Królowie Dary | Ken Liu

 

"Jednak mlecz nigdy nie jest arogancki, jego kolor i zapach nigdy nie przyćmiewają innych kolorów i zapachów. Ma szerokie zastosowanie praktyczne, jego liście są pyszne i leczą, a korzenie rozpulchniają zbitą glebę, więc zachowuje się jak pionier względem bardziej delikatnych kwiatów. Jednak najlepsze w jaskrze jest to, że żyje w ziemi, lecz marzy o niebie. Kiedy jego nasiona poniesie wiatr, mlecz dotrze dalej i zobaczy więcej niż rozpieszczone róże, tulipany czy nagietki." 

Dzień dobry, 早安, hyvää huomenta!
Już nie mogę napisać, że nie jestem fanem fantastyki i że ten gatunek jest nowością na moich półkach, bo na przestrzeni ostatnich miesięcy dużo się zmieniło w temacie czytanych przeze mnie książek. Zatem po fantastykę sięgam coraz częściej i co najważniejsze, coraz chętniej. A w momencie, w którym ma ona związek z Chinami, to staje się ona pozycją obowiązkową na mojej liście. 

Niedawno było o science fiction "Problem trzech ciał" autorstwa Cixina Liu, czyli niełatwa, a zarazem szalenie inteligentna pozycja. Dlatego nic dziwnego, że gdy moja siostra odebrała zamówione przez nią książki i przedstawiła mi jeden z tytułów, na którym widniało chińskie nazwisko (jak się potem okazało, Ken Liu jest Amerykaninem chińskiego pochodzenia), to nie zawahałam się, aby po niego chwycić. 

Moi Drodzy, pierwsze wrażenie - będzie dobrze. Po pierwsze na okładce widnieje informacja, iż autor jest laureatem takich nagród jak Hugo, Nebula czy World Fantasy Awards, więc nie są to przelewki. Na stronach początkowych Ken Liu dziękuje babci za zapoznanie go z historią dynastii Han - kolejny plus, bo zapowiadają się nawiązania do bogatej historii Chin. Dlatego ja pełna ekscytacji przewracam kartkę, a tam uwagi o wymowie, które dodają, nazwijmy to, profesjonalizmu lekturze. Tuż obok informacji widnieje piękny i zapewne symboliczny obrazek z dmuchawcem. 
Moje pytanie brzmiało: Właściwie, co mogłoby pójść nie tak? 

No cóż, jednak mogło. 


Krótko o fabule

"Królowie dary" to pierwsza część z serii "Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu". Poznajemy w niej odważnego i żyjącego bez większym zobowiązań Kuniego Garu, który w pewnym momencie będzie musiał połączyć siły z mocno zbudowanym i zdyscyplinowanym Matą Zyndu. Zostają zmuszeni do współpracy, aby razem przeprowadzić rewolucję przeciwko obecnemu cesarzowi i jego niesprawiedliwym oraz okrutnym rządom. Jednak nie wszystko idzie po ich myśli. 

Co myślę? 

Zaczniemy miło, ponieważ to, co rzuca się w oczy to bogate i piękne słownictwo czy porównania, które tworzą zapierające dech w piersiach i zresztą, godne fantastyki, opisy. Dlatego też z łatwością mogłam sobie wyobrazić przedstawiane przez autora miasta, a panująca w nich bieda była wręcz namacalna. 
Co dziwne, postaci to już nie dotyczy. Ken Liu wprowadza je masowo do książki i czasem tak jest, że autor musi na początku obładować swoje dzieło bohaterami, ale z każdą kolejną stroną czytelnik przywyka do nich, przywiązuje się albo ich zapamiętuje. W przypadku "Królów Dary" gubiłam się non stop, a nie czytałam tego wieczorami lub nocą, aby nie móc się skupić wręcz przeciwnie, miałam dogodne warunki, więc dałam z siebie, ile mogłam, by zrozumieć tę historię i kontrolować, co się dzieje. Mimo to, tego było dużo za dużo, przez co nudziłam się, bo jak zaangażować się w postać, skoro ona nie ma nic do zaoferowania? Co więcej, niestety żadnego z głównych czy pobocznych osób nie polubiłam. Czy to jest grzechem literackim? Nie wiem, jest to kwestia sporna, czy aby książka była dobra, to musi mieć dających się lubić bohaterów, czy samych antagonistów (aczkolwiek nie jestem w stanie wymienić ani jednego tytułu, w którym pojawiłaby się taka sytuacja.) 
Co nie zmienia faktu, iż wydaje mi się, że Liu tego nie planował. Ja mam wręcz wrażenie, że on stworzył swoich bohaterów z myślą, aby ich uwielbiać, co nie jest żadnym zarzutem. Może po prostu mijam się mocno z charakterami postaci (czy to w takim razie nie świadczy o ich jednolitości? Gdy teraz nad tym myślę, to uważam, że były na "jedno kopyto", przewidywalne i do tego stereotypowe, dlatego cofam to zdanie - stąd wynikają moje odczucia.) 

"Zanim zacznę kwitnąć, wszyscy inni giną. Chociaż samotny to zaszczyt, jest wielki i heroiczny, idealnie pasuje do dziedzica marszałka Cocru. Pieśń chwali chryzantemę, nawet raz nie wspominając jej nazwy. Jest piękna." 


Niestety, nie da się ukryć, że również postacie kobiece kuleją w tej książce. Co i tak moim zdaniem, brzmi eufemistycznie, ponieważ tam nie ma żadnej dobrze wykreowanej kobiety, nie wspominając już o tych głównych rolach. Jeśli zastaniemy bohaterkę, to zwykle zachodzi ona albo w ciążę, albo zajmuje się zielarstwem, albo proponuje mężowi, aby drugi raz ożenił się, bo tak będzie lepiej, a potem jest zazdrosna, kropka. Jestem mało-odporna na takie kwestie, więc czasem musiałam przerwać lekturę i ochłonąć, przetrawić i uzbroić się na (tak podejrzewałam) kolejne, podobne sceny. 

Inna kwestia: autor, jak wiele twórców związanych z Chinami, przemycał czasem aluzje do rządów Mao Zedonga i okresu jego panowania. Co dla osoby zainteresowanej tamtejszymi regionami wyłapywanie takich "smaczków" było urozmaiceniem. Tym bardziej, że z jednej strony mieliśmy historię bazującą na dynastii Han, a tu jeszcze wpadały niuanse rażąco przypominające wydarzenia z XX wieku. Jeden z małych przykładów: 

"Zlecone przez Mapiderego palenie ksiąg i tracenie uczonych najmocniej uderzyło właśnie w Haan. Nie opłacano już szkółek w chatach i nikt z nich nie korzystał, wiele prywatnych akademii w Ginpen zamknięto, a kilka pozostałych stało się jedynie cieniami swojej dawnej chwały, gdzie uczeni bali się podawać prawdziwe odpowiedzi i jeszcze bardziej zadawać prawdziwe pytania." 

Dlatego jest mi holendernie przykro, że książka o wielkim potencjale została jedną z najgorszych, jakie ostatnio miałam okazję przeczytać. Patetyczność zamieniała się w ośmieszenie i zwiększające się pogrążenie "Królów Dary". 

I już trochę żartem pisząc, cieszę się, że to nie ja wydałam pieniądze na ten tytuł! 


Kończąc

Raczej nie chwycę po kolejny tom, bo pierwszy nie kończy się w jakimś szczególnym momencie, który zachęcałby czytelnika po kontynuowanie serii, ale kto wie. Może kiedyś przywędruje do mnie przypadkiem, a ja z czystej ciekawości (i nieco głupoty z niewyciągania wniosków) wezmę się za "Ścianę burz". 
Naprawdę ładnie i starannie są te książki wydane, więc jeśli ktoś docenia najmniejsze detale wizualne, to powinien być bardzo zadowolony. Co nie zmienia faktu, że jestem z lektury zawiedziona i przychodzi ten rzadki moment, kiedy muszę napisać, że NIE POLECAM tejże pozycji. 

Mam nadzieję, że Wy trafiacie na same perełki, bo u mnie jest z tym ostatnio średnio! Trzymajcie się ciepło i zdrowo, 
Panda Fińsko-Chińska 

Trzecia z mojej rupieciarni

Dzień dobry wszystkim! 大家好!

Uważał, że „Kruki nad łanem zboża” to wyraz najczystszej samotności połączonej z brakiem zrozumienia ze strony otaczających osób. Dlatego nigdy na niego nie spoglądał z pełną świadomością. Raz, gdy nie zdołał opanować płynącej refleksji, która była skrajnie melancholijna, zrozumiał Vincenta. Przynajmniej tak mu się wydawało. Może było to wynikiem chęci odnalezienia kogoś, kto zrozumiałby jego stan psychiczny? A jaki jest łatwiejszy sposób na poczucie jedności z drugim człowiekiem niż ubogacenie biografii zmarłego poprzez dorzucenie własnej interpretacji?

Wpatrywał się w kontrastowe kolory, na ekspresyjne pociągnięcia pędzlem oddające wrażliwość Holendra. Ivo wyobrażał sobie swoje ciało pod krukami. Czuł na dłoniach taniec źdźbła pszenicy, a w głowie ciężar myśli van Gogha. Czy wiedząc, co robił źle, dostałby więcej otulających słów od mieszkańców Arles? Czy wtedy samotność mogłaby się stać wyborem, a nie koniecznością?

Myślał „Vincent”, ale tak naprawdę tożsamość tego artysty była równoznaczna z jego własną. W związku z tym, pytanie, czy koniec van Gogha wyglądałby inaczej, gdyby ludzie nie wywoływaliby w nim wstydu bycia takim, jakim był?, w rzeczywistości oznaczało, czy spokojniej zasypiałby, gdyby ON żył bez wiecznej krytyki jego osobowości i zamiłowań?

Gdybanie stawało się męczące. Męczyło, bo uświadamiało, a nie wolno egzystować bez fantazyjnej mgły. Lepiej mieć obsesje, lepiej myśleć całymi dniami o szyciu dla lalek, lepiej nie oddawać się społecznym regułom cicho mówiącym, że oryginalność i ekscentryczność jednostki nie wymaga pochwał i zwykłej serdeczności. Inność to nie wariactwo. To po prostu rzadkość spotykania czegoś. Nie jest to bardziej niebezpieczne albo mniej atrakcyjne. Nie jest to ani bardziej, ani mniej.

Kruki doprowadziły go do łez. Wystraszył się, że zdania pocieszenia to jedynie utopijna wizja. Albo nielegalna próba usprawiedliwiania swojego dziwactwa.

Dlatego słowa Unikko wpłynęły na niego rewolucyjnie. Samo istnienie zielonej osoby było wstrząsające. Nie z racji tego, że skórę miał koloru trawy. Nie, nie, nie. To bez znaczenia. Unikko objął jego indywidualność i pokochał, nie sądząc, że jest dziwna tylko piękna. Co najważniejsze, nie musiał za to dziękować, a wręcz nie powinien.

Mimo to, sądził, iż nadal spokojniej nie spoglądać ani nawet nie przypominać sobie o tym obrazie Vincenta. Łatwiej funkcjonował bez emocjonalnie poważnych rozważań, które stały się synonimem walki.

O tekście słów kilka

Od marca piszę "coś większego". Idzie mi to powoli, robię sobie do tego playlisty na Youtubie, dużo notatek tworzę, bo takie rzeczy powymyślałam, że teraz muszę zaczytywać się w historię Meksyku, ale może to i dobrze, bo to kraj z ciekawymi tradycjami. 
To, co tutaj udostępniam, to pierwszy fragment, który napisałam. Jest próbą. Jak to wszystko! 

Odkrycie tygodnia: 

"Portret Jana Stryjeńskiego" został namalowany przez mamę Jana - Zosię Stryjeńską. Zaskakuje mnie to, iż obraz powstał w 1938 roku, mimo to wygląda bardzo współcześnie. Dodam jeszcze, że prawdopodobnie to wstyd, ale nigdy wcześniej nie słyszałam o tej artystce. A jestem nią zaintrygowana! 
Trzymajcie się ciepło,
Panda Fińsko-Chińska

Recenzja koreańskiej dramy: Wise Prison Life

"I hope the exit is joyful. And I hope never to return." Frida Kahlo

Znane też jako: "Prison Playbook", "Seulgiroun Gamppangsaenghwal" lub "Smart Prison Living"  
Reżyseria: Shin Won Ho 
Scenariusz: Jung Bo Hoon, Lee Woo Jung  

Dzień dobry wszystkim 大家好

Coś o tych dramach 

Uwielbiam dramy. Przygoda z nimi zaczęła się u mnie na początku pierwszej klasy liceum, czyli około trzy lata temu. Zarywałam wtedy noce dla tajskich dram, bo to właśnie one rozpoczęły śnieżną kulę miłości do azjatyckich seriali. Później przeniosłam się nieco na chińskie i tajwańskie tytuły, a w ostatnich tygodniach kręcę się wokół tych koreańskich. I dziś jedną z nich do Was przychodzę.