20 obrazów, które mnie zachwyciły

Dzień dobry! 

Malarstwo jest nieodłączoną częścią mojego życia. Co prawda, żadnego talentu do rysowania/malowania absolutnie nie posiadam, ale obrazy są nie tylko moją inspiracją - także i moim odpoczynkiem. A nawet więcej. Stanowią niezbędny element w chwilach, w których piszę. Jeśli zapoznaję się w nową kulturą, z nowym krajem to nigdy nie pomijam malarzy z danego obszaru świata. Dlatego tworzenie tego wpisu jest dla mnie czystą przyjemnością i ratunkiem w dniach pozbawionych ochoty i weny. Mam nadzieję, że i ktoś z Was znajdzie tutaj coś dla siebie! 

Fińskie słownictwo: Zwierzęta | Eläimet


Wstęp:

Wiem, że taki post może teraz dziwić, bo w końcu siedzę nad wietnamskim, ale muszę przyznać się do czegoś. Szalenie tęsknię za językiem fińskim. Czasem go sobie włączam, tak po prostu. Przy sprzątaniu, robieniu fiszek czy właśnie - przy pisaniu postów. Mimo wszystko, tęsknota jest wręcz doskwierająca w takim miesiącu, jakim jest grudzień. Fiński w tych dniach otula i dodaje świątecznej aury, dlatego poświęciłam tydzień, aby przypomnieć sobie zwierzęta po fińsku (po 10 dziennie, słówka z każdego dnia mają inny kolor), a robiłam to gdzieś w przerwie między zajęciami z wietnamskiego. Warto było! 

"The magic fish", czyli recenzja komiksu


Wstęp

Xin chào!
Komiks autorstwa Trung Le Nguyen spadł mi z nieba. Szukałam czegoś, co nie tylko pomoże mi dodatkowo poćwiczyć język angielski (no cóż, teraz widzę skutki miesięcy bez szkoły, gdzie miałam ten język aktywnie na co dzień, a nie tylko biernie na Youtubie). Muszę jednak zaznaczyć jedną rzecz - jestem osobą, która uwielbia łączyć naukę z fascynacją, dlatego poszukiwałam czegoś około wietnamskiego. Odnalezienie takiej mieszanki wydawało mi się pestką. Niedługo zajęło mi odkrycie, że to jednak dłuższa i cięższa przeprawa przez Internet. 

Wietnam: "Ròm" | pogadanka


Wstęp i język wietnamski 

Xin chào! 
Czułam obowiązek zakończenia tej festiwalowej serii filmowych recenzji specjalnym tytułem. Właściwie produkcją, przez którą trafiłam w ogóle na festiwal "Pięciu Smaków". Dlatego "Ròm" był dla mnie priorytetem nad priorytetami. Wisienką na torcie. Prawdziwym, wietnamskim rarytasem w przysypanej śniegiem Polsce. Cóż, towarzyszył mi także ostatniego dnia w postaci tejże recenzji, która jest dla moich uczuć szczególna, ale do tego jeszcze przejdę! 

Ciekawostka o języku wietnamskim: nie ma w nim zaimka "ty". Naprawdę. Teraz ktoś może wytrzeszczyć oczy i zapytać, co ja za głupoty wypisuję. Jak w takim razie mam się zwrócić do rozmówcy? Ano, właśnie. Zwracając się do kogoś, nazywamy go/ją starszą siostrą (chị), starszym bratem (anh), ciocia (cô), wujkiem (bác), młodszym bratem (em), babcią (bà), dziadkiem (ông), a do osoby w naszym wieku, np. przyjacielu (bạn). Dla przykładu przedstawię Wam zdanie: 
 Mama kupiła dla mnie jabłka: Mẹ mua cho con quả táo. 
A DOSŁOWNIE: Mama kupiła DZIECKU jabłka. Jest to wyraz szacunku i wydaje mi się to bardzo urocze! 
 


"Ròm" rok produkcji: 2019, reżyseria: Tran Thanh Huy  

Fabuła: Tytułowy, główny bohater Ròm ma dziwną "pracę". Czasem jest bogaczem, a czasem nie ma przy sobie ani grosza. Jednym dniem ludzie go kochają, a drugim mają ochotę go zabić. Poza tym uprzykrza mu się jakiś chłopak, bo rywalizują ze sobą w branży. Czym zajmuje się Ròm? Obstawianiem liczb w loteriach i sprzedawaniem samych losów. 

UWAGA! SPOILERY
Myślę: Zacznijmy od tego, że nią miałam pojęcia, iż w Wietnamie jest spory problem z osobami, które biorą udział w loteriach. Tracą wszystkie pieniądze, zadłużają się u szemranych typów, narażają własną rodzinę, bo może akurat tym razem uda im się wygrać grube pieniądze. I tak w kółko. Nie pomagają w tym chłopcy roznoszący losy, obiecujący, że dziś wygra właśnie ten numer, dokładnie ten, który oni podają. Zabawa trwa. Ludzie tracą pieniądze, a uwielbienie do nich wzrasta. Czy istnieje do takiej mieszanki dobre zakończenie? 

W związku z powyższym Tran Thanh Huy przedstawił niezwykle smutny obraz mieszkańców Sajgonu, którzy zarażają siebie hazardem i popadają w coraz większą obsesję na punkcie loterii. Z tego filmu uderza bieda, cierpienie i uwaga, nadzieja. Nadzieja objawia się w głównym bohaterze (którego, swoją drogą, gra młodszy brat reżysera i moim zdaniem radzi sobie wspaniale). Ròm pragnie odnaleźć swoich rodziców. Pewnego dnia trafia się okazja, aby zrealizować jego marzenie o spotkaniu mamy i taty, dlatego tak zależy mu na znalezieniu szybkiej i łatwej gotówki. Jednak wykorzystywanie uzależnionych ludzi nie jest takie łatwe, jak mu się wydawało. Na jego drodze stoi drugi chłopak - Phúc - , do którego "należał teren". Zatrzymajmy się tutaj na chwilkę. 
Relację Phuca i Roma można porównać do powtarzającej się paraboli. Jeśli widz już myśli, że między chłopakami jest w porządku, a nawet zaczynają się przyjaźnić, to chwilę później zdaje sobie sprawę z własnej naiwności. Myślę, że niewątpliwie tragedią dla bohaterów jest fakt, że absolutnie nikomu nie mogą ufać. Są zdani tylko na siebie w brutalnym środowisku, gdzie każdy musi być egoistą, aby przetrwać. 

Scenariusz jest dynamiczny, nie nudzi, a wciąga od pierwszych minut. Zaopatrzone jest to także w piękne kadry, które pokazują niejako duszność okolicy, w jakiej żyją bohaterowie. Widz zdecydowanie czuje się przytłoczony przez tę część Sajgonu. A również ciekawie prowadzona kamera, która subtelnie oddaje emocje danej sytuacji. Porównałabym to trochę do filmu "Moonlight". Dlatego też "Rom" jest szalenie refleksyjną i emocjonalną pozycją. Ściska serce, kiedy obserwuje się cierpienie głównego, tytułowego bohatera. Jego porażki niemal zmuszały do łez, a gdy udało mu się coś osiągnąć, widz zaczynał mu kibicować z całych sił. Film miałam okazję obejrzeć wraz z siostrą, która ma całkowicie inny gust filmowy ode mnie, a jednak obie przeżywałyśmy seans. Och, niektóre sceny wbijały w fotel!

Czy warto obejrzeć tę wietnamską produkcję? JAK NAJBARDZIEJ! Co więcej, uważam, że jest to najlepszy tytuł, jaki obejrzałam przy okazji Festiwalu. Jest dla mnie strasznie ważny, bo nie tylko wprowadził mnie w świat azjatyckiego festiwalu, wzbudził jeszcze większe zainteresowanie samym Wietnamem, ale przede wszystkim - został w głowie i nie chce stamtąd wyjść! 
Warto zaznaczyć jedną rzecz: zakończenie zostało zmienione. Musiało, ponieważ w innym wypadku reżyser nie mógłby go wypuścić na wietnamski rynek (pamiętajmy, Wietnam to komunistyczny kraj). Nie zmienia to faktu, że kiedy "Rom" w końcu zdobył swoją premierę w ojczyźnie, okazał się prawdziwym hitem. A ja się temu wcale nie dziwię i jeśli miałabym Wam polecić jeden tytuł na święta - byłby to właśnie ten. 

Koniec festiwalowych recenzji 

To, czego nauczyły mnie filmy obejrzane w ciągu ostatnich dni to przede wszystkim - wyrozumiałość. Jaka to była lekcja empatii! Różnorodność poruszanych tematów, kwestii społecznych, problemów sprawiała, że ja jestem wrażliwsza na ludzi. Więcej rozumiem, więcej wiem i jestem przeogromnie wdzięczna za ten niesamowity, filmowy wykład. 
A zapowiedzi przed seansami, które wprowadzały w dany tytuł, aby lepiej go zrozumieć czy same wywiady z reżyserami i reżyserkami przyniosły mi multum szczęścia. Wiem jedno, na pewno za rok również wezmę udział. Choćby jeden dzień! 

Poza tym dobrze mi zrobiło tak intensywne pisanie recenzji. Z jednej strony było to po to, aby móc wkręcić się na nowo w, no właśnie - pisanie recenzji -, a z drugiej zwykła potrzeba podzielenia się bardzo ważnym i cudownym, wydarzeniem w moim życiu, dzięki któremu genialnie kończę 2020 rok. 
Ha! Napiszę więcej! Jestem z siebie szalenie dumna, że udało mi się zrealizować te pięć postów w ciągu około dziewięciu dni. Nie wierzyłam w swoje możliwości, a jednak. Bardzo mnie to cieszy! 
Widzimy się pod koniec tygodnia. Całusy! 

Trzymajcie się ciepło i zdrowo 
Panda Fińsko-Chińska 

Poprzednia festiwalowa pogadanka: "Geran" i "Czasami, czasami" (Malezja) 
Aktualizacja: Na festiwalu Pięciu Smaków obejrzałem:  
4) "Wioska Ohong" (Tajwan) 
5) "Smak phở" (Polska) 
6) "Ròm" (Wietnam) 
7) "Słodko-gorzki" (Japonia) 
10) "Mekong 2030" (Laos) 
11) "Kropla piękna" (Korea Południowa) 
12) "Kulinarne historie: Posiłek na planie" (Tajlandia) 
13) "Kim Ji-young, urodzona w 1982" (Korea Południowa) 
14) "Bestie na krawędzi" (Korea Południowa) 
15) "Szczęściara Chan-sil" (Korea Południowa) 
16) "Córka przeklętej ziemi" (Indonezja) 
17) "Odleżyna" (Korea Południowa) 

źródło zdjęć: imdb

Malezja: "Czasami, czasami" i "Geran" | pogadanka

"Niech świat Cię zmieni, a wtedy Ty zmienisz świat" cytat z filmu "Mekong 2030 (Laos)"
 


Wstęp

Xin chào! 

Dziś kraj, którego jeszcze na Pandzi nie było. Co prawda, Malezja gościła na moich półkach w tym roku, ponieważ miałam okazję przeczytać reportaż o wyjątkowym państwie. "Zakochani w świecie. Malezja" - to książka, która dla takiego laika jak ja, pomogła zapoznać się na podstawowej płaszczyźnie z kulturą czy sytuacją w Malezji. Nie zmienia to faktu, że książki raczej nie polecam, bo zjadłam przy niej więcej nerwów niż się dowiedziałam. Z drugiej strony wydaje mi się, że na polskim rynku - tak, jak w przypadku Wietnamu - lektur o Malezji jest niewiele, a wręcz w ogóle. (Naturalnie, jeśli ktoś ma coś do polecenia, to chętnie przyjmę!). 

 

Mając to na względzie, nic dziwnego, że filmy malezyjskie (a konkretnie; dwa) okazały się moimi pewnikami na festiwalu Pięciu Smaków. Zanim jeszcze jednak do nich przejdziemy, chcę Wam opowiedzieć ciekawostkę. 

Połowa społeczeństwa w Malezji to "mniejszości" narodowe, tzn. głównie Chińczycy czy Hindusi. Co ciekawe, filmy produkowane przez te mniejszości/w języku innym niż malajski przez długi czas nie były uznawane za, no właśnie - malezyjskie. Dopiero w ostatnim czasie zaczęło się to zmieniać. Między innymi jeden z prezentowanych dziś tytułów "Czasami, czasami" jest produkcją w języku mandaryńskim, a sam reżyser ma korzenie chińskie. Jednak film wyraźnie przypisywany jest do Malezji. Ot, taka ciekawostka! 



Filmy


"Czasami, czasami" rok produkcji: 2020, tytuł oryginału: "Yi Shi Yi Shi De" 

Jedna z pierwszych produkcji, jakie obejrzałam na festiwalu. Z jednej strony, chciałam zobaczyć chociaż jeden film z Malezji, a z drugiej - fabuła niezwykle mnie zainteresowała.
Fabuła: Zi Ken skończył szesnaście lat. Myśli o kolejnym etapie w jego edukacyjnej karierze. Dlatego też chciałby się w końcu poczuć jak dorosły człowiek. Zakochuje się. Papuguje przed rówieśnikami teksty, które usłyszał od partnera matki. Samą matkę traktuje, jakby to ona była jego dzieckiem - wypytuje gdzie była, z kim, dlaczego wraca tak późno? Można pomyśleć, że traktuje ją chłodno, jednak okazuje się to jedynie powierzchownym założeniem. 

Myślę:

Powiem tak; od tego filmu nie miałam żadnych oczekiwań. Po prostu włączyłam go pewnego wieczoru po zajęciach z podejściem "niech się dzieje, co chce". Nie mogę ukryć, że przez pierwsze pół godziny zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie. Fabuła wciągała, relacja pomiędzy synem a matką intrygowała, bo, przyznam szczerze, jeszcze czegoś takiego nie widziałam/nie doznałam. Dlatego nic dziwnego, że nie mogłam oderwać wzroku od ekranu, ale potem. Oj, potem napięcie i intryga zaczęły opadać. Dochodziły coraz to nowsze wątki, które nic konkretnego nie wnosiły do historii. W związku z tym, że na niebie księżyc zabawił na dobre, pod kołderką było cieplutko, a film nudny, nudniejszy, to z trudnością udało mi się dotrwać do końca z pełną świadomością. Ale osiągnęłam to i wraz z ulgą po zakończonym seansie, przyszło rozczarowanie, bo "Czasami, czasami" miało w sobie wielki potencjał. Jednak muszę podkreślić, że dla reżysera, a także scenarzysty i aktora grającego główną rolę - Jacky Yeap - było to debiut i nie można napisać, iż okazał się on nieudany. Mimo wszystko, myślę, że warto obejrzeć ten film. Chociażby ze względu na ciekawie wykreowaną postać syna (gwoli ścisłości, którego właśnie zagrał sam reżyser) czy dającą do myślenia relacje między głównymi bohaterami. 

Dobrze, muszę o tym wspomnieć, ale także po to, aby delektować się językiem mandaryńskim! 

Na koniec dodam, że dla Yeapa wielką inspiracją była jego relacja z reżyserką, z którą wcześniej pracował na planach filmowych. 



"Geran" rok produkcji: 2020

Odkąd w lutym zafascynował mnie Bruce Lee i jego filmy, to z chęcią patrzę na produkcje związane ze sztukami walki. Właśnie to uczucie zachęciło mnie do obejrzenia malezyjskiej produkcji o sztuce walki zwanej "silat". Ale podkreślę - jestem totalnym nowicjuszem w temacie filmów akcji. 

Przyznam szczerze, że o silacie pierwszy raz usłyszałam przy okazji omawianego dziś filmu. Jednak dowiedziałam się w zapowiedzi "Geranu", że jest on [silat] znany szerszej publiczności przez indonezyjską serię filmową "The raid". Jeszcze nie miałam okazji zapoznać się z nimi, ale z całą pewnością przyjdzie dzień, kiedy takowy seans sobie zorganizuję, a czemu nie! 
Ostatnia sprawa: silat indonezyjski, a malezyjski różni się następującą kwestią - ten pierwszy jest raczej hm, artystyczny, przypominający taniec, natomiast drugi służy przede wszystkim do walki. A twórcy filmu "Geran" chcieli za pomocą kamery uwiecznić ich regionalną sztukę walki. Co zdecydowanie dodatkowo zachęciło do mnie obejrzenia tego tytułu. 

Fabuła: Mat Arip jest najmłodszym synem z trójki rodzeństwa, jednak to właśnie on przysparza rodzinie najwięcej problemów. Miarka się przebrała, kiedy przez jego długi, siostra, brat i ojciec zostają napadnięci przez okoliczny gang. 

Myślę: 

Powtórzę się, ale to, co najbardziej cenię w Festiwalu Pięciu Smaków to nie tylko fakt, że mogę dowiedzieć się sporo nowych rzeczy o Azji, ale także obejrzeć filmy, które są dla mnie całkowitą nowością i świeżością na ekranie. "Geran" jest produkcją niskobudżetową i to widać, ale absolutnie nie zmienia to faktu, że bawiłam się przy nim bardzo dobrze. Wiadomo, że nie jest tytułem, który po seansie zmusi widza do refleksji nad życiem i społeczeństwem, jednak same przedstawione walki wprawiają widza w zachwyt. Co więcej, nie wiem, czy powinnam to podkreślać, ale jedną z czołowych przedstawicieli silatu w tym filmie to kobieta - Fatimah. Chciałam zwrócić uwagę na tę rolę, ponieważ zawsze, gdy myśli się o tego typu kinie, raczej ma się przed oczami osoby pokroju, nawet wcześniej wspomnianego, Bruce'a Lee. 

"Przyszła prawda i zniknął fałsz. Zaprawdę, fałsz musi zniknąć." 

Po drugie podobały mi się przejścia scen, kiedy Mat Arip wpędzał swoją rodzinę w coraz większe problemy, a w tym samym czasie jego ojciec go bronił, a nawet faworyzował! Moim zdaniem, te momenty zostały umiejętnie pokazane i jasne, drobnostka, ale za to jaka oddziałująca i dodająca głębi całej historii. Plus akcja dwutorowa w tej produkcji sprawia, że jest najzwyczajniej w świecie - ciekawiej.  

Chcę wpis miło zakończyć, dlatego zacytuję Wam, co napisałam, gdy robiłam notatki podczas seansu: "widzę w tym filmie zamiłowanie i pasję do tego, co się robi, może dlatego tak dobrze się to ogląda." Dodam jeszcze, że aktory w "Geran" posługują się językiem malajskim! (którego też miło posłuchać). 

Na koniec: chciałam bardzo wspomnieć o tych filmach, ale musiałam umieścić je w jednym poście, bo nie czułam, że mam wiele do powiedzenia na ich temat. Mam nadzieję, że w porządku się czyta tak krótką formę!
Ściskam Was mocno,
Panda Fińsko-Chińska (i nie tylko!) 

Poprzednia festiwalowa pogadanka: "On podaje rybę, ona woli kwiaty" (Wietnam) 
Aktualizacja: Na dziś, 05.12.2020, jedenaście dni od rozpoczęcia festiwalu, obejrzałem: 
3) "Czasami, czasami" (Malezja) 
4) "Wioska Ohong" (Tajwan) 
5) "Smak phở" (Polska) 
6) "Ròm" (Wietnam) 
7) "Słodko-gorzki" (Japonia) 
9) "Geran" (Malezja) 
10) "Mekong 2030" (Laos) 
11) "Kropla piękna" (Korea Południowa) 
12) "Kulinarne historie: Posiłek na planie" (Tajlandia) 
13) "Kim Ji-young, urodzona w 1982" (Korea Południowa) 
14) "Bestie na krawędzi" (Korea Południowa) 
15) "Szczęściara Chan-sil" (Korea Południowa) 
16) "Córka przeklętej ziemi" (Indonezja) 

źródła zdjęć: imdb, High on Films, Golden Horse

Wietnam: "On podaje rybę, ona woli kwiaty" | pogadanka


 Wstęp i wietnamski

Xin chào! 

W końcu przyszedł ten dzień, kiedy recenzuję wietnamski tytuł (kolejnego możecie się spodziewać w niedzielę). Przyznam szczerze, że podczas festiwalu to właśnie te wietnamskie produkcje spodobały mi się najbardziej. Przynajmniej do tej pory tak jest, a jeśli coś się zmieni, to na pewno dam Wam znać. 

Ciężko nie wspomnieć o moich studiach, kiedy piszę o Wietnamie. Jak wiecie jestem niedoszłym sinologiem. Finalnie trafiłem na filologię wietnamską, zatem uczę się tego języka od kilku dobrych tygodni. I muszę napisać, że los wiedział, co robi. Naprawdę. Teraz, gdy nad tym myślę, to wydaje mi się, że właśnie takie było moje przeznaczenie. Chociaż wiem, jak głupio to brzmi. 

Fascynuje mnie ten język. Jest przepiękny i co więcej - bardzo poetycki. Zaskakuje mnie jedynie brak na polskim rynku (ale i na tym zagranicznym) książek o Wietnamie/wietnamskich autorów. Ale spokojnie, coś udało mi się wynaleźć, a rezultaty sami będziecie mogli zobaczyć w najbliższym czasie. Reasumując, filologia wietnamska jest wielkim szczęściem i spełnieniem. Cieszę się, że finalnie brnę w tym kierunku. Ba! Już mam kilka pomysłów na przyszłość (chociażby na reportaże!), ale to wciąż jedynie marzenia. W każdym razie chcę ku nim dzielnie brnąć. 

Swoją drogą, nadal nigdy nie byłem w Poznaniu. O ironio, studiuję tam, ale bladego pojęcia nie mam, jak wygląda to miasto. Trzymam się myśli, że i tak mnie to nie ominie! Jak się pewnie można też domyślić, matury jednak nie poprawiam. Jestem w niebie, będąc w tym miejscu. A jeśli już o niebie mowa: 

Ciekawostka o języku wietnamskim: to, co moim zdaniem, wyróżnia język wietnamski, to piękne, a czasami dziwne słowotwórstwo. Popatrzcie: chân - noga, trời - niebo, ale gdy połączymy te słowa: "chân trời" otrzymamy słowo "horyzont", czyli nogą nieba jest horyzont

Niesamowite jest też połączenie słów: mặt - twarz i znowu trời - niebo. Co może być twarzą nieba? Ano, "mặt trời" oznacza "słońce". Kiedy omawialiśmy to z profesorem, to nie mogłem się nadziwić, jak szalenie urocze to jest. 

Jednak napisałem także, że "suma" słów może być czasem dziwna, np. dưa - "arbuzowate", a chuột - mysz, aczkolwiek "dưa chuột" to, uwaga, werble, "ogórek". 

Tak, arbuzowata mysz to ogórek. Więcej ciekawostek w przyszłych postach, bo jest o czym opowiadać, oj jest! 


Trochę o samym filmie

Przejdźmy teraz do filmu, a właściwie jednego z odcinków serialu "Kulinarne historie" wyprodukowanego przez HBO. Każdy z odcinków nagrali różni reżyserowie z różnych krajów. "On podaje rybę, ona woli kwiaty" (Chàng Dâng Cá, Nàng Ăn Hoa) to 52 minuty niezwykle sensualnego kina w reżyserii Phan Đăng Di, z którym miałem przyjemność spotkać się miesiąc temu przy okazji filmu "Ojciec, syn i inne historie". Nie zrobił on wtedy na mnie wielkiego wrażenia, ale nie dało mu się odmówić oryginalności. Podobnie jest w przypadku tejże produkcji.

Fabuła: film to przede wszystkim niesamowite doznania artystyczne połączone z wyjątkową kuchnią wietnamską. Reżyser skupił się na daniach rybnych, w których specjalistą okazał się jeden z głównych bohaterów - Thang. Co więcej, właśnie za pomocą wybornych dań chce dotrzeć do serca pewnej, starszej nieco od niego kobiety. Jednak okazuje się to trudniejsze niż spodziewał się tego kucharz... Kobieta jego marzeń preferuje kuchnię wegetariańską. Tutaj zaczyna się problem. 


UWAGA, SPOILERY! Myślę: 

Trzeba napisać jedno: film zbiera raczej kiepskie oceny na filmwebie (na ten moment jest to średnia 5,7), jednak to mi tylko pokazuje, że nie zawsze można sugerować się tą stroną. Otóż, ode mnie "On podaje rybę, ona woli kwiaty" (za każdym razem, gdy przytaczam ten tytuł to nie mogę się nadziwić, jaki jest piękny) to mocne 8/10. Kadry, minimalizm (okna w mieszkaniu głównej bohaterki są inspirowane obrazami Mondriana, co dodaje tylko smaku), cudowne połączenia kolorystyczne, które same zapewniłyby mi pozytywne wrażenia z seansu. Mogłabym wyłączyć dźwięk i nadal - film zrobiłby na mnie wrażenie. 

Sama historia jest niezwykle ciekawa. Opowiadając znajomym o tym filmie, wszyscy powtarzali, że przecież motyw łączenia jedzenia z miłością jest bardzo popularny. Cóż, ja z nim nie miałam jeszcze do czynienia, dlatego może tytuł okazał się dla mnie odkrywczy. Poza tym, "ona woli kwiaty" - myślałam, że te słowa odnoszą się do tego, że bohaterka od jedzenia wolałaby dostać zjawiskowe kwiaty, aby móc je położyć na stoliku w salonie. A tu klops - woli kwiaty, owszem, ale do spożycia. A i właśnie, dowiedziałam się, że kwiaty są powszechnym składnikiem wielu dań wietnamskich. Czy to nie jest cudowne? Mnie to momentalnie zauroczyło! Co prawda, dziad ze mnie straszny, bo w życiu nie zjadłam nic z wietnamskiej kuchni (jak np. sajgonki czy zupkę phở), ale mam już wypatrzone kilka książek o kuchni z omawianego kraju, między innymi "Vegetarian Vietnam". Trochę jest to marzenie absurdalne, bo jestem absolutnie beznadziejnym kucharzem, który próbował już wiele razy swoich sił w upichceniu czegoś dobrego, ale w końcu - próba nie strzelba. 

Jest to także niezwykle sensualne kino. Uprzedzam także, że nie trzeba się bać o to, czy zostały tutaj powielone stereotypy związane z płcią. Co prawda, reżyser Phan Đăng Di zaprzecza w wywiadzie dla Pięciu Smaków, że chciał w filmie przekazać lub poprzeć feminizm, jednak kto zabroni nam film interpretować na własny sposób? Bo nie ukrywam, że przez większość seansu miałam w głowie myśl, że twórcy produkcji specjalnie odwrócili stereotypowe postrzeganie kobiety i mężczyzny w podobnych gatunkach literackich czy filmowych. Dla samego tego aspektu warto zobaczyć "On podaje rybę, ona woli kwiaty". 

Na koniec chciałabym Was zachęcić do obejrzenia powyższego traileru na Youtubie. Nie trwa długo, bo ponad 30 sekund, ale ja gdy go włączyłam, miałam gęsia skórkę. Na pewno wrócę do tej produkcji któregoś dnia (może będę wtedy rozumieć wszystko i nie potrzebować napisów? do tego dążę!), a reżysera z całą pewnością będę śledzić, chociaż nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, ale o tym opowiem szerzej, gdy będę mieć więcej do powiedzenia. W końcu nadal są przede mną niektóre z jego produkcji. 

Moi Drodzy, mam nadzieję, że ciekawostki z języka wietnamskiego okażą się dla Was interesujące, bo nie ukrywam, że poetyckość tego języka robi na mnie spore wrażenie! 

Trzymajcie się zdrowo i ciepło. Do usłyszenia na dniach,
Panda Fińsko-Chińska (a może przede wszystkim wietnamska?)

Poprzednia festiwalowa pogadanka: "Córki" (Japonia)
Aktualizacja: Na dziś, 02.12.2020, osiem dni od rozpoczęcia festiwalu, obejrzałem: 
2) "Kulinarne historie: on podaje rybę, ona woli kwiaty" (Wietnam) 
3) "Czasami, czasami" (Malezja) 
4) "Wioska Ohong" (Tajwan) 
5) "Smak phở" (Polska) 
6) "Ròm" (Wietnam) 
7) "Słodko-gorzki" (Japonia) 
9) "Geran" (Malezja) 
10) "Mekong 2030" (Laos) 
11) "Kropla piękna" (Korea Południowa) 
źródło zdjęcia: imdb

Japonia: "Córki" | pogadanka

Wstęp

Xin chào! 
Dziś miała pojawić się recenzja jednego z wietnamskich tytułów, jednak musi on jeszcze chwilkę poczekać, bowiem w sobotni poranek, kiedy posprzątałam w kuchni, stwierdziłam, że w ramach odpoczynku od nauki, obowiązków domowych i własnych myśli - włączę sobie pewien japoński tytuł. A zwrócił on moją uwagę na festiwalu przez zdjęcie okładkowe (poniżej). Jest przepiękne i na tle pozostałych filmów wyróżnia się. 
Jak pomyślałam, tak zrobiłam. 

Hongkong: "Suk suk" | pogadanka


Wstęp: 

23.11.2020r. 
Xin chào! 
Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku! Wracam dziś z wyjątkową wiadomością. Biorę udział w festiwalu Pięciu Smaków (trwa od 25 listopada do 6 grudnia), czyli azjatyckiego kina! Trafiłem na to wydarzenie całkowicie przypadkowo - szukając wietnamskich filmów. Na samym festiwalu są dwa tytuły wyreżyserowane właśnie przez wietnamskich reżyserów ("Ròm" i "Kulinarne historie: On podaje rybę, ona woli kwiaty"). Później zacząłem przeglądać inne produkcje i grzechem byłoby nie wykupić karnetu! 

Dlatego zdecydowałem się na recenzowanie obejrzanych przeze mnie tytułów, a przynajmniej części z nich. Tak, będę nadrabiać zaległości. Oczywiście, w ramach recenzowanych filmów, opowiem także o moich studiach (spoiler: filologia wietnamska okazała się przeznaczeniem i miłością). 
Chcę wrócić do recenzowania i takowy festiwal spadł mi wręcz z nieba! 

Zapraszam do zapoznania się z pierwszą opinią i widzimy się na dniach!


Trochę o samym filmie i fabule: 

Niesamowite na samym festiwalu są również wywiady z reżyserami. Jeden z nich przeprowadzono właśnie z reżyserem "Suk suk", czyli Ray'em Yeungiem. Chcę napisać o dwóch rzeczach, o których powiedział. Po pierwsze: szukanie aktorów do tego filmu zajęło prawie rok, ponieważ ciężko o starszych mężczyzn (ci, którzy finalnie zagrali mają po 65-70 lat) chętnych do zagrania gejów. Ray wspomina, że jeśli już ktoś się zgodził zagrać, to odmawiał np. pocałowania drugiego mężczyzny albo trzymania się za rękę. Dlatego też poszukiwania zajęły, ile zajęły. Po drugie: reżyser miał spotkanie w jednym z liceów w Hongkongu odnośnie najnowszego filmu i wydało mi się to genialne (z jednej strony - niestety), że mógł wziąć udział w czymś takim, bo niewyobrażalnym jest dla mnie, aby coś takiego wydarzyło się w polskiej szkole. 

Dodam jeszcze, że "Suk suk" oznacza wujka, ale tym słowem zwraca się również do obcych mężczyzn, którym chce się okazać w pewien sposób szacunek. 

Fabuła: Hoi wychował samotnie syna, odszedł na emeryturę. Pak nadal jest taksówkarzem, prowadzi spokojne życie u boku żony i dwójki dzieci, i ukochanej wnuczki. Wydawałoby się, że już są spełnionymi osobami, niczego więcej do szczęścia im nie trzeba - tylko odpoczywać i cieszyć się rodziną. Jednak okazuje się, że ich spotkanie wywróci tę monotonną codzienność o 180 stopni. 

UWAGA, SPOILERY. Myślę: 

Nie będę ukrywać, że na ten tytuł szczególnie czekałam, dlatego nic dziwnego, ze festiwal zaczęłam właśnie od "Suk suk". Zaintrygowało mnie to, że mało jest (a przynajmniej ja nie obejrzałam wiele) filmów o miłości, a może samej potrzebie bycia kochanym, starszych ludzi. Poza tym - sam fakt, że akcja rozgrywa się w Hongkongu było niezwykle kuszące. 

Ten film jest oksymoronem, ponieważ moją pierwszą myślą po zakończeniu seansu było - "spokojny chaos". Spokojny, bo chemia między głównymi bohaterami, czułostki, delikatności dawały mi pewnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa i sielankowości,  a z drugiej strony - ta konieczność ukrywania siebie, swojej miłości przed całym światem była dla mnie dewastująca. "Suk suk" to historia opowiedziana drobnostkami, które widz musi wyłapywać, aby seans wzbudził emocje. Jest lekcją wyrozumiałości dla drugiego człowieka. Dlatego szczerze zazdroszczę licealistom z Hongkongu, którzy mieli okazje spotkać się z reżyserem, a moim marzeniem jest, aby i Ci polscy mieli któregoś dnia okazję na tego typu wydarzenia we własnych szkołach. 

Poza tym film obrazuje również stosunek tradycji i rodziców (swoją drogą, nie tylko azjatyckich!) do małżeństw, pozycji kobiety i mężczyzny w rodzinie, co jest przerażające i przede wszystkim - przeraźliwie smutne. Córka głównego bohatera - Paka, wychodzi za mąż. Przyprowadza rodzicom swojego przyszłego męża, z czego jej mama się cieszy, no bo w końcu córka już do najmłodszych nie należy, zatem "wypadałoby" jej wziąć ślub. Niestety, okazuje się, że takowy wybranek jest młodszy od narzeczonej, ale w dodatku nie ma pieniędzy na to, aby zorganizować wielkie wesele. Co zdaniem matki, jest bulwersujące i nie do pomyślenia. 
I właśnie - są to postaci poboczne, ale jakże dobrze budują one tło głównego bohatera! Pokazują nieszczęśliwą żonę czy problemy córki, która myśli, że tata woli jej brata niż ją. A w tym całym garnku emocjonalnych dewastacji - on, nasz bohater. Ja, jako widz, miałem ochotę ich zmusić do szczerej, otwartej rozmowy, aby mogli siebie nawzajem wysłuchać i wyrzucić to, co im leżało na sercu. Tego ewidentnie brakowało, ale da się to także wyczuć po drugiej stronie skrytego i subtelnego romansu. 

Hoi sam wychował syna, który jest bardzo religijny i chrześcijańskie tradycje chce przekazać córce, a wnuczce Hoi'a. Razem z żoną chodzą regularnie na msze. Zachęca do tego również swojego ojca. Powiedział on (syn) coś, co utkwiło mi w pamięci: "chciałbym cię odnaleźć po śmierci." - w ten sposób pragnął tatę przekonać do nawrócenia. Ogólnie rzecz biorąc, jeśli chodzi o tę relację, to była ona pełna, znowuż!, niedomówień. Z drugiej strony, zastanawiając się nad tym po seansie, to niesamowite, ile emocji, myśli i wszystkiego kryjemy przed innymi ludźmi, a właściwie - najbliższymi. 
Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że nie zawsze jest to łatwe zadanie. Tak, jak w przypadku bohaterów pięknego "Suk, suk". 


Na koniec: jeśli kogoś nie przekonuje strona psychologiczna i społeczna w filmie, to może skusi się na przepiękne zdjęcia i jedynego w swoim rodzaju urok Hongkongu? 
Wiem, że mogłem zdradzić sporo z fabuły, ale uwierzcie mi, ten film porusza mnóstwo problemów, z którymi muszą się borykać postacie na ekranie, jednak także, i miejmy to z tyłu głowy, prawdziwi, realni ludzie. Otóż właśnie, inspiracją dla reżysera do tego filmu była  książka "Oral Histories of Older Gay Men in HongKong". Jest to właściwie zbiór wywiadów, którego nie miałem okazji przeczytać (jeszcze!), jednak "Suk suk" z całą pewnością zachęcił mnie do tej lektury. 

O przyszłych recenzjach: bardzo chcę zalać Pandzię festiwalowymi recenzjami, dlatego proszę, trzymajcie za mnie kciuki, aby się udało! 
Dużo dobrego Wam życzę! 

Aktualizacja: Na dziś, 27.11.2020, trzy dni od rozpoczęcia festiwalu obejrzałem: 
1) "Suk suk" (Hongkong) 
2) "Kulinarne historie: on podaje rybę, ona woli kwiaty" (Wietnam) 
3) "Czasami, czasami" (Malezja) 
4) "Wioska Ohong" (Tajwan) 
5) "Smak phở" (Polska) 
6) "Ròm" (Wietnam) 
7) "Słodko-gorzki" (Japonia) 

    źródła zdjęć: MediumNewbloommag

Hurt & Comfort | Weronika Łodyga


Wstęp

 Xin chào!

Dziś krótko, ale konkretnie. 

Śledzę sporo kanałów na Youtube związanych z książkami, co pozwala mi być w miarę na bieżąco z nowymi tytułami na polskim rynku. Mimo to, o "Hurt & Comfort" dowiedziałam się, przeglądając jeden z Instagramów. Od razu w oczy rzuciła mi się okładka, która jest bardzo minimalistyczna, a przy tym przepiękna w swojej kolorystyce. Nic więc dziwnego, że chciałam wiedzieć o niej więcej, dlatego też poczytałam, dowiedziałam się, o czym jest, jednak w tamtym momencie stwierdziłam, że jeszcze nie, nie zamawiam tego. Poczekam. 
Dosłownie dzień później zobaczyłam ją na zaufanym dla mnie Instagramie (tzn. jeśli ta osoba poleci dany tytuł, to w 90% spodoba mi się) i w tejże recenzji debiut Weroniki Łodygi był niezwykle zachwalany. Ba! Poleciało tyle superlatywów, że więcej nie trzeba było, abym złożyła książkowe zamówienie. Żadnego czekania! 

Minirecenzje: 3 wietnamskie filmy


Wstęp 

Xin chào!
Nie byłabym sobą, gdybym angażowała się w naukę języka wietnamskiego, a przy tym nie obejrzała żadnego filmu z tamtego kraju lub nie przeczytała żadnej książki (jednak z tym na polskim rynku jest niemały problem, dlatego dopiero do mnie takowe idą z Anglii). 

Nie będę kłamać. Z kinem wietnamskim nie miałam praktycznie do czynienia. Tytuł, jaki mogłabym jeszcze tydzień temu wymienić, to jedynie skromna "Trzecia żona", a poza tym - guzik wiedziałam, co się działo/dzieje u nich w kinematografii. Powoli to zmieniam, co strasznie mnie intryguje, bo uwielbiam produkcje nietypowe (nie do końca wiem, czy to odpowiednie słowo) i niepopularne. 

Nie ukrywam też, że chętnie będę się dzielić w najbliższych miesiącach tytułami wietnamskimi. Dziś mam okazję przedstawić Wam trzy różne od siebie produkcje. Umieściłam je w kolejności; od najgorszego filmu do najlepszego (oczywiście, wszystko subiektywnie). Dlatego serdecznie zapraszam Was do czytania! 


"Trzecia żona" / 2018 rok

Dostępny na HBO GO! 

Fabuła: Akcja dzieje się w XIX wiecznym Wietnamie. Poznajemy młodziutką May, która zostaje tytułową trzecią żoną bogatego właściciela ziemskiego. Dziewczyna jednak zmuszona jest ukrywać pewien sekret. 

Moja opinia: To, co trzeba przyznać temu filmowi to fakt, iż cieszy oko. Kadry, kolory, światło - robi wrażenie i dzięki temu miło brnęło się przez seans, który, swoją drogą, nie trwa długo, bo zaledwie 96 minut. 
Fabularnie nie robi szału. Wydaje mi się, że z takiej historii można było spokojnie wyciągnąć coś więcej, np. rozwinąć poboczne wątki, chociażby dwóch poprzednich żon, ponieważ o nich nie dowiadujemy się zbyt wiele. Poza tym, nasza główna bohaterka boryka się z pewnym problemem. Zależy jej na tym, aby urodzić chłopca, bo to umocniłoby jej pozycję w rodzinie. Ten przerażający wątek, który oczywiście jest faktem historycznym i wiele chińskich filmów, jak popularne "Zawieście czerwone latarnie" ukazują go. Jednak mam wrażenie, iż tutaj i to zostało potraktowane pobieżnie. Dlatego, jak widzicie, wszystko w tym filmie, oprócz zdjęć, wzbudza poczucie niedosytu, który jest frustrujący. 

Uwaga! To będzie dziwne, ale mimo wszystko, polecam ten film. Jak wspomniałam, nie trwa długo, ale wydaje mi się odpowiedni na rozpoczęcie swojej przygody z kinem azjatyckim, bo wtedy może on wzbudzi lepszy, bardziej satysfakcjonujący odbiór niż osobie "siedzącej" we wschodniej kinematografii.  A po drugie, stroje i wietnamskie krajobrazy też robią swoje. 

Warto jednak zaznaczyć, że dla reżyserki Ash Mayfair "Trzecia żona" jest debiutem! 


"Goodbye Mother" / "Thưa Mẹ Con Đi" / 2019 rok


Fabuła: Van po dziewięcioletnim pobycie w Stanach Zjednoczonych wraca do swojej rodzinnej wioski w Wietnamie. Spotyka się ponownie ze swoją rodziną, m.in. z babcią chorującą na demencję, którą bardzo kocha, ale ta go nie poznaje. Jednak przyprowadza ze sobą Iana - Wietnamczyka wychowującego się w Ameryce. Mężczyźni nie przyznają się do tego, że łączy ich coś więcej niż przyjaźń. 

Moja opinia: Zacznijmy od tego, że film można znaleźć na Netflixie, ale na tym anglojęzycznym, na polskim nadal nie jest dostępny. W ogóle nie wiem, czy też to zauważyliście: na polskim Netflixie nie ma wielu, wielu, WIELU tytułów, które spokojnie można obejrzeć zagranicą. Niestety "Goodbye Mother" należy do tej listy. 

Największym plusem "Thưa Mẹ Con Đi" jest niewątpliwie relacja pomiędzy Vanem i Ianem, co zapewnia widzowi zaangażowanie emocjonalne w historię i perypetie głównych bohaterów. Poza tym, dialogi też zostały świetnie napisane. Nie tylko są zabawne, ale także inteligentne, pełne uczuć i przede wszystkim - realne. Co mam przez to na myśli? Ano to, że ja wierzę w pokazywane mi postacie. 
Musimy jednak coś sprostować. Przedstawia się ten film (np. na imdb) jako komedię, a dopiero potem wymienia się takie gatunki jak dramat czy romans. Mimo to, uważam, że sprawa ma się tak, jak w przypadku tajwańskiej produkcji "Dear Ex", gdzie sugeruje się widzowi poprzez tytuł (mam na myśli polski: "Czyim mężem był mój eks?"), że wchodzicie w seans, podczas którego będziecie się w większości śmiać. A jest na odwrót. "Goodbye Mother" to film poruszający niezwykle ważną i delikatną kwestię, jaką jest strach przed odrzuceniem. Dlatego ostrzegam przed tym! 

Czy polecam ten film? Jak najbardziej. Co prawda, myślałam, że bardziej mną poruszy na końcu, bowiem sądzę, iż zakończenie jest mocno przeciętne, ale! Bezdyskusyjnie uważam go za dobry i wart obejrzenia. Nawet ze względu na samą kreację postaci, która w tym przypadku jest na piątkę z plusem.

Dodatek: Pochwalę się także, że dzięki "Goodbye Mother" znalazłam na YouTube ciekawy, wietnamski kanał zajmujący się recenzją filmów. Jeśli ktoś ma ochotę posłuchać tego pięknego języka, to odsyłam tutaj: Phê Phim  (wystarczy kliknąć w nazwę po lewo!) 


"Rykszarz" / "Cyclo" / "Xích lô" / 1995 rok 

Fabuła: Film opowiada o młodym, ubogim rykszarzu, któremu pewnego dnia skradziono rikszę, przez co jego losy łączą się z miejscowym gangiem. 
W tle widz obserwuje także historię siostry głównego bohatera. Dziewczyna zmuszona jest pracować w najstarszym zawodzie świata. 

Moja opinia: Nie znoszę tego uczucia. Po prostu nie mogę przetrwać, kiedy coś tak strasznie mi się podobało, a w sumie to nawet ciężko jest mi napisać dlaczego. Czy to była kwestia kadrów? No, raczej nie, bo nie wyróżniał się pod tym względem (inna sprawa, jeśli mówimy o jakości - tak, to mam wrażenie jest dobrym zaskoczeniem jak na tamte lata). Może zarys fabularny? Też nie do końca. Jasne, brzmiało dla mnie intrygująco już od samego początku, ale nie sądzę, żeby to właśnie ono było prowodyrem mojego zachwytu. 
W chwili, gdy jestem prawie tydzień po seansie przychodzi mi do głowy jedno słowo - symbolika. Symbolika, drugie dno, ciekawie rozpisane postacie - ta mieszanka jest idealną mieszanką dla mojego mózgu emocjonalnego. Moi Drodzy, ten film nie jest łatwy. Ale zapewniam - jest wyjątkowy, o czym mogą minimalnie świadczyć powyższe zdjęcie i zdjęcie główne tego postu. 
Szczerze pisząc, doceniam "Rykszarza" coraz bardziej wraz z upływem dni. Bo jednego nie mogę odmówić, myślę o nim cały czas! 

Tony Leung (znany m.in. z "Spragnieni miłości", "Chungking Express" i "Ostrożnie, pożądanie" - wszystkie te tytuły są genialne, polecam) - to hongkońskie nazwisko sprawiło, że gdy zobaczyłam je na tle wietnamskich słów, to nie zawahałam się ani chwili, aby obejrzeć "Rykszarza". Poza tym, miło usłyszeć język wietnamski w jego wykonaniu! Myślałam, że może potrafi mówić w tym języku, dlatego wystąpił w "Cyclo", ale potem dotarłam do jednego z wywiadów, gdzie padają następujące słowa: 

"There was another film where I had to speak Vietnamese. It’s horrible! [laughs] I have to memorise all the words because I don’t understand them. " Parafrazując: musiał nauczyć się słów na blachę, bo ich po prostu nie rozumiał. (a nawet było tak z mandaryńskim! czyli urzędowym językiem Chin, ponieważ dla Tony'ego ojczystym językiem jest kantoński).  


Na sam koniec chcę tylko wyrazić swoje zauroczenie wyglądem aktora (Le Van Loc), grającego główną rolę w "Rykszarzu", czyli w jedynym tytule w życiu, w jakim wystąpił. (niestety)

Tyle miałam do przekazania. Kino wietnamskie zrobiło na mnie wrażenie już od samego początku, więc proszę się spodziewać więcej takich minirecenzji! 
A teraz zabieram się za czytanie, bo zakupiłam ostatnio książkę "Hurt & Comfort" Weroniki Łodygi i nie mogę się doczekać, aż o niej co nieco napiszę na Pandzi! 

Trzymajcie się ciepło, 
Panda Fińsko-Chińska (i wietnamska) 

Zaczytana i bestia | Ashley Poston



Dzień dobry, 早安, hyvää huomenta, a teraz także - xin chào!

"Zaczytana i bestia" to, jak się domyślacie, retelling "Pięknej i Bestii", a zarazem trzecia książka Ashley Poston. Tworzą one uniwersum Starfield, czyli coś podobnego do naszych Star Wars, i właśnie to łączy wszystkie tytuły napisane przez panią Poston. Zatem w głowie może się pojawić pytanie, czy należy zacząć od konkretnej książki (tzn. "Geekerella", która nawiązuje do Kopciuszka oraz baśń o Księciu i żebraku jako "Księżniczka i fangirl")? Otóż, moja odpowiedź brzmi - nie, nie trzeba. Śmiało można chwytać chociażby po tę część bez znajomości poprzednich tytułów! 


Słów kilka o tym, jak ją zdobyłam 

Słyszałam o niej dużo, bo na bookstargramie czy booktubie pojawiało się recenzji tyle, co grzybów po deszczu, ale nie miałam w planach zamawiać jej, bo listę i tak miałam zapełnioną innymi książkami. Ale! Come.book zorganizowała rozdanie, w którym można było wygrać "Zaczytaną i Bestię", więc myślę sobie, czemu nie? A temat był fajny, bo należało napisać o naszej ulubionej animacji i dlaczego akurat ona jest dla nas specjalna (ja wybrałam "Mulan"!). Udało mi się, dostałam ją, przyszła, przeczytałam i teraz chcę wypowiedzieć się o niej krótko. 
Dlatego pozwolę sobie przytoczyć słowa, które pozwoliły mi zapoznać się z omawianym tytułem! 


Mulan okazała się moim podświadomym marzeniem, który miałam odkryć dopiero w liceum. (Wcale nie chodzi o to, żeby latać z mieczem po wsi, ale kto tam wie.) Nie umiałam czytać, babcia zawiązywała mi sznurówki, a już wtedy "Mulan" mogłabym spokojnie recytować. Podziwiałam w niej wszystko; począwszy od odwagi. Ale później - po prostu odeszła w zapomnienie, co było totalnie naturalne. A jeszcze naturalniejszym wydaje mi się fakt, że od trzech lat marzę o tym, aby zostać sinologiem. Może naiwnie, ale wierzę w to, że już będąc brzdącem chińska kultura przylegała do mnie, fascynowała i została mi pisana, bo nic nie sprawia mi tyle radości, co czytanie o tym odległym kraju. Dlatego "Mulan" jest moim symbolem przeznaczenia, a kiedy moje samopoczucie to dno, oglądanie tejże animacji ma mi przypominać, do czego dążę. Jest mi potrzebna szczególnie w obecnym czasie, czekając na wyniki matur, na ogłoszenie, na jakie studia się dostałam i czy będę mogła na nich rozwijać swoje zamiłowanie. Mulan jest też skrzydłami, jakkolwiek trywialnie to brzmi.

Co prawda, na sinologię muszę jeszcze poczekać, ale nie ukrywam, że ważny jest dla mnie ten tekst, dlatego chcę go na Pandzi na pamiątkę! 

W każdym razie, zapraszam już do recenzji. ☺ 

Fabuła

Książka ma narrację dwutorową. Z jednej strony poznajemy Rosie Thorne, która jest totalnym nerdem i introwertykiem. Jednak pewnego dnia jej przyjaciele - Quinn i Annie - zabierają ją na konwent, gdzie nastolatka poznaje tajemniczego cosplayera. Momentalnie między nimi zaczyna iskrzyć, ale następnego dnia słuch po nim ginie, a ona nawet nie zapytała o jego imię, a co dopiero o jakikolwiek kontakt. Dlatego zmuszona jest o nim zapomnieć. 

Z drugiej strony poznajemy Vance, czyli siedemnastolatka, który jest wielką gwiazdą filmową. Jego ojczym jest szefem wytwórni Starfield, a z mamą nie ma najlepszego kontaktu. Ma jej za złe wiele rzeczy, jak np. to, że kiedy wybuchnął skandal z nim na czele, ona nie zrobiła nic w jego obronie, aby zatrzymać ojczyma przed wysłaniem Vance'a na odludzie. Tam chłopak musi spędzić kilka tygodni z jego managerem Eliasem , aż do czasu ukończenia osiemnastego roku życia. 
Nie spodziewa się, że przez absurdalny splot wydarzeń, pozna Rosie Thorne, która de facto, posiada jego plakat nad łóżkiem. 

No i, co myślę? 

Ciężko nie zacząć od wizualnej strony, bo wydana została po prostu bajecznie. Kiedy tylko przypomnę sobie o tej książce, to muszą ją wziąć w ręce i jeszcze raz - przyjrzeć się jej. Tytuł na przodzie okładki czy z boku jest holograficzny, co z pewnością wyróżnia się na tle innych wydań na mojej półce. Poza tym, rysunki na początkowych stronach były miłym zaskoczeniem. W związku z tym, wydawnictwo dostaje ode mnie 6+ za możliwość nacieszenia oka! 

Nie wiem dlaczego, ale ciągnie mnie do młodzieżówek w ostatnich miesiącach. Tę książkę super mi się czytało po pracy. Byłam zmęczona po całym dniu, a mimo wszystko, okrywałam się kocykiem w salonie, robiłam sobie herbatkę i mogłam się skupić na historii, bo nie jest ona wymagająca. Przeczytałam ją w ciągu trzech dni, ale! Myślę, że gdyby mnie bardziej wciągnęła, to spokojnie wystarczyłby dzień, aby się z nią zapoznać w całości. No właśnie, gdyby tylko historia mnie zaangażowała. 
Dużo nad nią myślałam, aby dobrze przekazać moje uczucia względem niej i dochodzę do jednego wniosku. Gdyby akcja skupiałaby się na pobocznych bohaterach, a nie głównych - to bardziej by mnie to zaangażowało. Nie mogę ukryć, że Vance i Rosie działali mi na nerwy, napiszę to wprost, bez żadnych eufemizmów. Pojawiały się przebłyski, kiedy byli jeszcze do przetrwania, np. scena w szopie, ona była akurat urocza! Aczkolwiek nadal nie zmienia to tego, że chętniej poczytałabym o tacie głównej bohaterki (którego jej przyjaciele nazywali "Kosmicznym tatą", co mnie urzekło, jak cała jego osoba), bo to właśnie na akcje z nim wyczekiwałam. 
Historia jest przewidywalna, ale wcale nie ujmuje to książce. Czasami takie rzeczy są potrzebne, nie zawsze trzeba czytać wybitnych tytułów i w żaden sposób nie jest to gorsze/lepsze. Mimo to, cieszyłam się przy ostatnich stronach. Nie tym, jak zakończyły się losy Rosie i Vance'a, ale że w ogóle dobrnęłam do końca. 

O czymś jednak muszę jeszcze wspomnieć. Jestem wrażliwa na pewne kwestie i tematy. Dlatego, gdy zobaczyłam, że tłumaczka wprowadziła czasowniki w formie "zaczęłobym", "powiedziołom", itd. to przyklasnęłam. Już tłumaczę. W języku polskim jest niemały problem z zaimkami dla osób niebinarnych. W języku angielskim używa się zaimków they/them. A w "Zaczytanej i Bestii" to Quinn jest takim człowiekiem, więc jestem naprawdę zadowolona, że tłumaczka nie poszła na łatwiznę. I jasne, są to normalne rzeczy, które nie powinny robić wrażenia, a mimo to, nie spotkałam się jeszcze w literaturze po polsku z przytoczonym przeze mnie zabiegiem. 

Z przykrością muszę skończyć tę recenzję, ale nie jestem zachwycona najnowszą pozycją od Ashley Poston. Jasne, jest dobra do poczytania po męczącym dniu, ale nie uważam, aby to była najlepsza młodzieżówka, jaką przeczytałam w swoim życiu. Co więcej, raczej musiałam się do niej zmuszać niż faktycznie czerpać radość z czytania. Ale wciąż - wygląda przepięknie na półce! 
Nie polecam, niestety, jednak jestem wdzięczna za możliwość zaspokojenia mojej ciekawości. 


Na koniec - chwalę się ostatnim, lalkowym zakupem. Tym razem V z Mattela, który wygląda po prostu cudowanie i w dodatku ma na sobie ciuchy, jakie sama chętnie założyłabym. Dlatego też, mam kolejnego, pięknego towarzysza na biurku! 

sách - książka
búp bê - lalka

Wszystkie zakładki, które widoczne są na zdjęciu, są autorstwa spells.book i uwielbiam je! 

Ściskam Was ciepło, 
Panda Fińsko-Chińska (i wietnamska, a co!)

Panda Wietnamska

  
Dzień dobry wszystkim! 
Dziś przychodzę z kilkoma informacjami, co się ze mną działo i dzieje. Jest to trochę aktualizacja wpisu z maja [o, ten], gdzie ekscytowałam się studiami i nadal miałam przed sobą maturę, dlatego wszystko było takie niepewne i otwarte. Za to od kilku dni - wiem, na czym się skupię przez następny rok. 

Królowie Dary | Ken Liu

 

"Jednak mlecz nigdy nie jest arogancki, jego kolor i zapach nigdy nie przyćmiewają innych kolorów i zapachów. Ma szerokie zastosowanie praktyczne, jego liście są pyszne i leczą, a korzenie rozpulchniają zbitą glebę, więc zachowuje się jak pionier względem bardziej delikatnych kwiatów. Jednak najlepsze w jaskrze jest to, że żyje w ziemi, lecz marzy o niebie. Kiedy jego nasiona poniesie wiatr, mlecz dotrze dalej i zobaczy więcej niż rozpieszczone róże, tulipany czy nagietki." 

Dzień dobry, 早安, hyvää huomenta!
Już nie mogę napisać, że nie jestem fanem fantastyki i że ten gatunek jest nowością na moich półkach, bo na przestrzeni ostatnich miesięcy dużo się zmieniło w temacie czytanych przeze mnie książek. Zatem po fantastykę sięgam coraz częściej i co najważniejsze, coraz chętniej. A w momencie, w którym ma ona związek z Chinami, to staje się ona pozycją obowiązkową na mojej liście. 

Niedawno było o science fiction "Problem trzech ciał" autorstwa Cixina Liu, czyli niełatwa, a zarazem szalenie inteligentna pozycja. Dlatego nic dziwnego, że gdy moja siostra odebrała zamówione przez nią książki i przedstawiła mi jeden z tytułów, na którym widniało chińskie nazwisko (jak się potem okazało, Ken Liu jest Amerykaninem chińskiego pochodzenia), to nie zawahałam się, aby po niego chwycić. 

Moi Drodzy, pierwsze wrażenie - będzie dobrze. Po pierwsze na okładce widnieje informacja, iż autor jest laureatem takich nagród jak Hugo, Nebula czy World Fantasy Awards, więc nie są to przelewki. Na stronach początkowych Ken Liu dziękuje babci za zapoznanie go z historią dynastii Han - kolejny plus, bo zapowiadają się nawiązania do bogatej historii Chin. Dlatego ja pełna ekscytacji przewracam kartkę, a tam uwagi o wymowie, które dodają, nazwijmy to, profesjonalizmu lekturze. Tuż obok informacji widnieje piękny i zapewne symboliczny obrazek z dmuchawcem. 
Moje pytanie brzmiało: Właściwie, co mogłoby pójść nie tak? 

No cóż, jednak mogło. 


Krótko o fabule

"Królowie dary" to pierwsza część z serii "Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu". Poznajemy w niej odważnego i żyjącego bez większym zobowiązań Kuniego Garu, który w pewnym momencie będzie musiał połączyć siły z mocno zbudowanym i zdyscyplinowanym Matą Zyndu. Zostają zmuszeni do współpracy, aby razem przeprowadzić rewolucję przeciwko obecnemu cesarzowi i jego niesprawiedliwym oraz okrutnym rządom. Jednak nie wszystko idzie po ich myśli. 

Co myślę? 

Zaczniemy miło, ponieważ to, co rzuca się w oczy to bogate i piękne słownictwo czy porównania, które tworzą zapierające dech w piersiach i zresztą, godne fantastyki, opisy. Dlatego też z łatwością mogłam sobie wyobrazić przedstawiane przez autora miasta, a panująca w nich bieda była wręcz namacalna. 
Co dziwne, postaci to już nie dotyczy. Ken Liu wprowadza je masowo do książki i czasem tak jest, że autor musi na początku obładować swoje dzieło bohaterami, ale z każdą kolejną stroną czytelnik przywyka do nich, przywiązuje się albo ich zapamiętuje. W przypadku "Królów Dary" gubiłam się non stop, a nie czytałam tego wieczorami lub nocą, aby nie móc się skupić wręcz przeciwnie, miałam dogodne warunki, więc dałam z siebie, ile mogłam, by zrozumieć tę historię i kontrolować, co się dzieje. Mimo to, tego było dużo za dużo, przez co nudziłam się, bo jak zaangażować się w postać, skoro ona nie ma nic do zaoferowania? Co więcej, niestety żadnego z głównych czy pobocznych osób nie polubiłam. Czy to jest grzechem literackim? Nie wiem, jest to kwestia sporna, czy aby książka była dobra, to musi mieć dających się lubić bohaterów, czy samych antagonistów (aczkolwiek nie jestem w stanie wymienić ani jednego tytułu, w którym pojawiłaby się taka sytuacja.) 
Co nie zmienia faktu, iż wydaje mi się, że Liu tego nie planował. Ja mam wręcz wrażenie, że on stworzył swoich bohaterów z myślą, aby ich uwielbiać, co nie jest żadnym zarzutem. Może po prostu mijam się mocno z charakterami postaci (czy to w takim razie nie świadczy o ich jednolitości? Gdy teraz nad tym myślę, to uważam, że były na "jedno kopyto", przewidywalne i do tego stereotypowe, dlatego cofam to zdanie - stąd wynikają moje odczucia.) 

"Zanim zacznę kwitnąć, wszyscy inni giną. Chociaż samotny to zaszczyt, jest wielki i heroiczny, idealnie pasuje do dziedzica marszałka Cocru. Pieśń chwali chryzantemę, nawet raz nie wspominając jej nazwy. Jest piękna." 


Niestety, nie da się ukryć, że również postacie kobiece kuleją w tej książce. Co i tak moim zdaniem, brzmi eufemistycznie, ponieważ tam nie ma żadnej dobrze wykreowanej kobiety, nie wspominając już o tych głównych rolach. Jeśli zastaniemy bohaterkę, to zwykle zachodzi ona albo w ciążę, albo zajmuje się zielarstwem, albo proponuje mężowi, aby drugi raz ożenił się, bo tak będzie lepiej, a potem jest zazdrosna, kropka. Jestem mało-odporna na takie kwestie, więc czasem musiałam przerwać lekturę i ochłonąć, przetrawić i uzbroić się na (tak podejrzewałam) kolejne, podobne sceny. 

Inna kwestia: autor, jak wiele twórców związanych z Chinami, przemycał czasem aluzje do rządów Mao Zedonga i okresu jego panowania. Co dla osoby zainteresowanej tamtejszymi regionami wyłapywanie takich "smaczków" było urozmaiceniem. Tym bardziej, że z jednej strony mieliśmy historię bazującą na dynastii Han, a tu jeszcze wpadały niuanse rażąco przypominające wydarzenia z XX wieku. Jeden z małych przykładów: 

"Zlecone przez Mapiderego palenie ksiąg i tracenie uczonych najmocniej uderzyło właśnie w Haan. Nie opłacano już szkółek w chatach i nikt z nich nie korzystał, wiele prywatnych akademii w Ginpen zamknięto, a kilka pozostałych stało się jedynie cieniami swojej dawnej chwały, gdzie uczeni bali się podawać prawdziwe odpowiedzi i jeszcze bardziej zadawać prawdziwe pytania." 

Dlatego jest mi holendernie przykro, że książka o wielkim potencjale została jedną z najgorszych, jakie ostatnio miałam okazję przeczytać. Patetyczność zamieniała się w ośmieszenie i zwiększające się pogrążenie "Królów Dary". 

I już trochę żartem pisząc, cieszę się, że to nie ja wydałam pieniądze na ten tytuł! 


Kończąc

Raczej nie chwycę po kolejny tom, bo pierwszy nie kończy się w jakimś szczególnym momencie, który zachęcałby czytelnika po kontynuowanie serii, ale kto wie. Może kiedyś przywędruje do mnie przypadkiem, a ja z czystej ciekawości (i nieco głupoty z niewyciągania wniosków) wezmę się za "Ścianę burz". 
Naprawdę ładnie i starannie są te książki wydane, więc jeśli ktoś docenia najmniejsze detale wizualne, to powinien być bardzo zadowolony. Co nie zmienia faktu, że jestem z lektury zawiedziona i przychodzi ten rzadki moment, kiedy muszę napisać, że NIE POLECAM tejże pozycji. 

Mam nadzieję, że Wy trafiacie na same perełki, bo u mnie jest z tym ostatnio średnio! Trzymajcie się ciepło i zdrowo, 
Panda Fińsko-Chińska 

Trzecia z mojej rupieciarni

Dzień dobry wszystkim! 大家好!

Uważał, że „Kruki nad łanem zboża” to wyraz najczystszej samotności połączonej z brakiem zrozumienia ze strony otaczających osób. Dlatego nigdy na niego nie spoglądał z pełną świadomością. Raz, gdy nie zdołał opanować płynącej refleksji, która była skrajnie melancholijna, zrozumiał Vincenta. Przynajmniej tak mu się wydawało. Może było to wynikiem chęci odnalezienia kogoś, kto zrozumiałby jego stan psychiczny? A jaki jest łatwiejszy sposób na poczucie jedności z drugim człowiekiem niż ubogacenie biografii zmarłego poprzez dorzucenie własnej interpretacji?

Wpatrywał się w kontrastowe kolory, na ekspresyjne pociągnięcia pędzlem oddające wrażliwość Holendra. Ivo wyobrażał sobie swoje ciało pod krukami. Czuł na dłoniach taniec źdźbła pszenicy, a w głowie ciężar myśli van Gogha. Czy wiedząc, co robił źle, dostałby więcej otulających słów od mieszkańców Arles? Czy wtedy samotność mogłaby się stać wyborem, a nie koniecznością?

Myślał „Vincent”, ale tak naprawdę tożsamość tego artysty była równoznaczna z jego własną. W związku z tym, pytanie, czy koniec van Gogha wyglądałby inaczej, gdyby ludzie nie wywoływaliby w nim wstydu bycia takim, jakim był?, w rzeczywistości oznaczało, czy spokojniej zasypiałby, gdyby ON żył bez wiecznej krytyki jego osobowości i zamiłowań?

Gdybanie stawało się męczące. Męczyło, bo uświadamiało, a nie wolno egzystować bez fantazyjnej mgły. Lepiej mieć obsesje, lepiej myśleć całymi dniami o szyciu dla lalek, lepiej nie oddawać się społecznym regułom cicho mówiącym, że oryginalność i ekscentryczność jednostki nie wymaga pochwał i zwykłej serdeczności. Inność to nie wariactwo. To po prostu rzadkość spotykania czegoś. Nie jest to bardziej niebezpieczne albo mniej atrakcyjne. Nie jest to ani bardziej, ani mniej.

Kruki doprowadziły go do łez. Wystraszył się, że zdania pocieszenia to jedynie utopijna wizja. Albo nielegalna próba usprawiedliwiania swojego dziwactwa.

Dlatego słowa Unikko wpłynęły na niego rewolucyjnie. Samo istnienie zielonej osoby było wstrząsające. Nie z racji tego, że skórę miał koloru trawy. Nie, nie, nie. To bez znaczenia. Unikko objął jego indywidualność i pokochał, nie sądząc, że jest dziwna tylko piękna. Co najważniejsze, nie musiał za to dziękować, a wręcz nie powinien.

Mimo to, sądził, iż nadal spokojniej nie spoglądać ani nawet nie przypominać sobie o tym obrazie Vincenta. Łatwiej funkcjonował bez emocjonalnie poważnych rozważań, które stały się synonimem walki.

O tekście słów kilka

Od marca piszę "coś większego". Idzie mi to powoli, robię sobie do tego playlisty na Youtubie, dużo notatek tworzę, bo takie rzeczy powymyślałam, że teraz muszę zaczytywać się w historię Meksyku, ale może to i dobrze, bo to kraj z ciekawymi tradycjami. 
To, co tutaj udostępniam, to pierwszy fragment, który napisałam. Jest próbą. Jak to wszystko! 

Odkrycie tygodnia: 

"Portret Jana Stryjeńskiego" został namalowany przez mamę Jana - Zosię Stryjeńską. Zaskakuje mnie to, iż obraz powstał w 1938 roku, mimo to wygląda bardzo współcześnie. Dodam jeszcze, że prawdopodobnie to wstyd, ale nigdy wcześniej nie słyszałam o tej artystce. A jestem nią zaintrygowana! 
Trzymajcie się ciepło,
Panda Fińsko-Chińska

Recenzja koreańskiej dramy: Wise Prison Life

"I hope the exit is joyful. And I hope never to return." Frida Kahlo

Znane też jako: "Prison Playbook", "Seulgiroun Gamppangsaenghwal" lub "Smart Prison Living"  
Reżyseria: Shin Won Ho 
Scenariusz: Jung Bo Hoon, Lee Woo Jung  

Dzień dobry wszystkim 大家好

Coś o tych dramach 

Uwielbiam dramy. Przygoda z nimi zaczęła się u mnie na początku pierwszej klasy liceum, czyli około trzy lata temu. Zarywałam wtedy noce dla tajskich dram, bo to właśnie one rozpoczęły śnieżną kulę miłości do azjatyckich seriali. Później przeniosłam się nieco na chińskie i tajwańskie tytuły, a w ostatnich tygodniach kręcę się wokół tych koreańskich. I dziś jedną z nich do Was przychodzę. 

Problem trzech ciał | Cixin Liu


Dzień dobry wszystkim! 
Dziś przychodzę z książką, na którą polowałam od dobrych kilku miesięcy, ale albo odnajdywałam ciekawsze pozycje, albo po prostu - zapominałam o niej. Aż pewnego, cudownego, chyba kwietniowego dnia znalazłam ją przypadkiem po takiej taniości, że szkoda było nie wziąć. No to wzięłam, przeczytałam i chcę napisać kilka słów o niej, bo wydaje mi się, że jest warta uwagi. 
"Problem trzech ciał" zrobił wokół siebie dużo szumu m.in. w Stanach Zjednoczonych. Ja przeczytawszy słowa "chińska fantastyka", wiedziałam, że ta granatowa okładka prędzej czy później trafi na moją półkę. Dopiero kiedy do mnie dotarła i zapoznałam się lepiej z tematem, to nie ukrywam, nieco się zniechęciłam. Książka jest z gatunku science fiction, z którym nigdy nie było mi po drodze. Ale, mleko się rozlało, a "Problem trzech ciał" uśmiechał się do mnie codziennie z biurka, więc trochę z obowiązku, trochę z ciekawości, zaczęłam czytać. 

Dwa filmy o malarzach

"nagie stany duszy w chwilach, kiedy wszelki głos rozumu milknie" 

Gadam o sobie, a kot śpi na moim łóżku


"Szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, kiedy się ją dzieli."


Cześć, dzień dobry!
Dziś trochę o tym, co się u mnie dzieje, co czytam, oglądam i pewnie jeszcze więcej o Felku, czyli nowym kocie w naszym domu. O lalkach też będzie, ale dla nich szykuję osobny post, obiecuję! O moich lalkowych "Dzidzioszkach" też jest dużo do opowiedzenia i pokazania, bo ciągle robię im zdjęcia, więc w bliższej lub dalszej przyszłości pojawi się taki wpis. 

"Więcej niż myślisz" faktycznie jest czymś więcej


 

Słowem wstępu

Dzień dobry wszystkim 大家好
W przerwie od nauki języka angielskiego przychodzę dziś z recenzją filmu, który dostępny jest na Netflixie. "Więcej niż myślisz" (lub w oryginale "The half of it") jest kolejną młodzieżówką na Pandzi, mimo że tak strasznie wyrzekam się tego gatunku. Na swoje usprawiedliwienie mogę napisać: to był czysty przypadek. 

Zresztą, 
bardzo miły przypadek. 
 
Zacznijmy od kwestii formalnych:  Premiera tejże produkcji miała miejsce 1 maja bieżącego roku, więc jest świeżynką. Zalicza się ją do komedii romantycznych, a za scenariusz jak również reżyserię odpowiada Alice Wu, która ma na swoim koncie zaledwie dwa filmy. Omawiany dziś "Więcej niż myślisz", ale także "Zachować twarz" z 2004 roku, który, swoją drogą, zbiera na Filmwebie dużo lepsze oceny. 

Fabuła: Ellie jest wzorową uczennicą. Zdobywa same najlepsze oceny, dlatego jej rówieśnicy walą do niej drzwiami i oknami, żeby napisała za nich wypracowania. Ona na tym korzysta, bo niemało ceni sobie każdą taką pracę. Jednak pewnego pięknego, cudownego dnia przychodzi do niej futbolista, Paul z misją specjalną. Chce, aby Ellie napisała dla niego list miłosny. 
Robi to, aczkolwiek na jednym liście się nie kończy. 


Emocjonalny bełkot

"Więcej niż myślisz" będzie mi się kojarzyć z zaskoczeniem. Wielkim, ogromnym zaskoczeniem, gdy coś, co kliknęłam spontanicznie, nawet nie zastanawiając się, czy mam na to ochotę czy nie, okazało się naprawdę dobrym, a przede wszystkim przyjemnym filmem. 
Czy jest on odkrywczy? Absolutnie nie. Czy jest banalny? Myślę, że tak. A mimo to, nie mogłam oderwać się od ekranu, co jest dla mnie niewytłumaczalnym zjawiskiem, żeby komedia romantyczna tak przypadła mi do gustu. 

Jednak potrzebne są konkrety. Bardzo podobały mi się tła rodzinne trzech głównych bohaterów. Każdy z nich ma inną sytuację w domu. Ellie, która jest chińskiego pochodzenia, urodziła się w Xuzhou, zamieszkała z tatą w Ameryce. Jej mama nie żyje, tata czuje dysforię z powodu bariery językowej. Paul musi przejąć biznes rodzinny. W innym razie zawiedzie swoją ukochaną mamę. Aster wychowuje się w bardzo religijnej rodzinie, a w dodatku tata jest wyjątkowo surowym rodzicem. Te większe i mniejsze zarysowania sprawiały, że łatwiej było mi wczuć się w sytuację danego bohatera, a w przypadku kwestii romantycznych - dodawało to niejako pikanterii. Co jest, wydaje mi się, wielkim plusem w tego typu gatunkach literackich/filmowych. 


Jak już przy tym jesteśmy. Uwielbiam postacie, które tutaj wystąpiły (główni bohaterowie - świetnie zagrani, ale do pobocznych niestety można byłoby się przyczepić w wielu kwestiach). Polubiłam i Ellie, i Aster, i przeuroczego, przekochanego Paula. Wiadomo, nie są to tak zarysowane ikony, aby doszukiwać się w nich większej głębi czy czegoś podobnego. Właściwie bazują na pojedynczych cechach, ale to jest przyjemne, niewymagające i z jaką łatwością przyszło mi bohaterów polubić! Innymi słowy, białe jest białe, czarne jest czarne i bez szarości po drodze. Mnie to jak najbardziej odpowiada, gdy mówimy o nieangażujących produkcjach, które mają nam dać rozrywkę, miło odciągnąć od rzeczywistości, ale żeby utkwić na tydzień w głowie czy rozmyślać nad nimi - no nie. Dlatego uważam, że jest to dobry tytuł na niedzielny wieczór, kiedy chcemy się troszkę pośmiać i pójść spokojnie spać. Chociaż ja przyznaję, że tak się zaangażowałam w historię, że na końcu płakałam, ale myślę, że jest to skrajny przypadek. 


Jeśli chodzi o koniec. Cóż tu dużo pisać, zawiódł mnie. Był strasznie zrobiony, jakby trochę na odwal się, czego strasznie nie mogłam przeżyć. Tutaj nie do końca adekwatnym jest określenie "happy ending" czy "sad ending". Jest to raczej gdzieś po środku i jasne, czasem zakończenia, które sami mamy sobie dopowiedzieć są fajne, dodają uroku, ale przy tym tytule, według mnie, jest to wyjątkowo nietrafione. Co prawda, podczas ostatnich ważnych, puentujących kwestii moją reakcją były łzy, ale ich następstwem stało się obojętne "meh". Dlatego moim zdaniem "Więcej niż myślisz" kuleje przede wszystkim na końcu. 

O zdjęciach też muszę wspomnieć, bo chwilami były naprawdę ładnie zrobione. Kolorystyczna uczta dla oczu. 

Podsumowanie 

Na Filmwebie dałam temu filmowi aż 7/10. Sama się sobie dziwię, ale tak pozytywnie zaskoczył mnie ten tytuł, że ta ocena wydaje mi się jak najbardziej zasłużona. A jest to bardzo miła przerwa od poważnych dokumentów, które ostatnio zbieram na swoje konto, ale o tym jeszcze nwspominać.

Ostatnie słowa i idę uczyć się dalej angielskiego: pomimo słabych ocen, które zbiera ten film, polecam. Naprawdę z całego serduszka polecam osobom, które chcą obejrzeć coś luźnego, niezobowiązującego, a można nawet głupkowatego, bo akcje czasami są absurdalne, ale kurde, nie mogę się pozbyć uczucia, że ten cukierkowy świat jest idealnym odpoczynkiem od kwarantannowej codzienności, w której się znajdujemy. 
Co jak co, ale jedno trzeba przyznać. "Więcej niż myślisz" oderwało mnie od dwutygodniowej, blogowej prokrastynacji, a to już dużo mówi! 

"Przyjemne" - słowo podsumowujące. 

Trzymajcie się ciepło, ale co najważniejsze - zdrowo! 
Panda Fińsko-Chińska 

Slash | Natalia Osińska

"Wszystko jedno, czym jestem w oczach większości - zerem, człowiekiem, ekscentrycznym budzącym niechęć, kimś, kto nie ma pozycji w społeczeństwie i nie będzie jej miał... Chciałbym swoją twórczością pokazać, co kryje się w duszy takiego dziwaka, takiego zera, chcę robić rysunki precyzyjne - które by uderzyły w niektórych ludzi i...zawierały kawałek mojego serca. Czy to w postaci, czy w pejzażu, chciałbym wyrazić nie jakiś sentymentalny smętek, ale głęboki ból." Vincent van Gogh


"Pół kubka herbaty później sam również objął go ciasno ramieniem i nawet mu się spodobało, że może wszystkim zademonstrować, że ten gagatek jest jego, jego własny." 
Dzień dobry wszystkim! 大家好!
Raczej nie kupuję książek w małych, lokalnych księgarniach, bo ceny okładkowe zwykle mnie odstraszają. "Slash" należy do wyjątków i to nawet dwóch! Z reguły także wystrzegam się młodzieżówek. Jest to jeden z tych gatunków, który jest mi bezpieczniej i wygodniej wypożyczyć. Mimo wszystko, twór Pani Osińskiej stoi na mojej półce i prezentuje się pięknie. A to między innymi dzięki stronie wizualnej podjęłam decyzję, aby podejść do kasy z tą lekturą. 
Drugim popchnięciem do tego wyczynu okazała się sama historia, a raczej biorąca w niej udział postać. Mam wrażenie, że niewiele mamy na polskim rynku książek o tematyce LGBT, a już w szczególności tych skupiających się na osobach transseksualnych. Dlatego zostałam skuszona podwójnie - wyróżniającą się jak dla mnie okładką (której od razu chciałam zrobić zdjęcia!) i tematyką. 

Co jednak sprawiło, że przez prawie rok leżała nietknięta? 


No to jedziemy...

"Slash" opowiada o Leonie i Tośku, którzy razem przechodzą przez różne perypetie. Od problemów z kółkiem teatralnym aż po akceptacje samego siebie i zrozumieniu własnych potrzeb. I tak właściwie, aby było bez spoilerów, na tym możemy zakończyć opisywanie fabuły. To, co muszę jeszcze na początku zaznaczyć to fakt, iż formalnie "Slash" jest drugą częścią cyklu "Fanfik". Jednak znajomość pierwszego tomu jest zbędna i spokojnie można chwycić omawiany dziś tytułu bez znajomości pierwszej książki. 

Miałam do tej lektury dwa podejścia. Pierwszy nastąpiło rok temu zaraz po zakupie. Jednak wtedy czytanie tejże książki szło mi mozolnie wręcz męczyłam się, co wydaje mi się, że mogę wyjaśnić lekkim rozczarowaniem. Znudził mnie pierwszy rozdział, zrobiłam zdjęcia, odłożyłam na szafę. I tak stało dosyć długo, bo do rozpoczęcia kwarantanny, w której zaczęłam wracać do opuszczonych tytułów. Pozachwycałam się okładką, otworzyłam i stwierdziłam, że wóz albo przewóz. Czytam i spędzam nad lekturą każdą możliwą chwilę albo biorę się za coś innego. I jak widać, wybrałam pierwszą opcję. 

Nie mogę napisać, że źle się bawiłam podczas lektury, bo skłamałabym. Wbrew wszystkiemu zaczęłam się potem wkręcać w historie bohaterów, bo akcja nabierała tempa. W pewnym momencie złapałam się na tym, iż chciałam wracać do czytania. I wydaje mi się, że to już dużo mówi o książce.  Mimo wszystko, to, co dla mnie było problemem, to kreacja postaci. Niestety. Najbardziej polegałam właśnie na bohaterach, a przede wszystkim na Tośku. Byłam ciekawa, jak jego autorka rozwinie. A jeśli nawet nie na Tośku, to na Leonie, poszukującym swojej tożsamości. Dlatego przykro mi, że obie te postaci nieustannie działały mi na nerwach. Co prowadziło do tego, że podczas niektórych, czasem bardzo ważnych scen, ja nie odczuwałam niczego szczególnego. Pod tym względem - "Slash" mnie pieruńsko zawiódł.

"Ale przynajmniej przyda się na coś. Lubił być pożyteczny. To prawie to samo co być potrzebnym. A stąd już tylko krok do bycia człowiekiem wartościowym. Nie wiedział tylko, jak się przelicza jedno na drugie. Czy dziesięć przysług to już krok w stronę posiadania jakiejś wartości w cudzych oczach? Bo we własnych, wiedział to doskonale, wciąż był nikim." 
Gwoli ścisłości, nie zgadzam się z powyższym cytatem. Myślę, że określenie "wartościowy człowiek" jest bardzo odważne, a jeśli już go używać, to dla mnie nie taka jest jego definicja. Bo w takim razie - człowiek wartościowy = człowiek pożyteczny. A co to w ogóle znaczy być pożytecznym? Każdy ma inne priorytety. W każdym razie są to słowa jednego z bohaterów, który nie miał wysokiej samooceny, co widać na załączonych słowach.
Dodałam ten cytat ze względu na to, iż mnie zaintrygował i zatrzymał na chwilę, aby pomyśleć. Poza tym, sądzę, że dobrze obrazuje świetny styl pisania pani Natalii. Niby lekko, niby młodzieżowo, a jednak gdzieniegdzie przemyca takie perełki idealne do rozmyślania.

Na drugim zdjęciu położyłam "Slash" obok "A jeśli to my" nie bez powodu. Moim zdaniem, są to tytuły do siebie bardzo podobne i to nie dlatego, iż poruszają tematy LGBT. Mam co do nich takie same odczucia i pod względem fabuły, i pod względem postaci, i zresztą uczucia po lekturze. Niewiele pamiętam co się działo w "A jeśli to my". Myślę, że podobnie będzie w przypadku omawianej książki. Bowiem są to lektury dla rozrywki. Raczej niewymagające, ale! Ale mam wrażenie, dobre na obecny czas. Nie są przygnębiające, płynie się po nich i wciągają na tyle, aby nie musieć zmuszać się do czytania.

"Tosiek zawsze świetnie się bawił we własnym towarzystwie. Tosiek kochał się w sobie z wzajemnością i była to miłość absolutnie bezwarunkowa. Biada temu, kto chciałby stanąć jej na drodze, próbować go upokorzyć albo zranić. Tosiek walczył tak ciężko i wytrwale o prawo bycia sobą, że nie dałby sobie odebrać ani skrawka autonomii, bez względu na cenę." 
 Chyba tyle miałam do powiedzenia, jeśli chodzi o "Slash"! Czy polecam? Myślę, że mimo wszystko, tak. Nie piszę tego z wielkim przekonaniem, ale o ile ktoś lubi młodzieżówki to w sumie dlaczego nie? Sama nie ukrywam jestem zaciekawiona twórczością Pani Osińskiej i pewnie w przyszłości chwycę po inne tytuły od niej. Czy jest to coś, co zapamiętacie? Możemy się kłócić. Ale widzę w niej elementy, które faktycznie potrafiłyby kogoś dotknąć. Wszyscy mamy inne doświadczenia, więc i wszyscy zwracamy większą lub mniejszą uwagę na różne rzeczy. Podsumowując, mam mocno mieszane uczucia. Pewnie po trosze z powodu innych oczekiwań, może zbyt wygórowanych.
Jedno moje marzenie spełniła ta książka: zrobiłam wymarzone zdjęcie z forsycją. Uwielbiam tę roślinę i kiedy tylko zaczyna kwitnąć, to ja czuję wiosnę na dobre.

Dziękuję za obecność! Trzymajcie się zdrowo,
Panda Fińsko-Chińska