Cuda za rogiem | Keigo Higashino


"Doszedł do wniosku, że wygodniej będzie mu działać na własną rękę. Przebywanie wśród ludzi bez ambicji źle wpływało na jego samopoczucie, po prostu go dołowało." 
Hej, terve, 你好!
To jedna z tych książek, które:
  1. Kupiłam ze względu na okładkę
  2. ...i fakt, że jest japońskiego autora.
  3. Zanim po nią chwyciłam, leżała na półce przez rok. 
  4. Znalazłam w niej wiele wspólnego z tym, co się działo u mnie przez ostatnie miesiące.
  5. Specjalnie szukałam (a czasem nawet sama produkowałam) wolne chwile, aby tylko po nią sięgnąć. 
Zdjęcia, które widzicie w tym poście również powstały prawie rok temu, kiedy to zachwyt grafiką był jeszcze świeżutki. A te nasiona dyni na powyższej fotografii to obecnie całkiem pomarańczowe i jadalne warzywa, a przy okazji też modele towarzyszący książkom. 
Ale ja nie do końca o tym! 

O czym to w ogóle?

"Kącik dobrej rady", "coś Cię dręczy? napisz!" - te słowa kojarzą nam się raczej ze stronami, na których członkowie mogą wylać swoje problemy, aniżeli z osiedlowym sklepem. Ale dokładnie to robi pan Namiya; oprócz sprzedawania kopert, sam je wykorzystuje, aby odpisać zmęczonym swoimi myślami ludziom. A ma on w miasteczku niemałą popularność i choć wszyscy na początku patrzą na starszego pana z przymrużeniem oka, tak z czasem każdy ma ochotę doradzić się kogoś. A są rzeczy, które lepiej obgadać z nieznajomym. Jednak coś ze sklepikiem jest nie tak. Dziwna, tajemnicza energia płynie z tego miejsca. 
Książka została podzielona na pięć części i każda z tych historii ma ze sobą więcej wspólnego, niż można byłoby przypuszczać. 


Przejdźmy do tego, co mi siedzi w głowie

A siedzi mi jedno określenie, kiedy patrzę i myślę o "Cudach za rogiem": "infantylno-uroczo-mądra historia". Do tego napisana łatwym językiem, bez pięknych opisów przyrody, bez rzeczy, które nijak wpływałyby na fabułę. Nie, nie, nie. Tutaj mamy akcję. Ciągle coś się dzieje, przychodzą kolejne listy, pojawiają się nowe postacie, które próbujemy połączyć z poprzednimi i czujemy, że wszystko będzie działo się wokół sklepiku pana Namiyi, ażeby na koniec dostać coś, czego się nie spodziewaliśmy. I w moim przypadku ta niespodzianka wywołała łzy i szok, po którym leżałam, trzymając książkę i właściwie zastanawiając się, "co tu się właśnie stało?" Aby podczas zakończenia tej emocjonalnej wędrówki stwierdzić, że w sumie, kurczę, ile to miało w sobie przesłań i to takich ukrytych w tragediach polanych najsłodszą, mleczną polewą. 
Nie da się ukryć, że ta słodycz wlewała się także do mózgu i kiedy tylko mogła, to wracała. Na przykład na lekcji biologii, a potem ciężko było się skupić na funkcjach szyszynki, skoro ja mam w domu na biurku nieskończone historie. I to te, które trochę wiążą się z moją. Jak myśleć?

"Jest jedna rzecz, którą zrozumiałem, czytając o problemach przez te wszystkie lata. Często pytający już ma odpowiedź. Chce się tylko upewnić, że myśli właściwie. Dlatego zdarza się, że ktoś po przeczytaniu mojej odpowiedzi jeszcze raz wrzuca ten sam list. Pewnie się spodziewa, że tym razem napiszę to, czego on oczekuje." 

To, co jest wielkim plusem (oprócz oczywiście stylu pisania pana Keigo) to kreacja postaci. Bohaterów jest tam trochę i jeszcze więcej, ale mimo wszystko - w tych, nie ukrywajmy, niewielkich rozdzialikach - autor potrafił bezbłędnie przekazać nam rolę, osobowość tego i tamtego człowieka. Nie są czarno-białe, a szczególnie widać to po trzech złodziejach, z którymi zapoznajemy się od pierwszych stron. I powtórzę się, ale i w tym przypadku może się wydawać, że ja tutaj coś przekręcam prawdę, bo początkowe rozdziały wcale nie wskazują na dobre rozwinięcie takich osób jak chociażby dziewczynka o imieniu Seri. Wszyscy są ważni w tej powieści, to mogę Wam przysiąc. Przychodzi to z kolejnymi słowami. 

A o co ludzie radzą się właściciela sklepu? Ano, pełna lista tego! Przychodzą dzieci z pytaniami, jak dostać dobrą ocenę, ale nie musząc uczyć się. Bardzo dużo problemów miłosnych, rodzinnych czy związanych z własnym hobby. W każdym razie, nieważne kto, co napisał i jakie miał faktycznie intencje, pan Namiya zawsze brał wszystko na poważnie i spędzał godziny, siedząc nad kartkami i zbierając myśli w pomocne słowa. Nawet główkował nad pustą kartką, bo był pewien, że ktoś chciał mu w ten sposób coś przekazać - dojście do tego, zajęło mu chwilę czasu, ale i na tę wiadomość odpowiedział.
W głowie kłębi mi się jedno pytanie: czy coś takiego w rzeczywistości mogłoby mieć prawo bytu? Na ile społeczeństwo danego, załóżmy, że polskiego, miasteczka naprawdę zwracałaby się do takiego sklepiku z kłopotami? I chociaż z natury jestem raczej z tych optymistycznych osób, tak teraz wydaje mi się, że taki polski pan Namiya dostawałby same żartobliwe listy. Wystarczy spojrzeć na numery telefoniczne, które zajmują się pomocą - ile dziennie one dostają sygnałów wyssanych z palca? I jak tak teraz nad tym myślę, to jest to przeraźliwie smutne. To nic innego niż odbieranie pomocy potrzebującym.


Brać czy nie brać? 

Nie zastanawiać się tylko brać, jeśli ktoś poczuł, że ta pozycja przemawia do niego. 
Chociaż pan Keigo porusza ciężkie tematy, takie jak problemy z rodzicami, próbę pozbierania się po śmierci bliskiej osoby i tak dalej, to pan Higashino sprawił nam dobrą lekturę po ciężkim dniu pracy albo po prostu aby umilić sobie czas. A jak wspomniałam "Cuda za rogiem" nie zostały napisane trudnym językiem, a to, co autor chciał przekazać da się łatwo wyłapać, ale to ma swój, kochany urok. Przez co, czyta się w ekspresowym tempie. 
A postać staruszka rozczula serduszko i to właśnie z nim najmocniej zżyłam się. Jak nie kochać osoby, która pasjonuje się pomaganiem? 
Na koniec, nie mam pojęcia, dlaczego tak długo zwlekałam z tą lekturą, ale jestem pewna, że nie mogłam znaleźć lepszego momentu niż ostatnie tygodnie.
Tak miało być - to wiem!
Zakończenie należałoby nazwać prawdziwym katharsis. 
Trzymajcie się ciepło,
Panda Fińsko-Chińska
"Nawet jeśli dziś jest gorszy dzień, jutro powieje pomyślny wiatr!"
Japonia:
Japani
日本 (Rìběn)

"Moje serce należało do wiolonczeli"


Hej, terve, 你好!

Halo, halo! Co tu się będzie działo?

Dość nietypowy post, ale czuję potrzebę wyskrobania go i podzielenia się jedną z moich wielkich, nie chcę napisać "miłości", ale coś w rodzaju; inspiracji, motywacji i chyba przede wszystkim wsparcia. 
Zabrzmiało to dziwnie, a wytłumaczę się za chwilkę. 

Nie jest to tym razem żadna recenzja, żadna książka, film, żaden wywiad (marzeniem jest przeprowadzić wywiad z ludźmi, o których mowa). A zbieram się do tego wpisu, odkąd wróciłam z koncertu w Chorzowie. (Aż sama twarz mi się cieszy na te słowa! Chorzów będzie mi się kojarzył nadzwyczaj dobrze, z falą tak silnych przeżyć, że do tej pory na samą myśl mam łzy w oczach, a tętno skacze. 
Dziś chciałabym się skupić na Rammstein i nie ukrywam, że będzie to post emocjonalnie mocno związany ze mną, ale co tam, spróbujmy! A od czasu do czasu to wręcz wypada coś więcej o sobie napisać. 
Dlatego zapraszam do mnie. Same miłe sprawy mam do opowiedzenia. 


Czyli o tym, jak się "zakochałam" i o wszystkich pięknych rzeczach

Znalazłam ostatnio moją "Bucket List", którą napisałam jakoś dwa lata temu i chociaż było na niej pełno punktów do zrealizowania, (między innymi: wyhodować dwumetrowego kaktusa czy napisać wiersze na polach południowych Włoch) to jeden cel szczególnie rzucał się w oczy: 
"Pojechać na koncert Rammstein!!" 
Byłam raczej w takim czasie, kiedy wydawało mi się to totalnie abstrakcyjne. Raz, że zespół nic wtedy nie tworzył, a dwa; nigdy nie byłam na żadnym koncercie i jak miałabym to wszystko zorganizować, skoro ja niedawno musiałam przyzwyczajać się do jeżdżenia busem do szkoły, do miasteczka obok, a co dopiero wybrać się do dużego miasta i wracać się o kosmicznych godzinach! 
Ach! Ile jest we mnie radości, patrząc teraz na ten "abstrakcyjny cel". Ale skłamałabym pisząc, że to moja zasługa. Bo nie była moja. Absolutnie. 
To sprawka przyjaciółki i mamy, które uknuły spisek na moją osiemnastkę. I to jest najpiękniejszy spisek, o jakim kiedykolwiek usłyszałam. A tak serio, nie wyobrażam sobie lepszego prezentu. Bardziej poruszającego; dwie osoby, które są mi szalenie bliskie załatwiają dla mnie koncert szalenie bliskiego zespołu. Wyobraźcie sobie tę falę dobrych myśli w mojej głowie. 

Na samym wydarzeniu płakałam cztery razy. I wiecie co było straszne? Ja, siedząc już na swoim miejscu, wyczekując na wyjście zespołu, pomyślałam, że może za bardzo nastawiałam się na ten koncert. Może miałam zbyt wygórowane oczekiwania, bo w końcu jestem tak daleko od sceny. Może niepotrzebnie się tak cieszyłam, bo teraz dostanę rozczarowaniem po twarzy. Może przesadziłam, przecież to tylko ludzie. (Autentycznie mignęła mi taka myśl.)
Oni wyszli, a ja miałam łzy na policzkach i jak to piszę w tym momencie, to mam wrażenie, że brzmię jak stereotypowa nastolatka piszcząca na widok swoich idoli (nie lubię tego słowa). Ale po prostu byłam szczęśliwa. W pełnej euforii i wtedy przyszło mi na myśl, że kurde, udało się. Jestem tutaj. Patrzę na ludzi tworzących muzykę, przy której łatwiej jest mi płakać, sprzątać, uczyć się, jeździć w dalsze podróże, których, kurka wodna, twórczość towarzyszy mi dzień w dzień. 
Tęczowa flaga, "Ohne dich" i koniec - to były moment, kiedy nie mogłam poradzić sobie z własnym wzruszeniem. 

Odpowiadając na pytanie, czy jestem zadowolona? 
Jestem wniebowzięta i bardzo chciałabym przeżyć to jeszcze raz. To jedno ze wspomnień, do których wracam, kiedy czuję się gorzej.
Poza tym, umówmy się. Ludzie, którzy przyjechali na koncert, też robili swoje. 

A "moje Rammstein" zaczęło się od piosenki "Mutter" i wtedy przepadłam. Teraz nie widzę odwrotu i nie chcę go widzieć. Wyjątkowo dobrze mi z tym zespołem, nawet za dobrze, bo nie jestem w stanie wymienić piosenki, która by mi się nie podobała. Nie ma takiej. Mogę podać solowe utwory Tilla Lindemanna (wokalisty) będące mniej w moim guście, ale nadal od czasu do czasu ich słucham. Za dużo naturalnych opioidów we mnie na słowo "Rammstein". 


Co myślę o nowej płycie? 

Jeszcze w życiu nie recenzowałam płyty i tym razem też tego nie zrobię, bo nie potrafię popatrzeć na nią obiektywnie. Uwielbiam ją. 
Mogę napisać, że piosenka "Puppe" to utwór, w którym złość, emocje są przekazane w idealny sposób, że odczuwa się to całym sobą. No i jak na ten zespół przystało - piękny tekst, ale do słów Tilla jeszcze przejdziemy. 
A ballady to im wychodzą takie, że zawsze przy nich mam gęsią skórkę. Włączam je, kiedy muszę pomyśleć, kiedy potrzebuję chwili ze sobą, z ułożeniem paru spraw w głowie. "Diamant" sprawdza się w tej roli równie idealnie, co jej poprzednicy jak "Ein Lied", "Frühling in Paris" czy popularne "Ohne dich". Gorsza jest jedynie pod względem tego, ile trwa, bo niecałe dwie i pół minuty.

Ciche noce Tilla 

O ironio, moją Bucket List znalazłam właśnie w jednym z dwóch tomików Lindemanna. 
Wokalista Rammstein w jednym z wywiadów dla VIVA JAM powiedział kiedyś, że pisze wiersze w stylu lat 60. Są łatwe i wszyscy wiemy, o co w nich chodzi. I mając przed sobą "Ciche noce", mogę przyznać, że faktycznie są banalne w interpretacji, ale to im wcale nie ujmuje wręcz przeciwnie. To rodzaj wierszy, z którymi ja się jeszcze nie spotkałam i muszę napisać, że ten rok temu po poezji Jesienina czy Poświatowskiej to był dla mnie prawdziwy szok. Teraz można zapytać, czego ja się spodziewałam, po utworach Rammstein, gdzie to również są słowa Tilla? 
To prawda, ale tomik jest, mam wrażenie, dużo mocniejszy. Poza tym, traktuję go jak małą biografię wokalisty. Są to wiersze ordynarne, momentami nawet brzydzące, ale dokładnie takie powinny być, bo nie wyobrażam sobie, aby Lindemann napisał inaczej; a ja lubię jego styl, lubię tę bezpruderyjność. Tym bardziej, że wszystko przeplatane jest wrażliwością. Ciekawy miks, ale tak się da! 
Tytuł wpisu to pierwszy wers wiersza "Wiolonczela" (oryginalny tytuł:"Die Geige", niestety nie wiem, dlaczego tłumaczka nie została przy skrzypcach). Właśnie w takich momentach żałuję, że mój niemiecki nie jest wybitniejszy, bo chciałabym móc przeczytać "Ciche noce" w oryginalnym języku. 
A na koniec dodam jeden z tytułów Tilla, którym mógł pochwalić się w tomiku (i tym delikatnym): 

Strach
Słonecznik usycha z pragnienia
umiera stojąc przy oknie
ostatnie łzy żółte roni
smutny to widok

Odwracam się przejęty trwogą

Strach zeschnięty i zapomniany
podobny mi los pisany
tak szybko cała świetność mija
choć wczoraj pełnym blaskiem lśniła
Till Lindemann, oryginalny tytuł: "Angst"tłumaczenie: Joanna Raczyńska


Tam pójdę, gdzie szumiące jodły

Ale miło było coś takiego napisać i jestem pewna, że milej będzie do tego wrócić po jakimś czasie. Zdecydowanie wpis na gorsze dni, żeby móc podnieść się na duchu i przypomnieć sobie całe wydarzenie. Wspomnienie ocieplające serduszko i życzę Wam takich jak najwięcej! 
Mam nagrania, ale ja żem z tych, co po wszystkim czekają, aż ktoś im wyśle, co nagrał.
Zdjęcia pochodzą z oficjalnego Instagrama Rammstein. A tekst wyłonił się z własnej potrzeby dodatkowego uwielbienia zespołu (i dodać szczyptę dobrych myśli na koniec weekendu). 
Trzymajcie się ciepło! 
Album, przy którym napisałam ten wpis: XXI - Klavier 

Koncert:
音樂會 (yīnyuèhuì)
Konsertti

Horror prosto z Filipin


Polski tytuł: "Szkoła grozy"
Oryginalny tytuł: "Eerie"
Rok produkcji: 2018
Jest dostępny na Netflixie.

Hej, terve, 大家好!
Ciężko u mnie z horrorami. Jak po samym seansie raczej nie mam problemów z zaśnięciem czy ogólnie z późniejszym funkcjonowaniem, tak jeśli chodzi o samo oglądanie, to potrafi mnie wystraszyć najmniejsza rzecz i uruchomić wyrzut w tył w momentach, w których coś straszniejszego pojawia się na ekranie. Dlatego też tego typu filmy ze mną ogląda się średnio, bo momentami sama moja reakcja może przestraszyć.
Jeśli mam odpowiedzieć na pytanie: Czy lubię horrory?
Odpowiedziałabym: od czasu do czasu, ale tylko i wyłącznie z drugą osobą, bo nie ma opcji, żebym przeszła przez film grozy sama. Nie ma takiej możliwości.


A o czym to w ogóle? 

W katolickiej szkole dla dziewcząt dochodzi do samobójstwa jednej z uczennic. Ta sytuacja wstrząsa wszystkimi. Pat Consolacion jest pedagogiem szkolnym w tejże placówce i jedną z bardzo dociekliwych osób. Czuje, że zakonnica coś przed nią ukrywa. Chce odkryć prawdę o śmierci dziewczynki. Wierzy w to, że jeśli dowie się wszystkiego, będzie mogła sprawniej pomóc innym uczennicom.

Ja włączyłam ten film z siostrą średnio wiedząc, o czym jest. Jeśli chodzi o fabułę, zdawałam sobie sprawę, że akcja rozgrywa się w szkole katolickiej i w sumie na tym opierała się moja wiedza. Ale są trzy powody, dlaczego miałam takie parcie na "Szkołę grozy", bo prawda jest taka, że ta produkcja chodziła za mną przez dwa tygodnie co najmniej i trochę zeszło zanim mogłam sobie na nią pozwolić.

  1. LoJournal polecała tę produkcję na Instagramie, a w jej rekomendacje mocno wierzę. 
  2. Filipiny. Moje pierwsze pytanie brzmiało: Ile do czynienia miałam z kinem filipińskim? I z przykrością stwierdziłam, że tak naprawdę nie znam żadnego filmu z tego kraju. W dodatku zachęciła mnie ekscytacja na myśl, że posłucham języka filipińskiego, z którym równie rzadko mam okazję się spotkać.
  3. Czuć w powietrzu jesień, a horrory pasują do niej jak ulał! 
Te trzy punkty wystarczyły, aby zaraz na drugi dzień po powrocie do domu odpalić sobie Netflixa, mając w głowie konkretny tytuł.
I muszę napisać, iż pierwsza połowa filmu troszkę mnie zawiodła, wręcz nudziła, do czego za chwilkę się odniosę.

"Szkoła grozy", czyli znowu popadamy w skrajności

Idę do pokoju siostry. Biorę ze sobą krzesło i siadamy obok siebie. Ona wpisuje tytuł filmu i otula się kocykiem. Ja wpatruję się w ekran z głową wypełnioną nadzieją i euforią, że w końcu! W końcu mam czas i odwagę usiąść nad tą pozycją. Mówię siostrze, że dobrze się zaczyna. Już od pierwszych minut towarzyszy mi gęsia skóra.

Mój filmowy kompan komentuje: "Ale zrobili dobry nastrój"i zgadzam się nią. A trzeba przyznać, że jest jedną z osób, która - w przeciwieństwie do mnie - jest w miarę odporna na horrory. 
Fascynuje nas ruch kamery, który niezwykle buduje napięcie. Aż w pewnym momencie każę zatrzymać film, bo moje poczucie strachu przekroczyło swoją granicę. 

I tak przez pierwsze minuty. A potem coś się zaczyna psuć. Napięcie znika, a wręcz zaczynamy się przeraźliwie nudzić. Ciągle wykorzystywane są te same sztuczki, aby wystraszyć widza. Film schodzi z fabuły, a wałkuje chwile, w których szkolna pedagog przechadza się nocami przez szkołę. Co, jak na początku było straszne i ciekawe, tak po jakimś czasie stało się po prostu męczące. Z tego też względu przerwałyśmy oglądanie i wróciłyśmy do tego tytułu dopiero po dniu albo dwóch. 


Mogę napisać jedno: Gdyby pierwsza połowa filmu była równie dobra i interesująca, co druga - to "Szkoła grozy" stałaby się dla mnie ważnym i emocjonalnym (nie mam na myśli tutaj tylko strachu) dziełem kultury.
Trzeba przyznać, że z siostrą ponownie włączyłyśmy tę produkcję z takimi mieszanymi uczuciami, od niechcenia troszkę.
Ale ile było w nas zainteresowania, kiedy okazało się, że filipiński reżyser (Mikhail Red) postawił na konkretniejsze rozwinięcie fabuły, na zmuszenie widza do myślenia. I to w taki sposób, że razem z siostrą siedziałyśmy cicho przez te około 40 minut i w całości oddałyśmy się seansowi. To było 100% skupienia, a za takie chwile dziękuję kinu.

A końcówka filmu wbiła mnie w krzesło. Była piękna, było emocjonalna i przede wszystkim; niespodziewana, ale w ten ładny, niesztuczny sposób. Tym bardziej nie ukrywam, że średnia ocen zszokowała mnie. Wiem, że nie ma się nią, co przejmować, ale 4,7 na imdb i dokładnie tyle samo na filmwebie wydaje mi się lekko niesprawiedliwe. Chociaż z tego, co zauważyłam, horrory tak mają. Są traktowane nie-fair.
Kontrast między ocenami jest wyjątkowo rzucający się w oczy. Można znaleźć pełno opinii poniżej 3 gwiazdek i równie wiele zdań, które zawierają masę zachwalających epitetów. Mimo wszystko, jedno należy przyznać: film jest w stanie wystraszyć nawet najodporniejszych widzów.

Dodam jeszcze

Nie mogłam wyjść z zachwytu, jeśli chodzi o grę aktorską Bei Alonzo, która zagrała  Pat Consolacion, czyli główną bohaterkę (pani na zdjęciach) i warto obejrzeć chociażby dla jej wyczynów przed kamerą.

Najważniejsze pytanie: warto czy lepiej dać sobie spokój? 

Zaryzykuję i napiszę, że opłaca się. Jeśli przebrnie się przez około 30-40 minut i dotrze się do momentu, w którym wszystko nabiera tempa, a sama historia dziewczynki zaczyna się układać w sensowną całość to można zakończyć seans z przyzwoitym zadowoleniem. Ale jak wspomniałam: "Szkoła grozy" to tytuł, który dzieli ludzi. 

Loppu koniec po pięknym, fińskim języku!!

Dziękuję za tę chwilkę spędzoną na Pandzi. Jeśli ktoś ma do polecenia horrory/thrillery/ogólnie dobre kino na jesień, to bardzo chętnie przyjmę kilka tytułów na swój ekran! 
Mam nadzieję, że do usłyszenia za niedługo.
Trzymaj się ciepło 💗

Horror:
恐怖片 (kǒng bù piàn)
Kauhuelokuva 
I taka ciekawostka: w języku fińskim "horro" może oznaczać "drzemkę" lub "hibernację".