Druga z moich rupieciarni


  Cześć, moi, 你好!
  Brakuje mi ostatnio czasu. Ciągle coś robię i nawet zaczęłam tworzyć listę tego, co mam do zrobienia konkretnego dnia, a nigdy to u mnie nie działało. A właśnie minione tygodnie pokazały mi, jak bardzo potrzebuje uporządkowania. Nie tylko w kwestii działań. 
Dawno też nie pisałam: ani opowiadań, ani wierszy, jedynie recenzje do szkolnej gazetki. Dlatego z dumą i ze śmiechem jednocześnie przychodzę do Ciebie dziś z pierwszym rozdziałem mojego małego planu. Nic poważnego. Chęć rozluźnienia, wylania z siebie słów, wyjścia z rzeczywistości, która jakoś dziwnie mglista u mnie. Na ulgę po prostu. A co lepiej poprawi humor jak nie pisanie o wróżkach? 
To trochę absurdalne ze względu na to, że sama dużo fantastyki nie czytam. Ale miałam ochotę na wróżki, no to są! Kupiłam ładny zeszyt z tukanem, dwa długopisy: czerwony i zielony. Starter pack do pisania został stworzony. Teraz tylko pisać - a tego przyprawiało mnie o ciarki. 
Bałam się, bo opowiadania nie szły mi przez długi czas. Zatrzymywałam się na piątym zdaniu i basta. Dlatego kiedy tydzień temu zaczęłam pisać i końca nie widziałam po prawie 200 słowach, stwierdziłam, że to własnie TA chwila, kiedy ja pokonałam kartkę, a nie na odwrót. 
Nieważne, że nie jest to najlepsze ani może nawet dobre. Ważne, że te słowa poniżej dały mi chwilę chwały, dumy z siebie i wcześniej wspomnianej - ulgi.


   Naparstnice służyły melancholikom. Gdy Hiacynta dopadła tę wiadomość, ruszyła w kierunku alei wypełnionych tychże kwiatami. A nie brakowało ich. Naparstnicom niewiele czasu zajmowało, aby rozsiać się po całym wzgórzu. Dlatego o aleję dbało paru wróżków i jeden człowiek, który swoimi czarnymi ciuchami i przepaską na włosach, raczej odstraszał nadnaturalnych. Wystarczyło jednak jedno wypowiedziane zdanie związane z kwiatami, a przerażający człowiek zaczynał eksponować swoją monumentalną, ogrodniczą wiedzę. A to imponowało każdej wróżce i każdemu wróżkowi. Hiacyncie w szczególności.
Jej zielono-białe skrzydła zawsze zwracały uwagę alejowych przechodniów. Spowodowane to było ich kolorem: zieleń i biel oznaczały wyjątkowego ogrodnika, do którego Hiacynta spektakularnie dążyła.
Kiedy stanęła przed stosem wyrzuconych naparstnic, zaczęła je przebierać, poszukując tych najbardziej okazyjnych. Nie po to, aby zdobiły salony, a żeby ich gorzki smak był odczuwalny i do tego palący, co w rezultacie oczyszczało. Niektórzy nieco bardziej kontrowersyjni wróżcy badacze i ogrodnicy twierdzili, że naparstnica oczyszcza nie tylko organizm, a i umysł szoruje ze złych myśli. I o tę tezę chodziło Hiacyncie.
Była uzdolnionym zielarzem, ale nic, co wychodziło spod jej rąk, nie pomagało młodszej siostrze wróżki  - Carrot. Carrot stanowiła ciężki przypadek. Jej kalectwo polegało na kolorze skóry. Wróżki barwiły się dokładnie tak, jak ludzie, ale kobieta wychodziła poza standard. Zamiast tego przykuwała uwagę swoim jaskrawo-pomarańczowym kolorem. Ale sama barwa to nie problem, a to, co się z nią wiązało. Gdyby jej pomarańczowa skóra spotkała się z promieniami UV, zapłonęłaby.
Dziwactem Carrot były też skrzydła. Szare, bo takie wyrosły kobiecie, zdarzały się, ale niezwykle rzadko. Świadczyły one o artystycznej duszy. W tej kwestii, a także w wielu innych, rodzice podjęli za nią decyzję, przytwierdzając własną córkę do fortepianu. Po spotkaniach z wróżkowymi psychologami uznali to za najbardziej racjonalną opcję. Szkoda tylko, że Carrot nie uczestniczyła w żadnej z tych rozmów.
Rodziców szczególnie przekonał jeden argument, który mroził im kolorową krew w żyłach. Mianowicie Carrot nigdy nie popełni samobójstwa, próbując wyjść na dwór.
To również oni odpowiadali za jej anglojęzyczne imię. Swoje dwie poprzedni córki nazwali Jukka i Hiacynta, ale patrząc na nowonarodzony skarb, uznali, że nazwanie ją „Marchewką” sprawi, iż nabierze dystansu do tego, jaka się urodziła. Jednak po polsku brzmiało to dla nich idiotycznie. Marchewka? To raczej wzbudzało zażenowanie w wróżkowych rodzicach.
Jak się po latach okazało „Carrot” również było idiotycznym pomysłem. Bowiem kiedy mała wróżka dowiedziała się, co oznacza jej imię, rozpłakała się. A na marchewki nie mogła patrzeć przez dobry rok, bo na ich widok miała łzy w oczach i nabierała rumieńców ze złości. Wyglądała wtedy jak wygrzewająca się brzoskwinia.
Nawet nie było mowy o zmianie imienia. Wróżkowa godność nie pozwalała na to. Dla nich równało się to z odrzuceniem siebie, swoich tradycji i rodziny.
Była skazana na „Marchewkę”.
Kolejnych ataków płaczu dostała, kiedy sprowadzony z Włoch wróżek, rzucał na nią aurę, wypowiadając zaklęcie w jego ojczystym języku. Po pierwsze, dlatego że nie wyglądał przyjemnie i śmierdział. Po drugie, dlatego że to oznaczało zapieczętowanie decyzji o fortepianowym życiu dziewczynki.
Jak się potem okazało, włoski wróżek miał wyzbyć z Carrot potrzeb fizjologicznych. Tamtego dnia, najstarsza z sióstr, Jukka,  zobowiązała się, aby każdego wieczoru za pomocą paru słów oczyszczać ciało i ciuchy najmłodszej z rodzeństwa.
To wszystko doprowadziło do tego, że Carrot spędzała godziny w samotności. Czasem zajrzała do niej Jukka albo Hiacynta. Od czasu do czasu pojawiał się też Robert, czyli rudy, wąsiasty mężczyzna. Z początku przychodził do niej jako psycholog, ale po paru miesiącach zasłużył na pasowanie go przyjacielem.  Za to w soboty spędzała parę godzin z ludzkim nastolatkiem imieniem Dawid, który dostawał od wróżki lekcji gry na fortepianie. A trzeba wiedzieć, że pomarańczowa wróżka to istota wybitna, jeśli chodziło o wydobywanie dźwięków z tego instrumentu. Choć nie był on dla niej wyzwalający ani pocieszający wręcz przeciwnie. Fortepian symbolizował jej niewolnictwo. Przypominał o beznadziejnej sytuacji życiowej. Był samotnością. W dodatku tą z rodzaju ciągłych.
Hiacynta wiedziała, że lekiem może być tylko wolność, a nie ziołowy nawar. Mimo to, próbowała brnąć dalej w uszczęśliwianie siostry w roślinny sposób. Musiała tylko upewnić się, że nerki Carrot funkcjonowały normalnie. Naparstnice mogły być rozwiązaniem. Jeśli jednak nie były wydalane, to gromadzenie ich doprowadzało do śmierci. 
Hiacynta starała się na wszelkie sposoby rozweselić pomarańczową siostrę. Nie tylko przez wytwarzanie ziół ani dzięki rozmowom, ale ogrodniczka sprowadziła dla Carrot dwa pieski i kotka. Wiedziała, że kocha zwierzęta i rośliny. Na jej fortepianie znajdowało się wiele orchidei.
- Malwa należy do Quosta. Jeannin to peonia, a ja orchidea – powtarzała wróżka inspirując się słowami Vincenta, do którego lgnęły słoneczniki.
A te słowa zawsze burzyły Jukkę. Oskarżała siostrę o brak szacunku i miłości do swojej rasy.
- Dlaczego zawsze wymieniasz przykłady ludzkich artystów? – dopytywała pełna pretensji.
Jukka to też był ciężki orzech do zgryzienia. Z całej trójcy ona najbardziej przypominała rodziców. Nie tylko pod względem charakteru, ale także skrzydeł.
Mamie i tacie wyrosły ciemno-fioletowe narządy lotu. A to nie byle co! Zatem Jukka szykowała się w kierunku politycznej, przedsiębiorczej lub urzędniczej przyszłości. Wybrała tę trzecią opcję. Znowuż podobnie jak rodzice.
Co prawda, ogrodnik czy zielarz nie zarabiał mało, ale to dzięki najstarszej siostrze reszta mogła żyć w materialnym luksusie.
Jukka, chociaż próbowała być skrajnie ułożona i elegancka, była pełna sprzeczności. Nigdy z nikim nie związała się.
- Po prostu nie znalazłam nikogo wystarczającego. Zdaje się, że współczesne wróżki próbują dosięgnąć ludzkiej głupoty – sztucznie powtarzała, a i tak każda z nas wiedziała, że Jukka panicznie bała się związków.
Mimo to, pracowała we wróżkowej, krakowskiej gminie, zajmując się sprawami cywilnymi.
Jak rodzice, sądziła, że najlepsza rodzina to tradycyjna, wróżkowa rodzina. Co między innymi oznaczało, iż trzy siostry zostały skazane na to, aby mieszkać ze sobą do śmierci. To wróżek miał obowiązek wprowadzić się do wróżki, a krzywo patrzono na braci żyjących pod jednym dachem po osiągnięciu dorosłości. Odbierano ich za nieodpowiedzialnych albo nieudanych. Bo jak nie można obtoczyć się czerwoną aurą po tylu latach życia?
Dlatego Jukka patrzyła nieprzychylnie na „sobotniego”, jak go nazywała, Dawida. Ludzie zawsze byli dla niej aroganccy i jacyś niedorzeczni, ale w przypadku nastolatka miała wręcz pewność, że chłopak chciał skrzywdzić Carrot. Pył pod jej skórą aż wrzał, gdy oczy najstarszej siostry dostrzegły wątłą postać z falą blond loków. Wiedziała, że te infantylne ciuchy chowały pod sobą diabła.
 Jednak pozwoliła mu przychodzić ze względu na samą Carrot, która uwielbiała 17-letniego chłopca. Jakby sobotnie lekcje stanowiły sens życia wróżki. A zabierając komuś jedyny cel w życiu, pozbawia się go snu. Spokoju. Ochoty. Dobroci. I życia. Po śmierci rodziców czuła się odpowiedzialna za pomarańczową skórę wróżki.
Nie mogła tego zrobić jej kochanej siostrze.
Chciała być tak opiekuńcza jak rodzice i niejako skończyć to, co zaczęli. Chociaż wiedziała, że za każdym razem, gdy Dawid przekraczał próg domu wróżków, dotykał Carrot, przynosił jej ciasta, to rodzice Jukki klęli na nią za martwą tęczą.
- Ale oni są już jak dęby – powiedziałaby Hiacynta, gdyby Jukka z nią porozmawiała – tylko im zostało patrzeć przez wieki.


Notatnik:
Muistikirja
(bù zi) 簿子

25 komentarzy:

  1. Z przyjemnością przeczytałam Twoje opowiadanie o wróżkach.Świetny sposób na kreatywność, wyobraźnię i umieszczanie w tego typu formach własnych poglądów. Śliczne zdjęcia! Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Już czekam na Twoje opowiadanie 😊 Sentencja na zeszycie mega 😃

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie, że pisanie daje Ci odskocznię od codzienności i daje dużo frajdy :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pamiętam taki obrazek z internetu "olej studia, myj sowy", a na zdjęciu sowa myta ze szlaucha. Tukany to moje ulubione ptaki zaraz po sowach. :)

    Fantastyka, a fantazja, pomyślałam o rozdzieleniu tych dwóch kwestii. Dlaczego? Wróżki kojarzą mi się z baśniami, a fantastyka z brutalnym średniowieczem. Oczywiście każdy może stworzyć co mu się żywnie podoba i tak jak jeszcze nie wymyślił tego nikt. Znam np. koncept budowania uniwersum elfów we współczesnych czasach.

    Ach to tworzenie historii... rewelacja. :) A fortepian to wcale nie samotność. Muzyka bowiem, przyciąga innych dookoła.

    Piękne te zdjęcia na koniec.

    OdpowiedzUsuń
  5. "Po prostu nie znalazłam nikogo wystarczającego" - chyba jesteśmy współczesnymi wróżkami :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Ależ niezwykła baśń, pełna kolorów, fantazji... Gratuluję Ci tej wyobraźni! To ostatnie zdanie o dębach jest piękne! A zdjęcia - PRZECUDOWNE!
    A Ty jakiego koloru masz skrzydła, Wróżeczko? :))

    OdpowiedzUsuń
  7. Cieszę się, że udało Ci się pokonac tę niemoc pisarską - na prawdę wyszło Ci dobre opowiadanie. Gratuluję pomysłu i wyobraźni :) Zgadzam się z Emmą, że zdanie o dębach jest piękne i mądre przede wszystkim - taka złota myśl :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Mnie również cieszy że udało Ci się odzyskać wene do pisania☺
    Czekam na opowiadania☺
    Pozdrawiam
    Lili

    OdpowiedzUsuń
  9. Do pisania naprawdę trzeba mieć tą przysłowiową wenę. Świetnie, że w końcu przełamałaś się i słowa same popłynęły! To czuć, że czujesz się w tym jak ryba w wodzie. Jesteś niezwykle utalentowana i wyjątkowa; a ja jestem pełna podziwu :) Powodzenia, pisz i jeszcze raz pisz - wychodzi Ci to fantastycznie! Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  10. Z przyjemnością przeczytałam podczas przerwy na lunch. Zazdroszczę wyobraźni :) Ja wciąż sobie powtarzam, że musze wrócić do pisania, ale żeby znaleźć na to czas musiałabym chyba rzucić spanie...

    OdpowiedzUsuń
  11. Bo grunt, żeby znaleźć odpowiedni moment. Wena czasem przychodzi ni stąd ni z owąd. Znów potwierdza się moje przypuszczenie, że przesilenie wiosenne to najlepszy czas na tworzenie. Wtedy po prostu ta energia nowego budzi się nie tylko w przyrodzie, ale i w nas. I jeśli tylko chcemy, mozemy tworzyć bardzo wiele :)
    U mnie poszło w akwarele :)

    OdpowiedzUsuń
  12. bardzo fajne, plastyczne, niezwykle dające pole dla wyobraźni:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Urzekły mnie Twój wróżki. Biedna Marcheweczka. Piękny styl i ciekawe postacie. Ja uwielbiam fantastykę i chętnie przeczytałabym jeszcze coś Twojego :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Oj, bardzo dobrze Cię rozumiem. Zawsze jakoś na wiosnę przybywa mi obowiązków, nowych projektów, a czasu wciąż tyle samo. Też staram się teraz planować, co mam do zrobienia każdego dnia i dobrze się to u mnie sprawdza. Aktualnie mam taki czas, że chcę robić wiele rzeczy naraz.
    Bardzo ciekawe opowiadanie. Cudowne zdjęcia :)
    Magicznych snów!

    OdpowiedzUsuń
  15. Chyba nie zaskoczę Cię kochana Pando, że powiem to co moje poprzedniczki. Wspaniałe opowiadanie, brawa dla Twojej Weny, która jak to każda kobieta czasem kaprysi. Jednak w tym wypadku widzę, że wspaniale się spisała i wytrwale z Tobą współpracowała :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Opowidanie czytało mi się niezwykle przyjemnie- masz ciekawy styl pisania oraz nietuzinkowe pomysły :-)
    Ten notesik - cudowny

    OdpowiedzUsuń
  17. Też ostatnio mam wrażenie że na nic nie mam czasu. Niby mam planner, wszystko planuję ale jakoś mi to nie wychodzi... Mam tylko nadzieję, że zbliżająca się wiosna mnie nieco rozrusza i ogarnę się :D Bardzo fajne opowiadanie Kochana :)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  18. Wow! To naprawdę jest coś dobrego, mega mi się podoba ❤

    OdpowiedzUsuń
  19. Wspaniałe opowiadanie, kocham takie opowiadania :) często poszukuję opowiadań blogerów i w wolnej chwili o ile taką mam, poczytuję :) Jest to też mój ulubiony gatunek opowiadań, więc muszę powiedzieć, że bardzo się wkręciłam! Sama trochę piszę, mam na razie dwa rozdziały. Kiedyś miałam całość, ale zjadł mi ją stary komputer. Zresztą, po latach człowiek starą historię w głowie i tak układa na nowo, zawsze coś się doda, coś się zmieni :) Nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się napisać całą moją historię ale mocno wierzę w to, że jednak się uda :)
    Pozdrawiam ciepło ♡

    OdpowiedzUsuń
  20. Super przeplotłaś trochę magii z codziennym życiem. :)

    OdpowiedzUsuń