Gadam o sobie, a kot śpi na moim łóżku


"Szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, kiedy się ją dzieli."


Cześć, dzień dobry!
Dziś trochę o tym, co się u mnie dzieje, co czytam, oglądam i pewnie jeszcze więcej o Felku, czyli nowym kocie w naszym domu. O lalkach też będzie, ale dla nich szykuję osobny post, obiecuję! O moich lalkowych "Dzidzioszkach" też jest dużo do opowiedzenia i pokazania, bo ciągle robię im zdjęcia, więc w bliższej lub dalszej przyszłości pojawi się taki wpis. 

"Więcej niż myślisz" faktycznie jest czymś więcej


 

Słowem wstępu

Dzień dobry wszystkim 大家好
W przerwie od nauki języka angielskiego przychodzę dziś z recenzją filmu, który dostępny jest na Netflixie. "Więcej niż myślisz" (lub w oryginale "The half of it") jest kolejną młodzieżówką na Pandzi, mimo że tak strasznie wyrzekam się tego gatunku. Na swoje usprawiedliwienie mogę napisać: to był czysty przypadek. 

Zresztą, 
bardzo miły przypadek. 
 
Zacznijmy od kwestii formalnych:  Premiera tejże produkcji miała miejsce 1 maja bieżącego roku, więc jest świeżynką. Zalicza się ją do komedii romantycznych, a za scenariusz jak również reżyserię odpowiada Alice Wu, która ma na swoim koncie zaledwie dwa filmy. Omawiany dziś "Więcej niż myślisz", ale także "Zachować twarz" z 2004 roku, który, swoją drogą, zbiera na Filmwebie dużo lepsze oceny. 

Fabuła: Ellie jest wzorową uczennicą. Zdobywa same najlepsze oceny, dlatego jej rówieśnicy walą do niej drzwiami i oknami, żeby napisała za nich wypracowania. Ona na tym korzysta, bo niemało ceni sobie każdą taką pracę. Jednak pewnego pięknego, cudownego dnia przychodzi do niej futbolista, Paul z misją specjalną. Chce, aby Ellie napisała dla niego list miłosny. 
Robi to, aczkolwiek na jednym liście się nie kończy. 


Emocjonalny bełkot

"Więcej niż myślisz" będzie mi się kojarzyć z zaskoczeniem. Wielkim, ogromnym zaskoczeniem, gdy coś, co kliknęłam spontanicznie, nawet nie zastanawiając się, czy mam na to ochotę czy nie, okazało się naprawdę dobrym, a przede wszystkim przyjemnym filmem. 
Czy jest on odkrywczy? Absolutnie nie. Czy jest banalny? Myślę, że tak. A mimo to, nie mogłam oderwać się od ekranu, co jest dla mnie niewytłumaczalnym zjawiskiem, żeby komedia romantyczna tak przypadła mi do gustu. 

Jednak potrzebne są konkrety. Bardzo podobały mi się tła rodzinne trzech głównych bohaterów. Każdy z nich ma inną sytuację w domu. Ellie, która jest chińskiego pochodzenia, urodziła się w Xuzhou, zamieszkała z tatą w Ameryce. Jej mama nie żyje, tata czuje dysforię z powodu bariery językowej. Paul musi przejąć biznes rodzinny. W innym razie zawiedzie swoją ukochaną mamę. Aster wychowuje się w bardzo religijnej rodzinie, a w dodatku tata jest wyjątkowo surowym rodzicem. Te większe i mniejsze zarysowania sprawiały, że łatwiej było mi wczuć się w sytuację danego bohatera, a w przypadku kwestii romantycznych - dodawało to niejako pikanterii. Co jest, wydaje mi się, wielkim plusem w tego typu gatunkach literackich/filmowych. 


Jak już przy tym jesteśmy. Uwielbiam postacie, które tutaj wystąpiły (główni bohaterowie - świetnie zagrani, ale do pobocznych niestety można byłoby się przyczepić w wielu kwestiach). Polubiłam i Ellie, i Aster, i przeuroczego, przekochanego Paula. Wiadomo, nie są to tak zarysowane ikony, aby doszukiwać się w nich większej głębi czy czegoś podobnego. Właściwie bazują na pojedynczych cechach, ale to jest przyjemne, niewymagające i z jaką łatwością przyszło mi bohaterów polubić! Innymi słowy, białe jest białe, czarne jest czarne i bez szarości po drodze. Mnie to jak najbardziej odpowiada, gdy mówimy o nieangażujących produkcjach, które mają nam dać rozrywkę, miło odciągnąć od rzeczywistości, ale żeby utkwić na tydzień w głowie czy rozmyślać nad nimi - no nie. Dlatego uważam, że jest to dobry tytuł na niedzielny wieczór, kiedy chcemy się troszkę pośmiać i pójść spokojnie spać. Chociaż ja przyznaję, że tak się zaangażowałam w historię, że na końcu płakałam, ale myślę, że jest to skrajny przypadek. 


Jeśli chodzi o koniec. Cóż tu dużo pisać, zawiódł mnie. Był strasznie zrobiony, jakby trochę na odwal się, czego strasznie nie mogłam przeżyć. Tutaj nie do końca adekwatnym jest określenie "happy ending" czy "sad ending". Jest to raczej gdzieś po środku i jasne, czasem zakończenia, które sami mamy sobie dopowiedzieć są fajne, dodają uroku, ale przy tym tytule, według mnie, jest to wyjątkowo nietrafione. Co prawda, podczas ostatnich ważnych, puentujących kwestii moją reakcją były łzy, ale ich następstwem stało się obojętne "meh". Dlatego moim zdaniem "Więcej niż myślisz" kuleje przede wszystkim na końcu. 

O zdjęciach też muszę wspomnieć, bo chwilami były naprawdę ładnie zrobione. Kolorystyczna uczta dla oczu. 

Podsumowanie 

Na Filmwebie dałam temu filmowi aż 7/10. Sama się sobie dziwię, ale tak pozytywnie zaskoczył mnie ten tytuł, że ta ocena wydaje mi się jak najbardziej zasłużona. A jest to bardzo miła przerwa od poważnych dokumentów, które ostatnio zbieram na swoje konto, ale o tym jeszcze nwspominać.

Ostatnie słowa i idę uczyć się dalej angielskiego: pomimo słabych ocen, które zbiera ten film, polecam. Naprawdę z całego serduszka polecam osobom, które chcą obejrzeć coś luźnego, niezobowiązującego, a można nawet głupkowatego, bo akcje czasami są absurdalne, ale kurde, nie mogę się pozbyć uczucia, że ten cukierkowy świat jest idealnym odpoczynkiem od kwarantannowej codzienności, w której się znajdujemy. 
Co jak co, ale jedno trzeba przyznać. "Więcej niż myślisz" oderwało mnie od dwutygodniowej, blogowej prokrastynacji, a to już dużo mówi! 

"Przyjemne" - słowo podsumowujące. 

Trzymajcie się ciepło, ale co najważniejsze - zdrowo! 
Panda Fińsko-Chińska 

Slash | Natalia Osińska

"Wszystko jedno, czym jestem w oczach większości - zerem, człowiekiem, ekscentrycznym budzącym niechęć, kimś, kto nie ma pozycji w społeczeństwie i nie będzie jej miał... Chciałbym swoją twórczością pokazać, co kryje się w duszy takiego dziwaka, takiego zera, chcę robić rysunki precyzyjne - które by uderzyły w niektórych ludzi i...zawierały kawałek mojego serca. Czy to w postaci, czy w pejzażu, chciałbym wyrazić nie jakiś sentymentalny smętek, ale głęboki ból." Vincent van Gogh


"Pół kubka herbaty później sam również objął go ciasno ramieniem i nawet mu się spodobało, że może wszystkim zademonstrować, że ten gagatek jest jego, jego własny." 
Dzień dobry wszystkim! 大家好!
Raczej nie kupuję książek w małych, lokalnych księgarniach, bo ceny okładkowe zwykle mnie odstraszają. "Slash" należy do wyjątków i to nawet dwóch! Z reguły także wystrzegam się młodzieżówek. Jest to jeden z tych gatunków, który jest mi bezpieczniej i wygodniej wypożyczyć. Mimo wszystko, twór Pani Osińskiej stoi na mojej półce i prezentuje się pięknie. A to między innymi dzięki stronie wizualnej podjęłam decyzję, aby podejść do kasy z tą lekturą. 
Drugim popchnięciem do tego wyczynu okazała się sama historia, a raczej biorąca w niej udział postać. Mam wrażenie, że niewiele mamy na polskim rynku książek o tematyce LGBT, a już w szczególności tych skupiających się na osobach transseksualnych. Dlatego zostałam skuszona podwójnie - wyróżniającą się jak dla mnie okładką (której od razu chciałam zrobić zdjęcia!) i tematyką. 

Co jednak sprawiło, że przez prawie rok leżała nietknięta? 


No to jedziemy...

"Slash" opowiada o Leonie i Tośku, którzy razem przechodzą przez różne perypetie. Od problemów z kółkiem teatralnym aż po akceptacje samego siebie i zrozumieniu własnych potrzeb. I tak właściwie, aby było bez spoilerów, na tym możemy zakończyć opisywanie fabuły. To, co muszę jeszcze na początku zaznaczyć to fakt, iż formalnie "Slash" jest drugą częścią cyklu "Fanfik". Jednak znajomość pierwszego tomu jest zbędna i spokojnie można chwycić omawiany dziś tytułu bez znajomości pierwszej książki. 

Miałam do tej lektury dwa podejścia. Pierwszy nastąpiło rok temu zaraz po zakupie. Jednak wtedy czytanie tejże książki szło mi mozolnie wręcz męczyłam się, co wydaje mi się, że mogę wyjaśnić lekkim rozczarowaniem. Znudził mnie pierwszy rozdział, zrobiłam zdjęcia, odłożyłam na szafę. I tak stało dosyć długo, bo do rozpoczęcia kwarantanny, w której zaczęłam wracać do opuszczonych tytułów. Pozachwycałam się okładką, otworzyłam i stwierdziłam, że wóz albo przewóz. Czytam i spędzam nad lekturą każdą możliwą chwilę albo biorę się za coś innego. I jak widać, wybrałam pierwszą opcję. 

Nie mogę napisać, że źle się bawiłam podczas lektury, bo skłamałabym. Wbrew wszystkiemu zaczęłam się potem wkręcać w historie bohaterów, bo akcja nabierała tempa. W pewnym momencie złapałam się na tym, iż chciałam wracać do czytania. I wydaje mi się, że to już dużo mówi o książce.  Mimo wszystko, to, co dla mnie było problemem, to kreacja postaci. Niestety. Najbardziej polegałam właśnie na bohaterach, a przede wszystkim na Tośku. Byłam ciekawa, jak jego autorka rozwinie. A jeśli nawet nie na Tośku, to na Leonie, poszukującym swojej tożsamości. Dlatego przykro mi, że obie te postaci nieustannie działały mi na nerwach. Co prowadziło do tego, że podczas niektórych, czasem bardzo ważnych scen, ja nie odczuwałam niczego szczególnego. Pod tym względem - "Slash" mnie pieruńsko zawiódł.

"Ale przynajmniej przyda się na coś. Lubił być pożyteczny. To prawie to samo co być potrzebnym. A stąd już tylko krok do bycia człowiekiem wartościowym. Nie wiedział tylko, jak się przelicza jedno na drugie. Czy dziesięć przysług to już krok w stronę posiadania jakiejś wartości w cudzych oczach? Bo we własnych, wiedział to doskonale, wciąż był nikim." 
Gwoli ścisłości, nie zgadzam się z powyższym cytatem. Myślę, że określenie "wartościowy człowiek" jest bardzo odważne, a jeśli już go używać, to dla mnie nie taka jest jego definicja. Bo w takim razie - człowiek wartościowy = człowiek pożyteczny. A co to w ogóle znaczy być pożytecznym? Każdy ma inne priorytety. W każdym razie są to słowa jednego z bohaterów, który nie miał wysokiej samooceny, co widać na załączonych słowach.
Dodałam ten cytat ze względu na to, iż mnie zaintrygował i zatrzymał na chwilę, aby pomyśleć. Poza tym, sądzę, że dobrze obrazuje świetny styl pisania pani Natalii. Niby lekko, niby młodzieżowo, a jednak gdzieniegdzie przemyca takie perełki idealne do rozmyślania.

Na drugim zdjęciu położyłam "Slash" obok "A jeśli to my" nie bez powodu. Moim zdaniem, są to tytuły do siebie bardzo podobne i to nie dlatego, iż poruszają tematy LGBT. Mam co do nich takie same odczucia i pod względem fabuły, i pod względem postaci, i zresztą uczucia po lekturze. Niewiele pamiętam co się działo w "A jeśli to my". Myślę, że podobnie będzie w przypadku omawianej książki. Bowiem są to lektury dla rozrywki. Raczej niewymagające, ale! Ale mam wrażenie, dobre na obecny czas. Nie są przygnębiające, płynie się po nich i wciągają na tyle, aby nie musieć zmuszać się do czytania.

"Tosiek zawsze świetnie się bawił we własnym towarzystwie. Tosiek kochał się w sobie z wzajemnością i była to miłość absolutnie bezwarunkowa. Biada temu, kto chciałby stanąć jej na drodze, próbować go upokorzyć albo zranić. Tosiek walczył tak ciężko i wytrwale o prawo bycia sobą, że nie dałby sobie odebrać ani skrawka autonomii, bez względu na cenę." 
 Chyba tyle miałam do powiedzenia, jeśli chodzi o "Slash"! Czy polecam? Myślę, że mimo wszystko, tak. Nie piszę tego z wielkim przekonaniem, ale o ile ktoś lubi młodzieżówki to w sumie dlaczego nie? Sama nie ukrywam jestem zaciekawiona twórczością Pani Osińskiej i pewnie w przyszłości chwycę po inne tytuły od niej. Czy jest to coś, co zapamiętacie? Możemy się kłócić. Ale widzę w niej elementy, które faktycznie potrafiłyby kogoś dotknąć. Wszyscy mamy inne doświadczenia, więc i wszyscy zwracamy większą lub mniejszą uwagę na różne rzeczy. Podsumowując, mam mocno mieszane uczucia. Pewnie po trosze z powodu innych oczekiwań, może zbyt wygórowanych.
Jedno moje marzenie spełniła ta książka: zrobiłam wymarzone zdjęcie z forsycją. Uwielbiam tę roślinę i kiedy tylko zaczyna kwitnąć, to ja czuję wiosnę na dobre.

Dziękuję za obecność! Trzymajcie się zdrowo,
Panda Fińsko-Chińska