Share week 2019


Hej, terve, 你好!
Siedzę właśnie obok moich dwóch nowości, czyli kalanchoe i kawy arabskiej, myśląc sobie o przekazaniu odrobiny dobra dla kogoś, a przynajmniej uśmiechu na twarzy. Przychodzę z postem, wydawałoby się, nijakim, bo cóż to jest napisać o blogach, które się poleca. A jednak przyświeca mi w tym piękna idea dobra i szacunku dla drugiego twórcy i tego chcę się trzymać, pisząc ten wpis - ukłony z mojej strony dla wszystkich tworzących. Piękna jest możliwość przekazywania treści, wyrzucenia ze swojej głowy myśli i dbanie o estetykę naszego dzieła.
Z wielką chęcią przekażę medale osobom, które w szczególności mnie inspirują, motywują i powodują, że z wielkim utęsknieniem czekam na ich kolejne wpisy.

Tylko jeszcze dodam, że twórcą akcji jest Andrzej Tucholski. A o samym wydarzeniu dowiedziałam się z bloga Przypadkowe Rzeczy. Jak już o wszystkich wspominać, to o wszystkich, ot co!


Wielka Trójca

Ekstrakt życia
Moja przeogromna inspiracja. Wchodząc na tego bloga, mam ochotę rzucić wszystko, powiedzieć dziadkowi, żeby zajął się moimi roślinkami w pokoju, spakować plecak i ruszyć w góry. Bajeczne zdjęcia, porządna dawka wiedzy (a szczególności w mojej ulubionej serii, czyli "Pięcioksiąg na mapie") i na czele tego wszystkiego stoi - niezwykle inteligentna Ania. 


Suomika
Wyjątkowa sprawa. Za każdym razem, gdy odwiedzam tę stronę czuję wielki przypływ chęci do nauki języka fińskiego. Nie dość, że znajduję tam wiele przydatnych zagadnień z tego języka, to jeszcze dzięki niemu obejrzałam parę naprawdę dobrych, fińskich seriali. Poza tym, można zakupić rzeczy przydatne do nauki fińskiego, m.in. fiszki, które autorka bloga sama wykonała. Ogromna pomoc! 
adres bloga: suomika.pl/


CiurKOT
Do mojej "wielkiej trójcy" trafia również niezwykle magiczny blog. Pełen słodkich kociaków,  sukulentów, akwareli, podróży i przede wszystkim marzeń, do których mam słabość. Ta mieszanka sprawia, że byłoby to przeciwko mnie samej, gdybym nie dodała CiurKOTu do głównej listy. Bardzo porządna twórczyni trafiająca w moje serduszko! 
adres bloga: ciurkot.blogspot.com/
polecany post: Tajwan praktyczniej


Blogi, które chcę wyróżnić 

Nie mogę ograniczyć się tylko do trzech blogów. Chcę docenić troszkę więcej osób, dlatego z wielką przyjemnością przedstawiam kolejnych autorów, których podziwiam i odwiedzam ze sporą częstotliwością: 

Ayuna Chan 
Uwielbiam to, ile jest optymizmu w Ayunie. To, z jaką starannością tworzy każdy post, ile wkłada we wszystko swoje serduszko. Nie można odjąć jej również kreatywności. Pomysł na "Blogowy kalendarz adwentowy", który także polegał na polecaniu blogów, ale przez praktycznie cały miesiąc, było ideą równie piękną i dobrą. A troszkę więcej o tej przecudownej osobie za tydzień! 

Chiny to lubię 
Jak mogłabym pominąć tę stronę? Podobnie jak do Suomiki - czerpię z tego bloga wielką wiedzę o jednym z krajów, które szalenie mnie interesują. Mówiąc jasno, czuję się na bieżąco, wchodząc tam regularnie. No i nie brakuje pięknych zdjęć prosto z Chin! 
adres bloga: chinytolubie.pl/

Z kulturą, Emmo!
Moje poczucie estetyki, moja tematyka i pewnego rodzaju utożsamianie się z autorką albo po prostu wiele podobieństw, które dostrzegam między nami. Jestem szczerze wdzięczna za każde litry przepięknej kultury znajdującej się i w Emmie, i oczywiście na stronie. Dzięki Tobie odkryłam nie tylko wiele pięknych utworów, m.in. Loreena McKennitt - God Rest Ye Merry Gentlemen czy malarzy/ilustratorów. Rakastan sitä! (kocham to!)  
polecany post: Cudowne ilustracje Óscara T. Péreza (a są cudowne!!)


Michał Brzegowy
Fotograf ślubny. Wrażliwy, otwarty, posiadający olbrzymi talent i to połączenie sprawia, że jego zdjęcia zawierają nietuzinkowy klimat. Przede wszystkim inspiruje mnie właśnie w tym kierunku - żeby chwycić za aparat i nie bać się. 
A poza tym, Michał wydaje się przesympatyczną osobą!
adres strony: michalbrzegowy.com/
polecany post: Czy talent ma znaczenie?


Podsumowując 

Twórz! Przekazuj dalej dobro, myśl o dobrych rzeczach i szukaj tego dobra. To nic, że się o tym ciągle wałkuje - ja chcę to powtarzać, a w szczególności w takich miejscach jak tutaj, które dostarczają mi wiele ciepła i zadowolenia.
A przy okazji pochwaliłam się na zdjęciach moimi nowymi podopiecznymi sprawiającymi mi ogrom radości.
Dziękuję za bycie moją małą inspiracją! Dużo dobra na weekend,
Panda Fińsko-Chińska
(a w przyszłości mam nadzieję wymienić dużo więcej nacji, niech Panda nabiera przydomków

Malila - The Farewell Flowers (มะลิลา)


Hej, terve, 你好!
Dziś znowu filmowo, ale nie mogę nie podzielić się tą tajską, kinową perełką. Zanim do tego przejdę, to muszę przyznać, że marzec był i w sumie jest dla mnie ciężkim miesiącem - niby miałam urodziny, dostałam dużo dobra, a jednak ciężko znaleźć mi chęci na cokolwiek. I żywię szczerą nadzieję, że wraz z wiosną odżyję i wezmę się porządnie za bloga, który de facto - sprawia mi wiele radości i opiekując się nim, zaczynam zajmować się innymi rzeczami, chociażby fotografią, filmami, książkami. A za tym idzie jeszcze jedna konsekwencja; mogę w końcu zapomnieć o szkole, o tym, że na jutro mam to i to do zrobienia z biologii, chemii, matematyki. To wszystko odchodzi na chwilę. Nawet teraz, kiedy zamiast mieć stałą równowagi w głowie - mam piękne widoki z "Malila - The Farewell Flowers", niezwykle wzruszającą fabułę, skupiającą się przede wszystkim na relacji między dwójką zakochanych w sobie osób. O tak, tego właśnie potrzebuję. Odrobiny wrażliwości, trochę więcej pięknych działań od słów, czego nie brakuje tajskiej produkcji.
Swoją drogą, musiałam dodać oryginalny tytuł filmu w tajskich znakach, bo jejku, alfabet z tego kraju albo jak niektórzy mówią "ślimaczki" są genialne i ja chcę takie cudowności na moim blogu. 


O co chodzi? 

Ciężko mi napisać, o czym jest fabuła. Na pewno fani filmów akcji nie zostaną zaspokojeni. Nie dzieje się tutaj wiele pod tym względem, ale zdecydowanie nadrabia tutaj sfera psychologiczna, skupiająca się na uczuciach między bohaterami. Tak, jak wcześniej wspomniałam, "Malila - The Farewell Flowers" to przede wszystkim historia o tym, co dzieli dwie osoby; Shane'a i Picha, którzy dawniej byli kochankami. Spotykają się ze sobą po dłuższym czasie. Pich wyjechał z miasta. Shane ożenił się, ale przez pewne okoliczności, w tym alkoholizm, rozstaje się ze swoją żoną - te rzeczy i nieco więcej innych spraw dzieje się na samym początku, ale nie chcę o nich pisać, żeby nie zepsuć wszystkiego. Druga część - to już uczucia. Do tego dodałam sobie mnichów, letnie łąki, dużo zieleni, pięknych ujęć i stwierdziłam, że nie, nie wytrzymam. Było koło 23:00, a rano musiałam wstać do szkoły na 7:30, ale "bardzo mądrze" zdecydowałam obejrzeć połowę, żeby dokończyć następnego dnia i wyspać się jak normalny człowiek. 
I faktycznie skończyłam kolejnego dnia, ale koło 1:00 w nocy. Momentami wstawałam z łóżka po chusteczki, bo serce mi nie wytrzymywało tłuczone taką ilością emocji. Oczywiście, przez kolejną godzinę nie mogłam zasnąć, myśląc o tym, co się właśnie stało. I JAK JA MOGĘ ŻYĆ PO OBEJRZENIU CZEGOŚ TAKIEGO? A to jest jedno z gorszych uczuć, które doświadczam po filmach. Z milionami myśli, oddychając ciężko, stwierdziłam, a co, dołożę sobie jeszcze muzykę z tego filmu (której jeszcze przed nocnym seansem słuchałam!) i wtedy to się dopiero zaczęło. 
Są soundtracki wywołujące we mnie łzy od pierwszych sekund, chociażby takie jak  z "Brokeback Mountain", "Żegnaj moja konkubino" czy "Spragnieni miłości", ale oficjalnie dodaję do listy jeszcze tę melodię z tajskiej historii. 

Mniej uczuciowe rzeczy

Reżyserką jest Pani o niezwykle ciężkim nazwisku: Anucha Boonyawatana, która również odpowiada za scenariusz razem z Waasuthep Ketpetch. Piękne są te tajskie nazwiska. Zresztą, sam język tajski jest naprawdę wyjątkowy i zauroczył mnie w sobie podobnie jak sama historia. 
Trwa 94 minut, a swoją premierę miał niedawno, bo 2 lata temu. Zebrał też trochę nagród, m.in. za najbardziej oryginalną produkcję podczas 15-nastej edycji festiwalu filmów we Włoszech. Wydawałoby się, że taka drobnostka, ale jednak - wyróżnienie to wyróżnienie i subiektywnie patrząc, zasłużone w 200%. 


A miłości nie było końca 

Czy pojawia się w tym filmie coś, czego się nie spodziewamy? Myślę, że może jeden moment - ten kluczowy, praktycznie ostatni nie będzie dla każdego oczywisty, ale poza tym, wydaje mi się, że nie dostajemy na tacy niczego, co odwróciłoby akcję o 180 stopni. Co nie ujmuje filmowi. Tu nie chodzi o to, że mamy wytrzeszczać oczy, bo tego, a tamtego się nie spodziewaliśmy ani absolutnie nie są to chwile, podczas których śmialibyśmy się. Nie, nie, nie. Tu chodzi przede wszystkim o refleksję. O te monotonię, o niepokojący spokój, bo z jednej strony zaczyna się wszystko układać, ale jednak coś jest nie tak i zdajesz sobie sprawę, że w pewnym momencie to wszystko runie i panicznie boisz się tego momentu. W moim przypadku - ciężko to było przetrwać. 
Dlatego, odpowiadając na pytanie, co mi dał ten film, mogę stwierdzić, że pewnego rodzaju katharsis (ostatnio nadużywane przeze mnie słowo, ale tutaj to ma sens). Czułam się dobrze z tym, że w końcu mogę się wypłakać i to w dodatku nad czymś tak wyjątkowym. 
Tak szczerze pisząc, to nie wiem, czy moja fascynacja "Malila - The Farewell Flowers" jest tak hiperbolizowana ze względu na to przez jaki ciężki czas wtedy przechodziłam czy nie, ale mimo wszystko, patrzę na ten tytuł jak na coś naprawdę doskonałego i uderzającego. 
Jeśli miałabym szukać na siłę wady, to napisałabym jedną. Troszkę zaczęło mi się nudzić w drugiej części filmu po tej bombie emocjonalnej, ale uważam to za drobnostkę, patrząc na całość. Taką prawie niewidoczną.


Dotarliśmy do końca

Co mogę dodać po takiej fali komplementów? Obejrzałam go pierwszy raz plus minus miesiąc temu i od tego czasu wracałam do pewnych fragmentów parę razy. Często tak mam. W szczególności w sytuacjach, kiedy moje samopoczucie nie jest najlepsze. Wtedy wielkim ukojeniem są filmy, poruszające mnie. Nie tylko, żeby popatrzeć na tę intensywną zieleń, ale też ze względu na potrzebę wrażliwości. Wspomnę też, że zawiera kilka drastyczniejszych scen.
Niektórzy mogą go nazwać surowym, a jednak dla mnie otulony słonecznym ciepłem i także tym, między bohaterami. 
Kolejną produkcję polecam Ci z całego mojego serduszka, dotkniętego przez Malilę. Przy okazji wprowadzę też odrobinę Tajlandii, która intensywnie chodzi mi po głowie od paru miesięcy.
Wszystkiego dobrego dla Ciebie na kolejne dni, a ja biorę się za bloga i basta!
Tajlandia: 
Thaimaa (prawda, że cudowne?)
(Tài guó) 泰国

Druga z moich rupieciarni


  Cześć, moi, 你好!
  Brakuje mi ostatnio czasu. Ciągle coś robię i nawet zaczęłam tworzyć listę tego, co mam do zrobienia konkretnego dnia, a nigdy to u mnie nie działało. A właśnie minione tygodnie pokazały mi, jak bardzo potrzebuje uporządkowania. Nie tylko w kwestii działań. 
Dawno też nie pisałam: ani opowiadań, ani wierszy, jedynie recenzje do szkolnej gazetki. Dlatego z dumą i ze śmiechem jednocześnie przychodzę do Ciebie dziś z pierwszym rozdziałem mojego małego planu. Nic poważnego. Chęć rozluźnienia, wylania z siebie słów, wyjścia z rzeczywistości, która jakoś dziwnie mglista u mnie. Na ulgę po prostu. A co lepiej poprawi humor jak nie pisanie o wróżkach? 
To trochę absurdalne ze względu na to, że sama dużo fantastyki nie czytam. Ale miałam ochotę na wróżki, no to są! Kupiłam ładny zeszyt z tukanem, dwa długopisy: czerwony i zielony. Starter pack do pisania został stworzony. Teraz tylko pisać - a tego przyprawiało mnie o ciarki. 
Bałam się, bo opowiadania nie szły mi przez długi czas. Zatrzymywałam się na piątym zdaniu i basta. Dlatego kiedy tydzień temu zaczęłam pisać i końca nie widziałam po prawie 200 słowach, stwierdziłam, że to własnie TA chwila, kiedy ja pokonałam kartkę, a nie na odwrót. 
Nieważne, że nie jest to najlepsze ani może nawet dobre. Ważne, że te słowa poniżej dały mi chwilę chwały, dumy z siebie i wcześniej wspomnianej - ulgi.


   Naparstnice służyły melancholikom. Gdy Hiacynta dopadła tę wiadomość, ruszyła w kierunku alei wypełnionych tychże kwiatami. A nie brakowało ich. Naparstnicom niewiele czasu zajmowało, aby rozsiać się po całym wzgórzu. Dlatego o aleję dbało paru wróżków i jeden człowiek, który swoimi czarnymi ciuchami i przepaską na włosach, raczej odstraszał nadnaturalnych. Wystarczyło jednak jedno wypowiedziane zdanie związane z kwiatami, a przerażający człowiek zaczynał eksponować swoją monumentalną, ogrodniczą wiedzę. A to imponowało każdej wróżce i każdemu wróżkowi. Hiacyncie w szczególności.
Jej zielono-białe skrzydła zawsze zwracały uwagę alejowych przechodniów. Spowodowane to było ich kolorem: zieleń i biel oznaczały wyjątkowego ogrodnika, do którego Hiacynta spektakularnie dążyła.
Kiedy stanęła przed stosem wyrzuconych naparstnic, zaczęła je przebierać, poszukując tych najbardziej okazyjnych. Nie po to, aby zdobiły salony, a żeby ich gorzki smak był odczuwalny i do tego palący, co w rezultacie oczyszczało. Niektórzy nieco bardziej kontrowersyjni wróżcy badacze i ogrodnicy twierdzili, że naparstnica oczyszcza nie tylko organizm, a i umysł szoruje ze złych myśli. I o tę tezę chodziło Hiacyncie.
Była uzdolnionym zielarzem, ale nic, co wychodziło spod jej rąk, nie pomagało młodszej siostrze wróżki  - Carrot. Carrot stanowiła ciężki przypadek. Jej kalectwo polegało na kolorze skóry. Wróżki barwiły się dokładnie tak, jak ludzie, ale kobieta wychodziła poza standard. Zamiast tego przykuwała uwagę swoim jaskrawo-pomarańczowym kolorem. Ale sama barwa to nie problem, a to, co się z nią wiązało. Gdyby jej pomarańczowa skóra spotkała się z promieniami UV, zapłonęłaby.
Dziwactem Carrot były też skrzydła. Szare, bo takie wyrosły kobiecie, zdarzały się, ale niezwykle rzadko. Świadczyły one o artystycznej duszy. W tej kwestii, a także w wielu innych, rodzice podjęli za nią decyzję, przytwierdzając własną córkę do fortepianu. Po spotkaniach z wróżkowymi psychologami uznali to za najbardziej racjonalną opcję. Szkoda tylko, że Carrot nie uczestniczyła w żadnej z tych rozmów.
Rodziców szczególnie przekonał jeden argument, który mroził im kolorową krew w żyłach. Mianowicie Carrot nigdy nie popełni samobójstwa, próbując wyjść na dwór.
To również oni odpowiadali za jej anglojęzyczne imię. Swoje dwie poprzedni córki nazwali Jukka i Hiacynta, ale patrząc na nowonarodzony skarb, uznali, że nazwanie ją „Marchewką” sprawi, iż nabierze dystansu do tego, jaka się urodziła. Jednak po polsku brzmiało to dla nich idiotycznie. Marchewka? To raczej wzbudzało zażenowanie w wróżkowych rodzicach.
Jak się po latach okazało „Carrot” również było idiotycznym pomysłem. Bowiem kiedy mała wróżka dowiedziała się, co oznacza jej imię, rozpłakała się. A na marchewki nie mogła patrzeć przez dobry rok, bo na ich widok miała łzy w oczach i nabierała rumieńców ze złości. Wyglądała wtedy jak wygrzewająca się brzoskwinia.
Nawet nie było mowy o zmianie imienia. Wróżkowa godność nie pozwalała na to. Dla nich równało się to z odrzuceniem siebie, swoich tradycji i rodziny.
Była skazana na „Marchewkę”.
Kolejnych ataków płaczu dostała, kiedy sprowadzony z Włoch wróżek, rzucał na nią aurę, wypowiadając zaklęcie w jego ojczystym języku. Po pierwsze, dlatego że nie wyglądał przyjemnie i śmierdział. Po drugie, dlatego że to oznaczało zapieczętowanie decyzji o fortepianowym życiu dziewczynki.
Jak się potem okazało, włoski wróżek miał wyzbyć z Carrot potrzeb fizjologicznych. Tamtego dnia, najstarsza z sióstr, Jukka,  zobowiązała się, aby każdego wieczoru za pomocą paru słów oczyszczać ciało i ciuchy najmłodszej z rodzeństwa.
To wszystko doprowadziło do tego, że Carrot spędzała godziny w samotności. Czasem zajrzała do niej Jukka albo Hiacynta. Od czasu do czasu pojawiał się też Robert, czyli rudy, wąsiasty mężczyzna. Z początku przychodził do niej jako psycholog, ale po paru miesiącach zasłużył na pasowanie go przyjacielem.  Za to w soboty spędzała parę godzin z ludzkim nastolatkiem imieniem Dawid, który dostawał od wróżki lekcji gry na fortepianie. A trzeba wiedzieć, że pomarańczowa wróżka to istota wybitna, jeśli chodziło o wydobywanie dźwięków z tego instrumentu. Choć nie był on dla niej wyzwalający ani pocieszający wręcz przeciwnie. Fortepian symbolizował jej niewolnictwo. Przypominał o beznadziejnej sytuacji życiowej. Był samotnością. W dodatku tą z rodzaju ciągłych.
Hiacynta wiedziała, że lekiem może być tylko wolność, a nie ziołowy nawar. Mimo to, próbowała brnąć dalej w uszczęśliwianie siostry w roślinny sposób. Musiała tylko upewnić się, że nerki Carrot funkcjonowały normalnie. Naparstnice mogły być rozwiązaniem. Jeśli jednak nie były wydalane, to gromadzenie ich doprowadzało do śmierci. 
Hiacynta starała się na wszelkie sposoby rozweselić pomarańczową siostrę. Nie tylko przez wytwarzanie ziół ani dzięki rozmowom, ale ogrodniczka sprowadziła dla Carrot dwa pieski i kotka. Wiedziała, że kocha zwierzęta i rośliny. Na jej fortepianie znajdowało się wiele orchidei.
- Malwa należy do Quosta. Jeannin to peonia, a ja orchidea – powtarzała wróżka inspirując się słowami Vincenta, do którego lgnęły słoneczniki.
A te słowa zawsze burzyły Jukkę. Oskarżała siostrę o brak szacunku i miłości do swojej rasy.
- Dlaczego zawsze wymieniasz przykłady ludzkich artystów? – dopytywała pełna pretensji.
Jukka to też był ciężki orzech do zgryzienia. Z całej trójcy ona najbardziej przypominała rodziców. Nie tylko pod względem charakteru, ale także skrzydeł.
Mamie i tacie wyrosły ciemno-fioletowe narządy lotu. A to nie byle co! Zatem Jukka szykowała się w kierunku politycznej, przedsiębiorczej lub urzędniczej przyszłości. Wybrała tę trzecią opcję. Znowuż podobnie jak rodzice.
Co prawda, ogrodnik czy zielarz nie zarabiał mało, ale to dzięki najstarszej siostrze reszta mogła żyć w materialnym luksusie.
Jukka, chociaż próbowała być skrajnie ułożona i elegancka, była pełna sprzeczności. Nigdy z nikim nie związała się.
- Po prostu nie znalazłam nikogo wystarczającego. Zdaje się, że współczesne wróżki próbują dosięgnąć ludzkiej głupoty – sztucznie powtarzała, a i tak każda z nas wiedziała, że Jukka panicznie bała się związków.
Mimo to, pracowała we wróżkowej, krakowskiej gminie, zajmując się sprawami cywilnymi.
Jak rodzice, sądziła, że najlepsza rodzina to tradycyjna, wróżkowa rodzina. Co między innymi oznaczało, iż trzy siostry zostały skazane na to, aby mieszkać ze sobą do śmierci. To wróżek miał obowiązek wprowadzić się do wróżki, a krzywo patrzono na braci żyjących pod jednym dachem po osiągnięciu dorosłości. Odbierano ich za nieodpowiedzialnych albo nieudanych. Bo jak nie można obtoczyć się czerwoną aurą po tylu latach życia?
Dlatego Jukka patrzyła nieprzychylnie na „sobotniego”, jak go nazywała, Dawida. Ludzie zawsze byli dla niej aroganccy i jacyś niedorzeczni, ale w przypadku nastolatka miała wręcz pewność, że chłopak chciał skrzywdzić Carrot. Pył pod jej skórą aż wrzał, gdy oczy najstarszej siostry dostrzegły wątłą postać z falą blond loków. Wiedziała, że te infantylne ciuchy chowały pod sobą diabła.
 Jednak pozwoliła mu przychodzić ze względu na samą Carrot, która uwielbiała 17-letniego chłopca. Jakby sobotnie lekcje stanowiły sens życia wróżki. A zabierając komuś jedyny cel w życiu, pozbawia się go snu. Spokoju. Ochoty. Dobroci. I życia. Po śmierci rodziców czuła się odpowiedzialna za pomarańczową skórę wróżki.
Nie mogła tego zrobić jej kochanej siostrze.
Chciała być tak opiekuńcza jak rodzice i niejako skończyć to, co zaczęli. Chociaż wiedziała, że za każdym razem, gdy Dawid przekraczał próg domu wróżków, dotykał Carrot, przynosił jej ciasta, to rodzice Jukki klęli na nią za martwą tęczą.
- Ale oni są już jak dęby – powiedziałaby Hiacynta, gdyby Jukka z nią porozmawiała – tylko im zostało patrzeć przez wieki.


Notatnik:
Muistikirja
(bù zi) 簿子