nich mam gęsią skórkę. Włączam je, kiedy muszę pomyśleć, kiedy potrzebuję chwili ze sobą, z ułożeniem paru spraw w głowie. "Diamant" sprawdza się w tej roli równie idealnie, co jej poprzednicy jak "Ein Lied", "Frühling in Paris" czy popularne "Ohne dich". Gorsza jest jedynie pod względem tego, ile trwa, bo niecałe dwie i pół minuty.

Ciche noce Tilla 

O ironio, moją Bucket List znalazłam właśnie w jednym z dwóch tomików Lindemanna. 
Wokalista Rammstein w jednym z wywiadów dla VIVA JAM powiedział kiedyś, że pisze wiersze w stylu lat 60. Są łatwe i wszyscy wiemy, o co w nich chodzi. I mając przed sobą "Ciche noce", mogę przyznać, że faktycznie są banalne w interpretacji, ale to im wcale nie ujmuje wręcz przeciwnie. To rodzaj wierszy, z którymi ja się jeszcze nie spotkałam i muszę napisać, że ten rok temu po poezji Jesienina czy Poświatowskiej to był dla mnie prawdziwy szok. Teraz można zapytać, czego ja się spodziewałam, po utworach Rammstein, gdzie to również są słowa Tilla? 
To prawda, ale tomik jest, mam wrażenie, dużo mocniejszy. Poza tym, traktuję go jak małą biografię wokalisty. Są to wiersze ordynarne, momentami nawet brzydzące, ale dokładnie takie powinny być, bo nie wyobrażam sobie, aby Lindemann napisał inaczej; a ja lubię jego styl, lubię tę bezpruderyjność. Tym bardziej, że wszystko przeplatane jest wrażliwością. Ciekawy miks, ale tak się da! 
Tytuł wpisu to pierwszy wers wiersza "Wiolonczela" (oryginalny tytuł:"Die Geige", niestety nie wiem, dlaczego tłumaczka nie została przy skrzypcach). Właśnie w takich momentach żałuję, że mój niemiecki nie jest wybitniejszy, bo chciałabym móc przeczytać "Ciche noce" w oryginalnym języku. 
A na koniec dodam jeden z tytułów Tilla, którym mógł pochwalić się w tomiku (i tym delikatnym): 

Strach
Słonecznik usycha z pragnienia
umiera stojąc przy oknie
ostatnie łzy żółte roni
smutny to widok

Odwracam się przejęty trwogą

Strach zeschnięty i zapomniany
podobny mi los pisany
tak szybko cała świetność mija
choć wczoraj pełnym blaskiem lśniła
Till Lindemann, oryginalny tytuł: "Angst"tłumaczenie: Joanna Raczyńska


Tam pójdę, gdzie szumiące jodły

Ale miło było coś takiego napisać i jestem pewna, że milej będzie do tego wrócić po jakimś czasie. Zdecydowanie wpis na gorsze dni, żeby móc podnieść się na duchu i przypomnieć sobie całe wydarzenie. Wspomnienie ocieplające serduszko i życzę Wam takich jak najwięcej! 
Mam nagrania, ale ja żem z tych, co po wszystkim czekają, aż ktoś im wyśle, co nagrał.
Zdjęcia pochodzą z oficjalnego Instagrama Rammstein. A tekst wyłonił się z własnej potrzeby dodatkowego uwielbienia zespołu (i dodać szczyptę dobrych myśli na koniec weekendu). 
Trzymajcie się ciepło! 
Album, przy którym napisałam ten wpis: XXI - Klavier 

Koncert:
音樂會 (yīnyuèhuì)
Konsertti

Horror prosto z Filipin


Polski tytuł: "Szkoła grozy"
Oryginalny tytuł: "Eerie"
Rok produkcji: 2018
Jest dostępny na Netflixie.

Hej, terve, 大家好!
Ciężko u mnie z horrorami. Jak po samym seansie raczej nie mam problemów z zaśnięciem czy ogólnie z późniejszym funkcjonowaniem, tak jeśli chodzi o samo oglądanie, to potrafi mnie wystraszyć najmniejsza rzecz i uruchomić wyrzut w tył w momentach, w których coś straszniejszego pojawia się na ekranie. Dlatego też tego typu filmy ze mną ogląda się średnio, bo momentami sama moja reakcja może przestraszyć.
Jeśli mam odpowiedzieć na pytanie: Czy lubię horrory?
Odpowiedziałabym: od czasu do czasu, ale tylko i wyłącznie z drugą osobą, bo nie ma opcji, żebym przeszła przez film grozy sama. Nie ma takiej możliwości.


A o czym to w ogóle? 

W katolickiej szkole dla dziewcząt dochodzi do samobójstwa jednej z uczennic. Ta sytuacja wstrząsa wszystkimi. Pat Consolacion jest pedagogiem szkolnym w tejże placówce i jedną z bardzo dociekliwych osób. Czuje, że zakonnica coś przed nią ukrywa. Chce odkryć prawdę o śmierci dziewczynki. Wierzy w to, że jeśli dowie się wszystkiego, będzie mogła sprawniej pomóc innym uczennicom.

Ja włączyłam ten film z siostrą średnio wiedząc, o czym jest. Jeśli chodzi o fabułę, zdawałam sobie sprawę, że akcja rozgrywa się w szkole katolickiej i w sumie na tym opierała się moja wiedza. Ale są trzy powody, dlaczego miałam takie parcie na "Szkołę grozy", bo prawda jest taka, że ta produkcja chodziła za mną przez dwa tygodnie co najmniej i trochę zeszło zanim mogłam sobie na nią pozwolić.

  1. LoJournal polecała tę produkcję na Instagramie, a w jej rekomendacje mocno wierzę. 
  2. Filipiny. Moje pierwsze pytanie brzmiało: Ile do czynienia miałam z kinem filipińskim? I z przykrością stwierdziłam, że tak naprawdę nie znam żadnego filmu z tego kraju. W dodatku zachęciła mnie ekscytacja na myśl, że posłucham języka filipińskiego, z którym równie rzadko mam okazję się spotkać.
  3. Czuć w powietrzu jesień, a horrory pasują do niej jak ulał! 
Te trzy punkty wystarczyły, aby zaraz na drugi dzień po powrocie do domu odpalić sobie Netflixa, mając w głowie konkretny tytuł.
I muszę napisać, iż pierwsza połowa filmu troszkę mnie zawiodła, wręcz nudziła, do czego za chwilkę się odniosę.

"Szkoła grozy", czyli znowu popadamy w skrajności

Idę do pokoju siostry. Biorę ze sobą krzesło i siadamy obok siebie. Ona wpisuje tytuł filmu i otula się kocykiem. Ja wpatruję się w ekran z głową wypełnioną nadzieją i euforią, że w końcu! W końcu mam czas i odwagę usiąść nad tą pozycją. Mówię siostrze, że dobrze się zaczyna. Już od pierwszych minut towarzyszy mi gęsia skóra.

Mój filmowy kompan komentuje: "Ale zrobili dobry nastrój"i zgadzam się nią. A trzeba przyznać, że jest jedną z osób, która - w przeciwieństwie do mnie - jest w miarę odporna na horrory. 
Fascynuje nas ruch kamery, który niezwykle buduje napięcie. Aż w pewnym momencie każę zatrzymać film, bo moje poczucie strachu przekroczyło swoją granicę. 

I tak przez pierwsze minuty. A potem coś się zaczyna psuć. Napięcie znika, a wręcz zaczynamy się przeraźliwie nudzić. Ciągle wykorzystywane są te same sztuczki, aby wystraszyć widza. Film schodzi z fabuły, a wałkuje chwile, w których szkolna pedagog przechadza się nocami przez szkołę. Co, jak na początku było straszne i ciekawe, tak po jakimś czasie stało się po prostu męczące. Z tego też względu przerwałyśmy oglądanie i wróciłyśmy do tego tytułu dopiero po dniu albo dwóch. 


Mogę napisać jedno: Gdyby pierwsza połowa filmu była równie dobra i interesująca, co druga - to "Szkoła grozy" stałaby się dla mnie ważnym i emocjonalnym (nie mam na myśli tutaj tylko strachu) dziełem kultury.
Trzeba przyznać, że z siostrą ponownie włączyłyśmy tę produkcję z takimi mieszanymi uczuciami, od niechcenia troszkę.
Ale ile było w nas zainteresowania, kiedy okazało się, że filipiński reżyser (Mikhail Red) postawił na konkretniejsze rozwinięcie fabuły, na zmuszenie widza do myślenia. I to w taki sposób, że razem z siostrą siedziałyśmy cicho przez te około 40 minut i w całości oddałyśmy się seansowi. To było 100% skupienia, a za takie chwile dziękuję kinu.

A końcówka filmu wbiła mnie w krzesło. Była piękna, było emocjonalna i przede wszystkim; niespodziewana, ale w ten ładny, niesztuczny sposób. Tym bardziej nie ukrywam, że średnia ocen zszokowała mnie. Wiem, że nie ma się nią, co przejmować, ale 4,7 na imdb i dokładnie tyle samo na filmwebie wydaje mi się lekko niesprawiedliwe. Chociaż z tego, co zauważyłam, horrory tak mają. Są traktowane nie-fair.
Kontrast między ocenami jest wyjątkowo rzucający się w oczy. Można znaleźć pełno opinii poniżej 3 gwiazdek i równie wiele zdań, które zawierają masę zachwalających epitetów. Mimo wszystko, jedno należy przyznać: film jest w stanie wystraszyć nawet najodporniejszych widzów.

Dodam jeszcze

Nie mogłam wyjść z zachwytu, jeśli chodzi o grę aktorską Bei Alonzo, która zagrała  Pat Consolacion, czyli główną bohaterkę (pani na zdjęciach) i warto obejrzeć chociażby dla jej wyczynów przed kamerą.

Najważniejsze pytanie: warto czy lepiej dać sobie spokój? 

Zaryzykuję i napiszę, że opłaca się. Jeśli przebrnie się przez około 30-40 minut i dotrze się do momentu, w którym wszystko nabiera tempa, a sama historia dziewczynki zaczyna się układać w sensowną całość to można zakończyć seans z przyzwoitym zadowoleniem. Ale jak wspomniałam: "Szkoła grozy" to tytuł, który dzieli ludzi. 

Loppu koniec po pięknym, fińskim języku!!

Dziękuję za tę chwilkę spędzoną na Pandzi. Jeśli ktoś ma do polecenia horrory/thrillery/ogólnie dobre kino na jesień, to bardzo chętnie przyjmę kilka tytułów na swój ekran! 
Mam nadzieję, że do usłyszenia za niedługo.
Trzymaj się ciepło 💗

Horror:
恐怖片 (kǒng bù piàn)
Kauhuelokuva 
I taka ciekawostka: w języku fińskim "horro" może oznaczać "drzemkę" lub "hibernację".

Tragedia o komediowym tytule


Cześć, moi, 你好!
"Czyim mężem był mój eks?" - tak brzmi polski tytuł i trochę mi wstyd, że widząc go na Netflixie stwierdziłam, że poświęcę swój czas na coś o takiej nazwie. Na swoją obronę mogę napisać, że przekonał mnie kraj produkcji i chęć nasłuchania się mandaryńskiego.
Ale już na wstępie wspomnę: nie żałuję ani minuty spędzonej nad tą produkcją, bo przyznam szczerze, że dawno nie płakałam tak rzewnymi łzami. A ten nieco zabawny, lekki tytuł wcale nie oddaje tego, o czym sam film opowiada. Wcale nie mamy tam komediowej walki o mężczyznę czy przerysowane postacie mające na celu rozbawić widza. Nic z tych rzeczy. Bo jest to ciężka historia. Jedna z tych, przy której trzeba wykrzesać z siebie wiele współczucia i zrozumienia.
Mimo wszystko, film jasno odpowiada na pytanie: "czyim mężem TAK NAPRAWDĘ był mój eks?"


Fabuła 

Song Zhengyuan umiera, zostawiając zrozpaczoną żonę, syna i kochanka. Młody Song Chengxi nie dogaduje się ze swoją mamą, a jej konflikt z kochankiem ojca nie polepsza ich relacji. A kłócą się oni o spadek, który przepisał zmarły nie na kobietę, a na mężczyznę, czego ona nie potrafi znieść i próbuje odzyskać to, co w jej mniemaniu, należy się tylko i wyłącznie żonie, a nie "obcemu" człowiekowi. 
Wszystko dzieje się przy akompaniamencie teatru, co jest najbardziej emocjonalnym motywem, bo sztuka wiąże się mocno z dwoma głównymi bohaterami.
I właściwie na tym mogę tutaj skończyć, bo więcej zdradzę w samej opinii. Dlatego teraz zapraszam do przeczytania mojego zdania, które piszę trzęsącymi się dłońmi na myśl o jednym z momentów wyciągniętym z tego filmu.
(Troszkę hiperbolizuję, ale tylko po to, aby pokazać, jak mocno wpłynęła na mnie ta produkcja.)


Pandzie zdanie 

Zacznę tak: każdy z nas ma swoje tytuły, do których od czasu do czasu wraca, nawet włączając wybrane fragmenty, aby jeszcze raz chociaż troszkę odczuć to, co czuło się za tym pierwszym, oglądanym/czytanym/przesłuchanym razem. I dla mnie - to jest dokładnie film z tej półki. Kiedy masz wrażenie, że coś tego pokroju nie powinno podlegać ocenie, tylko powinny być przeliczniki łez.

Trzy główne postacie są bardzo dobrze zarysowane. Mamy syna, który przysięgam, że jest wyjątkowo denerwującą osobą, ale ta jego opryskliwość można w łatwy sposób usprawiedliwiać sytuacją rodzinną. A ta na pewno będzie sprzyjała nikomu, zwłaszcza człowiekowi w tak młodym wieku, kiedy nasze spojrzenie na świat dopiero się kształtuje.  
Z drugiej strony obserwujemy kobietę, mamę, wdowę: Liu Sanlian dowiadującą się, że jej zmarły mąż przepisał pieniądze na osobę, którą ona darzyła wielką nienawiścią, ale tą z największych, najsilniejszych i destrukcyjnych. Osobą, która ją potwornie zraniła. Liu nie chce pozwolić na to, aby poniżono ją w taki sposób. Dlatego wręcz nachodzi kochanka męża - Jaya. 

I na tej podstawie można od razu pomyśleć, kto ma słuszność w zaistniałej sprawie, ale ona wcale nie jest taka łatwa i jasna, jak nam się wydaje. Podczas seansu ciągle wychodzą na światło dzienne nowe fakty, które wywołują mieszane uczucia. Bo z jednej strony Sanlian ma przerażające życie emocjonalne, a potem patrzysz na ogół i masz mętlik w głowie. W każdym razie końcówka jest piękna i myślę, że dokładnie taka, jaka miała być. 
No i Jay, czyli ten zły, oschły z zaniedbanym mieszkaniem i właściwie samym sobą. Jest skupiony na wystawieniu sztuki, której jest reżyserem. Marzy mu się, aby przywrócić tym dawną świetność teatru. 


Poza samą historią chciałabym wyróżnić dwie rzeczy: Roy'a Chiu, czyli aktora grającego Jaya i Ying-Xuan Hsieh, która odgrywała Liu Sanlian. Ja kupiłam te dwie postacie i dla mnie wypadły wyjątkowo dobrze, a ich duet sprawił, że film dodatkowo zyskał. 
Wydaje mi się, że cięższą rolę miała do odegrania Hsieh, bo jednak musiała operować całą gamą emocji; począwszy od manipulującej matki, która poprzez łzy próbowała wzbudzić w synu litość przez próbującą uratować małżeństwo żonie, kończąc na awanturującej się na klatce schodowej kobiecie. I Ying-Xuan zrobiła to po mistrzowsku. 
Drugą sprawą są kadry. Te nowe tajwańskie i chińskie produkcje są dla mnie wyjątkowe pod tym względem, bo przypominając sobie takie filmy jak" "My i oni", "Obłąkany świat" czy "The stolen years" to w każdym z nich obraz robił swoje. Szczególnie w "Obłąkanym świecie" i "Czyim mężem był mój eks?" wizualna strona podkreślała dramat rozgrywający się na ekranie. 

Często słyszę i czytam o tym, że to azjatyckie kino jest zbyt patetyczne. Dużo w tym płaczów, krzyków i jeszcze raz płaczów. Ja lubię filmy z tamtych regionów, ale jestem w stanie zrozumieć, dlaczego do europejskiego odbiorcy one mogą nie trafiać. 
Mimo wszystko, myślę, że w przedstawianej przeze mnie produkcji ta azjatycka specyfika kierowania uczuciami bohaterów nie jest aż tak skrajna. Jest dość sporo krzyków ze strony Liu, ale jestem przekonana, że były one całkowicie potrzebne i taka właśnie była Sanlian. 

Co sądzi inny typ widza niż ja? 

Czyli co myśli Knightx?

Kończąc, polecam z całego serduszka, bo mój licznik łez dawno nie przekroczył takiego wyniku. 
A tutaj dodaję jeszcze krótką opinię bliskiej mi osoby o "Czyim mężem był mój eks?", a jest ona widzem, który preferuje całkowicie inne kino ode mnie. Oto zdanie osoby uwielbiającej takie realizacje jak: "Wikingowie", "Troja", "Dobry, zły i brzydki" czy "The Walking Dead". Ażeby nie było tak słodko, a co!
Przy analizie tego filmu przypomniałam sobie pewien artykuł, którego tematyką była sprawiedliwość według Chin. Mówiła ona, że tam nie ma takiej Europejskiej teorii "Winny jest tylko jeden i jeden ponosi karę (głównie chodziło o sprawy w sądach)".Tak i w tym filmie uważam, że ta mentalność chińska była w dużej mierze widoczna. Podczas seansu ciągle zmieniałam strony winne. Matka tylko kochała syna i za tę miłość chciała w zamian takiej wierności, oddania. W związku z sytuacją z jej mężem bała się, że straci kolejnego członka rodziny. Stawała się zazdrosna, bo ten sam człowiek odbierał kobiecie cząstkę domu, tylko takiego rodzinnego. A kochanek nie mógł wytrzymać utraty swojej miłości. Zachowywał się obojętnie praktycznie do wszystkich wokół. Bywał agresywny wobec pracowników. Tak jak matka, on też miał ku temu swój osobisty powód. Syn mnie w pewnym momencie zaczął dręczyć, ale chyba rozumiem jego postępowanie. Ja też ciągle mam takie swoje widzimisię, buntuję się i dni, w których wolę pobyć z daleka od domu. W recenzji, która pewnie wyjdzie mi znacznie dłuższa, niż pierwotnie miałam w planach, chciałam nawiązać do samej kolorystyki panującej w scenografii. Do tej pory, kiedy myślę o tym filmie, moim pierwszym obrazem jest ciemność, przez którą przebijają się odcień niebieski i fioletowy. Miałam jeszcze wiele rzeczy do powiedzenia, ale nie chcę tutaj strasznie się rozpisywać, bo wyglądałoby, że jestem wygadana jak osioł z animacji "Shrek". A skończyć kiedyś trzeba. W tym przypadku przechodzę do podsumowania. Ta ekranizacja ma na celu bardziej nami wstrząsnąć emocjonalnie, mniej uwagi poświęca na samą fabułę. Po obejrzeniu ciągle czuję niedosyt, film jest dobry i tyle. Żadnej większej satysfakcji, zachwytu i gdyby nie ta recenzja nie analizowałabym tak dogłębnie przekazu w tym filmie, doszukując się kolejnych wartości.
Wniosek jest taki: jeśli czujesz, że uwielbiane przez Knightxa tytuły są Ci bliższe niż te moje, to możesz się zwyczajnie w świecie męczyć podczas seansu. To prawda, że mimo wszystko najlepiej jest sprawdzić samemu, bo nikt nie ma dokładnie, co do książki czy płyty, takiego gustu jak Ty. Ale wydaje mi się, że to w jakiś sposób ułatwia ukierunkowanie się za co chwytać, a za co nie.


Wszystkiego dobrego

...na nadchodzący weekend. Chcę jeszcze tutaj zostawić dwa pytania: 
  • Czy dla Ciebie kino azjatyckie jest zbyt przesadne, sztuczne czy jednak jesteś jej fanem?
  • Jakie filmy ostatnio trafiły przed Twoje oczy? 
Na sam koniec dodam suche fakty.
Jest to tajwańskie dzieło, które pochodzi z listopada 2018.
Można go znaleźć na Netflixie.
Angielski i oryginalny tytuł to "Dear Ex".
Trwa około 100 minut.
Jest przepiękny.

Pozdrawiam najcieplej! 
Panda Fińsko-Chińska

PS Mam bardzo dobrą wiadomość! Wydawnictwo Poznańskie zapowiedziało premierę książki "Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki" autorstwa Aleksandry Michty-Juntunen na 16 października tego roku. Jeśli ktoś chce zobaczyć okładkę, to tutaj macie link do wpisu na Instagramie. Dla jasności, nikt nie kazał mi tego zrobić ani nie zapłacił mi za to, ani nic z tych rzeczy. Po prostu dzielę się dobrą nowiną, bo mnie ona bardzo ucieszyła.

Madame Mao | Anchee Min

"W moim rozumieniu polityka to przemoc. Rewolucja nie jest herbatką u cioci - to przemoc w najczystszej formie. Uwielbiam dawną politykę, politykę zwykłej dyktatury."


Cześć, moi, 你好!
Chiny mają się bardzo dobrze na Pandzi i pewnie będą się tak mieć jeszcze przez długi czas, bo mam dosyć sporą listę i filmów, i książek związanych z tym krajem. I cieszy mnie to, bo spędzam wakacje "chińsko". 
Na "Madame Mao" trafiłam całkowicie przypadkiem. Szukając serii "Talizman z nefrytu" (dziękuję Aniu za polecenie, już siedzą na mojej półce i wyglądają pięknie!), znalazłam konto pewnej Pani, która miała do sprzedania wiele pozycji związanych z Chinami i to za, nie ukrywam, wyjątkowo kuszące ceny, dlatego brałam, ile mogłam, a co!
"Pamiętasz ten poemat? Rzecz jest o cesarzu Li z epoki Tang, którego zmuszono, by powiesił swoją kochankę, Jang. Nakłonili go do tego generałowie, grożąc zamachem stanu. Historia rozdzierająca serce! Biedny cesarz. Równie dobrze mogli i jego powiesić." 

 Kim jest tytułowa bohaterka? 

Mao Zedong* - to nazwisko mówi dużo więcej niż Jiang Qing**, a to właśnie o niej jest mowa. O aktorce, o miłośniczce opery, o buntowniczce, komunistce, ale w historii Chin zapisała się przede wszystkim jako czwarta żona tak wielkiego i rewolucyjnego polityka, jakim był Mao.
Zdanie, które często pada w książce "być pawiem wśród kur" stało się dewizą dla głównej bohaterki. Zawsze potrzebowała uwagi, nienawidziła, kiedy się ją ignorowało, kiedy spychano ją na drugi plan, a późniejsza pozycja pozwoliła jej na mszczenie się za lekceważenie pierwszej damy. 
Na scenie wypadała genialnie. Zresztą, własnie dzięki przedstawieniom została zauważona przez Zedonga. A ten był jej wielką miłością. Największą. Za co nie znosiła siebie, bo Mao upokarzał ją na każdym kroku. Do końca jego życia musiała udowadniać mu jej użyteczność - dużo dołożyła od siebie do rewolucji kulturalnej. Jako że odgrywanie ról zawsze było dla niej najważniejsze, zajęła się filmami propagandowymi. Specjalnie dla Mao, aby w ten sposób krzyczeć: 'Widzisz! Jestem po twojej stronie. Jestem ci potrzebna!"


Pierwszy raz zbuntowała się, kiedy mama chciała skrępować jej stopy. Wmawiała dziewczynce, że w ten sposób coś osiągnie w życiu, że to te stopy przyniosą dobrego męża. Przez pierwsze trzy tygodnie faktycznie nosiła bandaże, jednak po tym czasie ból spowodowany ściskiem zaczął narastać. Delikatnie pisząc, był nie do wytrzymania i wtedy Jiang zerwała opatrunek, uwalniając ściśniętą część ciała. To oczywiście nie spodobało się matce, jednak przyszła żona Mao szła uparcie przy swoim. 
Przez całe życie nie mogła zapomnieć cierpienia, którego doświadczyła przy krępowaniu stóp, a na samą myśl o tym, dostawała gęsiej skórki. 
Wiązało się to też z wielkim strachem przed zostaniem konkubiną. Brzydziło ją to. Chciała być pierwszą damą. Kimś znaczącym. Pawiem wśród kur. Ale Mao jej tego nie ułatwiał. 

"W przyszłości ludzie będą pamiętali tylko jego dobre uczynki. Na przykład bardzo znaną historię o pogrzebie marszałka Czen Ii w 1975 roku, kiedy to przyjechał w piżamie [Mao], by pokazać, jak się śpieszył. Miało to dowodzić szczerości smutku Mao. Jednak prawda jest taka, że mógł ocalić marszałkowi życie, gdyby nie pozwolił hunwejbinom*** zakatować go na śmierć."

Warto? 

Nie napiszę tego z wielkim przekonaniem, ale wydaje mi się, że jednak warto przeczytać. Postać Jiang Qing jest niezwykle interesująca i pokazuje rewolucję kulturalną z drugiej strony. Poza tym, autorka nie skupia się tylko na tym wydarzeniu w książce. Ba, myślę, że to dopiero niecała druga połowa tejże lektury. Właściwie zaczynamy od dziecka. Od relacji z matką, pierwszego męża, drugiego, trzeciego, początków związanych z aktorstwem. To zaś sprawia, że lepiej jest nam zrozumieć okrutne poczynania Jiang w przyszłości. 

"Madame Mao" zaczyna się od samego końca życia głównej bohaterki. Kiedy czeka na egzekucję i myśli nad swoją córką Na. Co ciekawe, Jiang Qing jest potępiana, ale sam Mao wręcz przeciwnie. Czytając tę książkę, warto na to zwrócić uwagę i wyłapywać manipulacje Zedonga, odnosząc się konkretnie do wcześniej wymienionej informacji. 

No ale dobra! Powiem tak, ciężko było mi się na początku przyzwyczaić do stylu pisania autorki. Wszystko działo się szybko, bo zostało napisane dość zwięźle i to mnie czasem wybijało z rytmu, nawet pod koniec książki. Poza tym dialogi nie są wyróżnione, tylko stanowią ciąg razem z opisem.  Co też z początku mnie odrzuciło. Da się do tego przywyknąć, ale jak napisałam, potrzeba trochę stron. 
Mimo wszystko, dostałam zarys dwóch najważniejszych osobowości. Wyniosłam dużo informacji, a chyba to się najbardziej liczy.  Odrobinę żałuję, że wątek Wielkiego Skoku ogłoszonego przez Mao został potraktowany po macoszemu, ale jestem w stanie przymknąć na to oko, bo przedstawienie rewolucji kulturalnej nadrabia to.

Sama postać Jiang, chociaż zrobiła wiele strasznych rzeczy, wzbudzała we mnie raczej żal. Żal, że była uwięziona w wielkich, nie do ruszenia ramionach Zedonga. A i jej miłosne przygody ściskają serce. Ogólnie rzecz biorąc, jej relacje z ludźmi opierały się na wzajemnych korzyściach, na manipulowaniu, wiecznym pokazywaniu, kto jest wyżej. Tragiczna postać, tak myślę. Późniejsza pozycja pierwszej damy wcale niczego nie ułatwiła ani nie upiększyła.

"Wiejscy artyści malują na murach portrety Mao. Mój ukochany w dalszym ciągu przypomina dawnego mędrca, teraz nawet jeszcze bardziej. Jego portrety są udane, ponieważ artyści przywykli do malowania twarzy Buddy. Nie potrafią malować Przewodniczącego w taki sposób, żeby nie wyglądał jak Budda. Może właśnie jego widzą w Mao. A jestem pewna, że Mao udaje Buddę." 


Drobnostki

Lektura liczy sobie około 400 stron, ale brnie się przez to bardzo szybko z powodu czcionki i stylu pisania autorki. Książka została wydana w 2001 roku w Polsce, więc nie należy do najmłodszych, ale z łatwością można kuoić używaną i to za grosze. 
Daj znać, czy słyszałeś/aś wcześniej o "Madame Mao". Ja jeszcze w czerwcu nie miałam pojęcia, że istnieje coś takiego, ale od razu po przeczytaniu opisu stwierdziłam, że okej, to zdecydowanie coś, co chcę mieć na półce. A czerwona okładka wygląda pięknie!

Trochę o mnie

Wróciłam z Warszawy i wyżej widzisz właśnie zdjęcie stamtąd! Jestem po FENOMENALNYM koncercie Rammstein i chyba wezmę się porządnie za Pandzie, bo nie da się ukryć, że ją zaniedbałam, co siedzi mi na sumieniu. Lubię tutaj pisać, lubię informować o tym, co przeczytałam albo obejrzałam, a szczerze mówiąc, to mam trochę filmów za sobą (i to głównie chińskich!), dlatego co się mam nie chwalić.

Pozdrawiam cieplutko! 
Panda Fińsko-Chińska 


* W "Madame Mao" jego nazwisko wygląda tak: Tse-tung, jednak wolę wersję w pinyin.
** W "Madame Mao": Ciang Cing.
***Hunwejbini - inaczej; Czerwona Gwardia - założona przez Mao komunistyczna organizacja, do której należeli młodzi ludzie ubrani w zielone mundury z czerwonymi opaskami na rękach. Działali podczas rewolucji kulturalnej. Torturowali, zabijali osoby podejrzewane o zdradę komunizmu. Innymi słowy, byli bardzo wpływowi i robili wszystko, co Zedong kazał. 

Architektura | Made in China

Cześć wszystkim! 
Dzisiejszy wpis to taka trochę niespodzianka dla czytelników, ponieważ wita się z wami nie Ania, lecz Julia z bloga Juli's House.
Jest mi bardzo miło gościć na tym blogu, ponieważ obserwuje pracę Ani już od jakiegoś czasu i z każdym wpisem fascynuje mi jej pasja do tego, co robi. Bardzo się cieszę, że mogę pokazać mój punkt widzenia na Chiny. Poznacie dziś historię, ciekawostki, obejrzycie piękne zdjęcia związane z chińską architekturą. Bez zbędnego przedłużenia zapraszam do czytania! 

POCZĄTKI 

Początki architektury chińskiej sięgają mniej więcej XV wieku przed naszą erą. Dla porównania budowle w naszym kraju zaczęto stawiać dopiero w X wieku naszej ery (styl romański), w momencie w którym zaczęło się kształtować państwo polskie. W Chinach już w III wieku przed naszą erą architektura była wysoko rozwinięta i stawała się inspiracją dla innych krajów takich jak Japonia, Korea oraz Wietnam. Stąd wiele podobieństw. Pierwsze budowle wznoszono z drewna, a późniejsze z suszonej gliny. Przykładem zabytku zbudowanego właśnie z drewna jest buddyjska świątynia Foguang ( chiń. 佛光寺 ), wybudowana w 857 roku w prowincji Shanxi, Chiny.

Fot. En.chinaculture.org 

Praktyką według której wznoszono miasta i budynki było feng shui. Kan Yu, bo tak początkowo nazywano tę technikę, była rozwijana od III wieku przed naszą erą do III wieku naszej ery. Opracowanie feng shui napisał Guo Pu kilka lat później. Od tamtej pory praktyka była głęboko stosowana w życiu codziennym. 

 Założenia feng shui : 
  •  Świat wypełniony energią – chi 
  •  Harmonia i uporządkowanie 
  • Pozbycie się starych mebli, nieużywanych sprzętów i zbierających kurz dekoracji o 5 elementów feng shui : drewno, metal, ziemia, woda, ogień 

Chiny bez makijażu | Marcin Jacoby


"Wierzę, choć nie mam na to naukowych dowodów, że dzięki pisaniu znaków Chińczycy, Koreańczycy i Japończycy mają dużo bardziej niż Europejczycy rozwinięty zmysł proporcji." | str. 89

Wstęp 

Dzień dobry! 
Kiedyś, gdzieś wspominałam o tej książce i już wtedy, będąc na około setnej stronie, byłam z niej bardzo zadowolona. Teraz, mając za sobą całość - jestem nad wyraz zachwycona. A głównym powodem jest fakt, że po prostu, po ludzku zostałam uświadomiona w wielu kwestiach odnoszących się do Chin, a chyba o to chodziło, więc cel: osiągnięty i to z jaką klasą! Z kolei ta świadomość spowodowała we mnie jeszcze większą fascynację tymże krajem. 
Zanim jednak przejdziemy do konkretniejszego wyjaśnienia poprzednich słów, chciałabym co nieco napisać o samym autorze. 
Trafiłam na niego w bardzo prosty sposób! Szukając informacji odnośnie malarstwa chińskiego, znalazłam na Youtube wykład pana Marcina zatytułowanego: "Tradycja i eksperyment. Malarstwo chińskie w epokach Ming i Qing", który, zresztą, polecam. No to ja szczęśliwa, że dostałam taką górę wiedzy na ten konkretny temat, wyszukałam twórcę wykładu i tak o to mogę trzymać "Chiny bez makijażu" w rękach, z czego cieszę się niezmiernie, bo i dzięki temu częściowo zaspokoiłam chęć pozyskiwania informacji. 
Przytoczę trzy zdania zawartych na zakładkach książki odnośnie autora: "sinolog, interesuje się Chinami odkąd pamięta. Zaczynał naiwnie od filmów kungfu, co zaprowadziło go w końcu ku prawdziwym chińskim sztukom walki. Dalej były lektury coraz bardziej filozoficzne i coraz bardziej poważne, aż wreszcie nauka języka." - Czyż to nie brzmi pięknie? Brzmi! I na mnie zawsze dobrze wpływają takie słowa. Można powiedzieć, że w sumie to dodają otuchy, a szczególnie w okresie liceum, szkolnym ogólnie rzecz biorąc, kiedy wyjątkowo powątpiewa się w siebie i swoją przyszłość. I oby każdy, jak autor, tak brnął do spełniania swoich marzeń, bo, co jak co, ale mam wrażenie, że to one są jednym ze składników szczęścia. (Oj no, mogę czasem rzucić czymś takim prostym!)

"(...) błotniste pola ryżowe to nie naturalne bagna, lecz gleba trwale zmieniona przez dzisiątki lat pracy chłopów budujących skomplikowane systemy irygacyjne, stojących przez całe życie po łydki w wodzie, poganiających powolne woły do niekończącej się pracy. Oto anonimowi bohaterowie kultury chińskiej" | str. 19

Ach, te Chiny!

Nie można tego nazwać książką podróżniczą czy reportażową. Autor dzieli się z nami subiektywnymi spostrzeżeniami odnośnie kraju, którym interesuje się od lat i w którym spędził sporo czasu. I na tym ta pozycja niezwykle zyskuje, bo w końcu; człowiek zarażona pasją sam ją rozpowszechnia. A to jest w cenie.
Wyodrębniono pięć rozdziałów: Tożsamość, ludzie, polityka, gospodarka i społeczeństwo oraz Chiny dla Polaka. I w każdym z nich twórca dzieli się z nami ciekawymi kwestiami odnoszących się np. do religii, wierzeń Chińczyków (pada interesujące stwierdzenie: "Mówi się, że dawny Chińczyk był konfucjanistą na zewnątrz, buddystą w świątyni i taoistą w domowym zaciszu." / str. 109 - bardzo spodobało mi się to zdanie) czy sytuacji związanej z Tajwanem. Odpowiada na zagadnienia, które na pewno niejednego Polaka zastanawiały.
Dlaczego dziewczynkom krępowano stopy? Czy Chińczycy to naprawdę romantyczny naród? (a i ja słyszałam i czytałam tego typu twierdzenia!) Czy istnieje w ogóle coś takiego jak "chińskość", a jeśli tak, to w jaki sposób ją zdefiniować? I na to pytanie pan Marcin stara się znaleźć odpowiedź, co, jak sam podkreśla, wcale nie należy do łatwych rzeczy, bo Chiny to przede wszystkim kraj wypełniony milionami kontrastów, różnic. 
Ja najbardziej czekałam na rozdział związany z polityką, która wydaje mi się, że budzi ogrom emocji w przypadku tejże nacji. I z czystym sumieniem oznajmiam, iż powyższa książka to strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o wprowadzenie w tę tematykę.

Trzeba wspomnieć też o tym, że autor próbując nam wyjaśnić daną sytuację w kraju, nawiązuje do przeszłości, stara się nam wytłumaczyć skąd, jak, co, dlaczego, np. z jakiego powodu Chińczyków jest znacznie więcej od Chinek? Musimy pamiętać, że to niebywale stary kraj i to, co działo się w przeszłości ma tutaj wyjątkowo ważne znaczenie.
Za to szczerze dziękuję, bo "Chiny bez makijażu" to kawał rzetelnej pracy, wiedzy i wcześniej wspomnianej pasji. A w dodatku zamiłowanie jest zapakowane w zdania, które są łatwe w odbiorze, przez co nie dość, że nasz mózg nabiera mięśni to wcale się przy tym strasznie nie zmęczy, a siły przybędzie mu niemałej.

"Choć Komunistyczna Partia Chin jeszcze nie w pełni kontroluje pogodę, cudu dokonano i nad stolicą Państwa Środka zrobiło się jasno i pogodnie. Już mnie wtedy w Pekinie nie było, przyglądałem się wszystkiemu z Polski i czułem, że rok 2008 był dla Chińczyków początkiem nowej ery. Ery, w której lud żółtej ziemi, odrodzony i silny, miał pożegnać się ostatecznie z historią biedy i poniżenia i zająć należne mu miejsce wśród narodów świata. Tak przynajmniej głosiła lokalna propaganda." | str. 24

Nie kupuj, bo chińskie 

Chiny kojarzone są nie tylko z jedwabiem czy herbatą, ale również z masową tandetą sprzedawaną w sklepach. To się jakoś tak zakorzeniło w naszych głowach, że wiele osób wróży rzeczom "Made in China" krótkiego użytkowania albo patrzy na nie raczej niechętnie. Bardzo słusznie pan Marcin stwierdził, że pralka, lodówka, cokolwiek będzie lepsza, wytrzymalsza, jeśli zapłacimy za nią więcej pieniędzy i nieważne, czy pochodzi z Państwa Środka, czy nie. Proste!
Niepominięty został także fakt, że dawniej było wręcz odwrotnie. Chińskie rzeczy miały etykietkę tych porządniejszych, wytrwalszych, co mój dziadek jakiś czas temu sam zaświadczył. 

Brać czy nie brać? 

Brać! 
Polecam wszystkim osobom, które chcą zbliżyć się do tego kraju, zrozumieć chociaż troszkę tę odległą nację, a przede wszystkim: nabrać świadomości. Bo wiadomo, za tym idzie zrozumienie i śmielsza tolerancja innych kultur.  
Mówi się, że widzi się to, co się wie i jak najbardziej zgadzam się z tym stwierdzeniem. Po przeczytaniu tej książki więcej zauważam kulturowych szczegółów w chińskich produkcjach filmowych, a to miłe uczucie. 
Ano, i są zdjęcia w środku książki! A jeśli ktoś chciałby troszkę więcej o autorze poczytać to na stronie "Chiny to lubię" pojawił się trzy lata temu wywiad z panem Marcinem. O, tutaj.


I na koniec dwie rzeczy

W przeciągu 10 lat PKB w Chinach wzrosło około czterystakrotnie, a w Polsce pięciokrotnie. Dokładnie w tym samym czasie.  
A najdotkliwszymi problemami w omawianym kraju są: zanieczyszczenie środowiska i korupcja. 

Ja przyznaję, że chętnie przyjrzę się innym książkom autora. Na oku mam również jeszcze parę tworów o Chinach, ale podpisanych odmiennymi nazwiskami niż to dzisiejsze! Także będę się wszystkim dzielić tutaj, a i ambitny mam plan zafundować odrobinę fińskiej historii na Pandzi. Finowie też mają się czym pochwalić! 
Troszkę o roślinkach: Na pierwszym zdjęciu ujęta została magnolia, ale za to na drugim moja wielka duma - dynie, które bardzo ładnie mi rosną. Dlatego jest się z czego cieszyć. 
Oby lipiec był milszy niż czerwiec! Wszystkiego dobrego.