Chiny bez makijażu | Marcin Jacoby


"Wierzę, choć nie mam na to naukowych dowodów, że dzięki pisaniu znaków Chińczycy, Koreańczycy i Japończycy mają dużo bardziej niż Europejczycy rozwinięty zmysł proporcji." | str. 89

Wstęp 

Dzień dobry! 
Kiedyś, gdzieś wspominałam o tej książce i już wtedy, będąc na około setnej stronie, byłam z niej bardzo zadowolona. Teraz, mając za sobą całość - jestem nad wyraz zachwycona. A głównym powodem jest fakt, że po prostu, po ludzku zostałam uświadomiona w wielu kwestiach odnoszących się do Chin, a chyba o to chodziło, więc cel: osiągnięty i to z jaką klasą! Z kolei ta świadomość spowodowała we mnie jeszcze większą fascynację tymże krajem. 
Zanim jednak przejdziemy do konkretniejszego wyjaśnienia poprzednich słów, chciałabym co nieco napisać o samym autorze. 
Trafiłam na niego w bardzo prosty sposób! Szukając informacji odnośnie malarstwa chińskiego, znalazłam na Youtube wykład pana Marcina zatytułowanego: "Tradycja i eksperyment. Malarstwo chińskie w epokach Ming i Qing", który, zresztą, polecam. No to ja szczęśliwa, że dostałam taką górę wiedzy na ten konkretny temat, wyszukałam twórcę wykładu i tak o to mogę trzymać "Chiny bez makijażu" w rękach, z czego cieszę się niezmiernie, bo i dzięki temu częściowo zaspokoiłam chęć pozyskiwania informacji. 
Przytoczę trzy zdania zawartych na zakładkach książki odnośnie autora: "sinolog, interesuje się Chinami odkąd pamięta. Zaczynał naiwnie od filmów kungfu, co zaprowadziło go w końcu ku prawdziwym chińskim sztukom walki. Dalej były lektury coraz bardziej filozoficzne i coraz bardziej poważne, aż wreszcie nauka języka." - Czyż to nie brzmi pięknie? Brzmi! I na mnie zawsze dobrze wpływają takie słowa. Można powiedzieć, że w sumie to dodają otuchy, a szczególnie w okresie liceum, szkolnym ogólnie rzecz biorąc, kiedy wyjątkowo powątpiewa się w siebie i swoją przyszłość. I oby każdy, jak autor, tak brnął do spełniania swoich marzeń, bo, co jak co, ale mam wrażenie, że to one są jednym ze składników szczęścia. (Oj no, mogę czasem rzucić czymś takim prostym!)

"(...) błotniste pola ryżowe to nie naturalne bagna, lecz gleba trwale zmieniona przez dzisiątki lat pracy chłopów budujących skomplikowane systemy irygacyjne, stojących przez całe życie po łydki w wodzie, poganiających powolne woły do niekończącej się pracy. Oto anonimowi bohaterowie kultury chińskiej" | str. 19

Ach, te Chiny!

Nie można tego nazwać książką podróżniczą czy reportażową. Autor dzieli się z nami subiektywnymi spostrzeżeniami odnośnie kraju, którym interesuje się od lat i w którym spędził sporo czasu. I na tym ta pozycja niezwykle zyskuje, bo w końcu; człowiek zarażona pasją sam ją rozpowszechnia. A to jest w cenie.
Wyodrębniono pięć rozdziałów: Tożsamość, ludzie, polityka, gospodarka i społeczeństwo oraz Chiny dla Polaka. I w każdym z nich twórca dzieli się z nami ciekawymi kwestiami odnoszących się np. do religii, wierzeń Chińczyków (pada interesujące stwierdzenie: "Mówi się, że dawny Chińczyk był konfucjanistą na zewnątrz, buddystą w świątyni i taoistą w domowym zaciszu." / str. 109 - bardzo spodobało mi się to zdanie) czy sytuacji związanej z Tajwanem. Odpowiada na zagadnienia, które na pewno niejednego Polaka zastanawiały.
Dlaczego dziewczynkom krępowano stopy? Czy Chińczycy to naprawdę romantyczny naród? (a i ja słyszałam i czytałam tego typu twierdzenia!) Czy istnieje w ogóle coś takiego jak "chińskość", a jeśli tak, to w jaki sposób ją zdefiniować? I na to pytanie pan Marcin stara się znaleźć odpowiedź, co, jak sam podkreśla, wcale nie należy do łatwych rzeczy, bo Chiny to przede wszystkim kraj wypełniony milionami kontrastów, różnic. 
Ja najbardziej czekałam na rozdział związany z polityką, która wydaje mi się, że budzi ogrom emocji w przypadku tejże nacji. I z czystym sumieniem oznajmiam, iż powyższa książka to strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o wprowadzenie w tę tematykę.

Trzeba wspomnieć też o tym, że autor próbując nam wyjaśnić daną sytuację w kraju, nawiązuje do przeszłości, stara się nam wytłumaczyć skąd, jak, co, dlaczego, np. z jakiego powodu Chińczyków jest znacznie więcej od Chinek? Musimy pamiętać, że to niebywale stary kraj i to, co działo się w przeszłości ma tutaj wyjątkowo ważne znaczenie.
Za to szczerze dziękuję, bo "Chiny bez makijażu" to kawał rzetelnej pracy, wiedzy i wcześniej wspomnianej pasji. A w dodatku zamiłowanie jest zapakowane w zdania, które są łatwe w odbiorze, przez co nie dość, że nasz mózg nabiera mięśni to wcale się przy tym strasznie nie zmęczy, a siły przybędzie mu niemałej.

"Choć Komunistyczna Partia Chin jeszcze nie w pełni kontroluje pogodę, cudu dokonano i nad stolicą Państwa Środka zrobiło się jasno i pogodnie. Już mnie wtedy w Pekinie nie było, przyglądałem się wszystkiemu z Polski i czułem, że rok 2008 był dla Chińczyków początkiem nowej ery. Ery, w której lud żółtej ziemi, odrodzony i silny, miał pożegnać się ostatecznie z historią biedy i poniżenia i zająć należne mu miejsce wśród narodów świata. Tak przynajmniej głosiła lokalna propaganda." | str. 24

Nie kupuj, bo chińskie 

Chiny kojarzone są nie tylko z jedwabiem czy herbatą, ale również z masową tandetą sprzedawaną w sklepach. To się jakoś tak zakorzeniło w naszych głowach, że wiele osób wróży rzeczom "Made in China" krótkiego użytkowania albo patrzy na nie raczej niechętnie. Bardzo słusznie pan Marcin stwierdził, że pralka, lodówka, cokolwiek będzie lepsza, wytrzymalsza, jeśli zapłacimy za nią więcej pieniędzy i nieważne, czy pochodzi z Państwa Środka, czy nie. Proste!
Niepominięty został także fakt, że dawniej było wręcz odwrotnie. Chińskie rzeczy miały etykietkę tych porządniejszych, wytrwalszych, co mój dziadek jakiś czas temu sam zaświadczył. 

Brać czy nie brać? 

Brać! 
Polecam wszystkim osobom, które chcą zbliżyć się do tego kraju, zrozumieć chociaż troszkę tę odległą nację, a przede wszystkim: nabrać świadomości. Bo wiadomo, za tym idzie zrozumienie i śmielsza tolerancja innych kultur.  
Mówi się, że widzi się to, co się wie i jak najbardziej zgadzam się z tym stwierdzeniem. Po przeczytaniu tej książki więcej zauważam kulturowych szczegółów w chińskich produkcjach filmowych, a to miłe uczucie. 
Ano, i są zdjęcia w środku książki! A jeśli ktoś chciałby troszkę więcej o autorze poczytać to na stronie "Chiny to lubię" pojawił się trzy lata temu wywiad z panem Marcinem. O, tutaj.


I na koniec dwie rzeczy

W przeciągu 10 lat PKB w Chinach wzrosło około czterystakrotnie, a w Polsce pięciokrotnie. Dokładnie w tym samym czasie.  
A najdotkliwszymi problemami w omawianym kraju są: zanieczyszczenie środowiska i korupcja. 

Ja przyznaję, że chętnie przyjrzę się innym książkom autora. Na oku mam również jeszcze parę tworów o Chinach, ale podpisanych odmiennymi nazwiskami niż to dzisiejsze! Także będę się wszystkim dzielić tutaj, a i ambitny mam plan zafundować odrobinę fińskiej historii na Pandzi. Finowie też mają się czym pochwalić! 
Troszkę o roślinkach: Na pierwszym zdjęciu ujęta została magnolia, ale za to na drugim moja wielka duma - dynie, które bardzo ładnie mi rosną. Dlatego jest się z czego cieszyć. 
Oby lipiec był milszy niż czerwiec! Wszystkiego dobrego. 

Holandia / 荷兰


Cześć, moi, 你好!
Czerwiec dał mi w kość. A z drugiej strony to właśnie w nim chodziłam po ulicach wielu holenderskich miast, a w tym przepięknego Amsterdamu. Mogę to podsumować jednym zdaniem: pod względem emocjonalnym to bardzo kontrastowy miesiąc. 
Ale nie ma co pisać o przykrych rzeczach, a odłamać się od rzeczywistości, do której ostatnio ciężko mi się przyzwyczaić, a za to poprzerabiać zdjęcia z tego cudownego kraju i zająć się tym, co kocham nad życie, czyli ogólnie rzecz biorąc - Chinami. Dlatego mam dziś nie tylko fotografie, ale też kilka słów kojarzących mi się z Holandią.


Słówka:

Przede wszystkim:
自行车 (zìxíngchē)  - rower
Peełno rowerów na ulicach i, jak powiedział nasz przewodnik, w Holandii rowerzyści to "święte krowy". Super rozwiązanie, bo nie dość, że ekologiczne i środowisko się uśmiecha, to w dodatku eliminuje ogromne korki. [受阻 (shòuzŭ) - stać w korakch]  Same plusy! 
骑 (qí) - jeździć, np. jeździć na rowerze: 骑自行车

名胜古迹 (míngshèng gŭjī) - zabytki

(yā) - kaczka
Ano, Holandia będzie mi się kojarzyć z narodem, w którym buduje się kaczkom domki!

绿色 (lǜsè) - zielony kolor

桥梁 (qiáoliáng) - most
A to słowo kojarzy mi się szczególnie z Amsterdamem, który ma miano "północnej Wenecji" i to zdecydowanie nie bez powodu. 

(niú) - krowa
Zielone pola wypełnione krowami. I wcale nie dwoma, pięcioma czy dziesięcioma. Całe stada krów, na które patrzy się jak na obraz, jadąc przez Holandię. Do tego niech zachodzi słońce i można oglądać godzinami! To niesamowite, że ludność wydaje się całkowicie przejęta przez rolnictwo, a tak naprawdę to tylko 3% społeczeństwa.

风车 (fēngchē) - wiatrak
郁金香 (yù jīn xiāng) - tulipan
Tych dwóch skojarzeń chyba nie trzeba tłumaczyć!

奶酪 (năilào) - ser
欧元 (Ōuyuán) - euro  [外币 (wàibì) - waluta obca]
画廊 (huàláng) - galeria  
博物馆 (bó wù guǎn) - muzeum
No i muzeum Vincenta van Gogha! Nie mam zdjęć, ale jedno mogę zaświadczyć: jeśli się jest w Amsterdamie: wyjątkowe przeżycie. Ludzi jak mrówek i chociaż zwykle w zatłoczonych miejscach czuję spory dyskomfort, to w takim budynku (o ile dopcha się do obrazu) absolutnie nie liczą się tłumy. Tylko ten, na którego masz zwrócić uwagę - Vincent. (Polecam książkę "Pasję życia". Czeka na mnie jeszcze "Van Gogh życie" napisany przez Stevena Naifeha i Gregory'ego White'a Smitha, ale mam wakacje na to! I na pewno podzielę się opinią.)


荷兰 (Hélán) - Holandia

Po co takie wpisy? 

Chciałam dodać coś, co byłoby związane z Holandią, bo to kraj, który mnie oczarował swoją architekturą i wolnością, dlatego trzeba go trochę skomplementować tutaj. I tak, jadąc w środku nocy busem i wpatrując się na komórkę, żeby władować sobie do głowy parę nowych chińskich słów i znaków, wpadłam na oto właśnie pomysł. Kilka z tych wyrażeń znałam, ale wcześniej nie miałam pojęcia, jak Chińczyk powiedziałby: tulipan czy wiatrak, dlatego nauczyłam się czegoś i pewnie będę wracać do tego wpisu, gdy któregoś z tych wyrazów zapomnę, a i nóż widelec ktoś, uczący się tego języka, też dowiedział się chociażby jednego nowego znaku.
A i zdjęcia mogłam dodać!

Ach, Holandia! 

Piękne miejsce na świecie. Nie tylko, jeśli chodzi o krajobrazy [风景 (fēngjĭng)], ale z opowiadań naszych przewodników można wywnioskować, że mentalność tamtejszych ludzi stawia przede wszystkim na wolność. Matko, "wolność" to pierwsze słowo, które przychodzi mi na myśl, gdy ktoś wspomina o tej północnej nacji. Spędziłam tam zaledwie cztery dni i miło robiło się na sercu, gdy po drodze zauważałam liczne tęczowe flagi na budynkach (i nie mam tu na myśli tylko prywatnych mieszkań) czy buddyjską restaurację nad Morzem Północnym.
Poza tym, może to głupie, ale w Hadze chodziłam po chińskiej dzielnicy i samo to wywołało we mnie zachwyt nad zachwyty.
Na koniec ciekawostka. Przewodniczka nam wspominała, że, jeśli chodzi o Coffe shopy, z których Holandia tak słynie, to jest to głównie pożywka dla turystów, a sami Holendrzy nie korzystają z tego tak często, jak się nam wydaje.
Nazwa "Coffee Shop" wzięła się z (uwaga!!) Chin, gdzie istniały "Teahouses". A w nich sprzedawano opium. Stąd właśnie Holandia zaczerpnęła inspiracji.
Trzymaj się ciepło
Holandia po fińsku: Alankomaat 

Kadr z filmu "Twój Vincent"