Hurt & Comfort | Weronika Łodyga


Wstęp

 Xin chào!

Dziś krótko, ale konkretnie. 

Śledzę sporo kanałów na Youtube związanych z książkami, co pozwala mi być w miarę na bieżąco z nowymi tytułami na polskim rynku. Mimo to, o "Hurt & Comfort" dowiedziałam się, przeglądając jeden z Instagramów. Od razu w oczy rzuciła mi się okładka, która jest bardzo minimalistyczna, a przy tym przepiękna w swojej kolorystyce. Nic więc dziwnego, że chciałam wiedzieć o niej więcej, dlatego też poczytałam, dowiedziałam się, o czym jest, jednak w tamtym momencie stwierdziłam, że jeszcze nie, nie zamawiam tego. Poczekam. 
Dosłownie dzień później zobaczyłam ją na zaufanym dla mnie Instagramie (tzn. jeśli ta osoba poleci dany tytuł, to w 90% spodoba mi się) i w tejże recenzji debiut Weroniki Łodygi był niezwykle zachwalany. Ba! Poleciało tyle superlatywów, że więcej nie trzeba było, abym złożyła książkowe zamówienie. Żadnego czekania! 

Minirecenzje: 3 wietnamskie filmy


Wstęp 

Xin chào!
Nie byłabym sobą, gdybym angażowała się w naukę języka wietnamskiego, a przy tym nie obejrzała żadnego filmu z tamtego kraju lub nie przeczytała żadnej książki (jednak z tym na polskim rynku jest niemały problem, dlatego dopiero do mnie takowe idą z Anglii). 

Nie będę kłamać. Z kinem wietnamskim nie miałam praktycznie do czynienia. Tytuł, jaki mogłabym jeszcze tydzień temu wymienić, to jedynie skromna "Trzecia żona", a poza tym - guzik wiedziałam, co się działo/dzieje u nich w kinematografii. Powoli to zmieniam, co strasznie mnie intryguje, bo uwielbiam produkcje nietypowe (nie do końca wiem, czy to odpowiednie słowo) i niepopularne. 

Nie ukrywam też, że chętnie będę się dzielić w najbliższych miesiącach tytułami wietnamskimi. Dziś mam okazję przedstawić Wam trzy różne od siebie produkcje. Umieściłam je w kolejności; od najgorszego filmu do najlepszego (oczywiście, wszystko subiektywnie). Dlatego serdecznie zapraszam Was do czytania! 


"Trzecia żona" / 2018 rok

Dostępny na HBO GO! 

Fabuła: Akcja dzieje się w XIX wiecznym Wietnamie. Poznajemy młodziutką May, która zostaje tytułową trzecią żoną bogatego właściciela ziemskiego. Dziewczyna jednak zmuszona jest ukrywać pewien sekret. 

Moja opinia: To, co trzeba przyznać temu filmowi to fakt, iż cieszy oko. Kadry, kolory, światło - robi wrażenie i dzięki temu miło brnęło się przez seans, który, swoją drogą, nie trwa długo, bo zaledwie 96 minut. 
Fabularnie nie robi szału. Wydaje mi się, że z takiej historii można było spokojnie wyciągnąć coś więcej, np. rozwinąć poboczne wątki, chociażby dwóch poprzednich żon, ponieważ o nich nie dowiadujemy się zbyt wiele. Poza tym, nasza główna bohaterka boryka się z pewnym problemem. Zależy jej na tym, aby urodzić chłopca, bo to umocniłoby jej pozycję w rodzinie. Ten przerażający wątek, który oczywiście jest faktem historycznym i wiele chińskich filmów, jak popularne "Zawieście czerwone latarnie" ukazują go. Jednak mam wrażenie, iż tutaj i to zostało potraktowane pobieżnie. Dlatego, jak widzicie, wszystko w tym filmie, oprócz zdjęć, wzbudza poczucie niedosytu, który jest frustrujący. 

Uwaga! To będzie dziwne, ale mimo wszystko, polecam ten film. Jak wspomniałam, nie trwa długo, ale wydaje mi się odpowiedni na rozpoczęcie swojej przygody z kinem azjatyckim, bo wtedy może on wzbudzi lepszy, bardziej satysfakcjonujący odbiór niż osobie "siedzącej" we wschodniej kinematografii.  A po drugie, stroje i wietnamskie krajobrazy też robią swoje. 

Warto jednak zaznaczyć, że dla reżyserki Ash Mayfair "Trzecia żona" jest debiutem! 


"Goodbye Mother" / "Thưa Mẹ Con Đi" / 2019 rok


Fabuła: Van po dziewięcioletnim pobycie w Stanach Zjednoczonych wraca do swojej rodzinnej wioski w Wietnamie. Spotyka się ponownie ze swoją rodziną, m.in. z babcią chorującą na demencję, którą bardzo kocha, ale ta go nie poznaje. Jednak przyprowadza ze sobą Iana - Wietnamczyka wychowującego się w Ameryce. Mężczyźni nie przyznają się do tego, że łączy ich coś więcej niż przyjaźń. 

Moja opinia: Zacznijmy od tego, że film można znaleźć na Netflixie, ale na tym anglojęzycznym, na polskim nadal nie jest dostępny. W ogóle nie wiem, czy też to zauważyliście: na polskim Netflixie nie ma wielu, wielu, WIELU tytułów, które spokojnie można obejrzeć zagranicą. Niestety "Goodbye Mother" należy do tej listy. 

Największym plusem "Thưa Mẹ Con Đi" jest niewątpliwie relacja pomiędzy Vanem i Ianem, co zapewnia widzowi zaangażowanie emocjonalne w historię i perypetie głównych bohaterów. Poza tym, dialogi też zostały świetnie napisane. Nie tylko są zabawne, ale także inteligentne, pełne uczuć i przede wszystkim - realne. Co mam przez to na myśli? Ano to, że ja wierzę w pokazywane mi postacie. 
Musimy jednak coś sprostować. Przedstawia się ten film (np. na imdb) jako komedię, a dopiero potem wymienia się takie gatunki jak dramat czy romans. Mimo to, uważam, że sprawa ma się tak, jak w przypadku tajwańskiej produkcji "Dear Ex", gdzie sugeruje się widzowi poprzez tytuł (mam na myśli polski: "Czyim mężem był mój eks?"), że wchodzicie w seans, podczas którego będziecie się w większości śmiać. A jest na odwrót. "Goodbye Mother" to film poruszający niezwykle ważną i delikatną kwestię, jaką jest strach przed odrzuceniem. Dlatego ostrzegam przed tym! 

Czy polecam ten film? Jak najbardziej. Co prawda, myślałam, że bardziej mną poruszy na końcu, bowiem sądzę, iż zakończenie jest mocno przeciętne, ale! Bezdyskusyjnie uważam go za dobry i wart obejrzenia. Nawet ze względu na samą kreację postaci, która w tym przypadku jest na piątkę z plusem.

Dodatek: Pochwalę się także, że dzięki "Goodbye Mother" znalazłam na YouTube ciekawy, wietnamski kanał zajmujący się recenzją filmów. Jeśli ktoś ma ochotę posłuchać tego pięknego języka, to odsyłam tutaj: Phê Phim  (wystarczy kliknąć w nazwę po lewo!) 


"Rykszarz" / "Cyclo" / "Xích lô" / 1995 rok 

Fabuła: Film opowiada o młodym, ubogim rykszarzu, któremu pewnego dnia skradziono rikszę, przez co jego losy łączą się z miejscowym gangiem. 
W tle widz obserwuje także historię siostry głównego bohatera. Dziewczyna zmuszona jest pracować w najstarszym zawodzie świata. 

Moja opinia: Nie znoszę tego uczucia. Po prostu nie mogę przetrwać, kiedy coś tak strasznie mi się podobało, a w sumie to nawet ciężko jest mi napisać dlaczego. Czy to była kwestia kadrów? No, raczej nie, bo nie wyróżniał się pod tym względem (inna sprawa, jeśli mówimy o jakości - tak, to mam wrażenie jest dobrym zaskoczeniem jak na tamte lata). Może zarys fabularny? Też nie do końca. Jasne, brzmiało dla mnie intrygująco już od samego początku, ale nie sądzę, żeby to właśnie ono było prowodyrem mojego zachwytu. 
W chwili, gdy jestem prawie tydzień po seansie przychodzi mi do głowy jedno słowo - symbolika. Symbolika, drugie dno, ciekawie rozpisane postacie - ta mieszanka jest idealną mieszanką dla mojego mózgu emocjonalnego. Moi Drodzy, ten film nie jest łatwy. Ale zapewniam - jest wyjątkowy, o czym mogą minimalnie świadczyć powyższe zdjęcie i zdjęcie główne tego postu. 
Szczerze pisząc, doceniam "Rykszarza" coraz bardziej wraz z upływem dni. Bo jednego nie mogę odmówić, myślę o nim cały czas! 

Tony Leung (znany m.in. z "Spragnieni miłości", "Chungking Express" i "Ostrożnie, pożądanie" - wszystkie te tytuły są genialne, polecam) - to hongkońskie nazwisko sprawiło, że gdy zobaczyłam je na tle wietnamskich słów, to nie zawahałam się ani chwili, aby obejrzeć "Rykszarza". Poza tym, miło usłyszeć język wietnamski w jego wykonaniu! Myślałam, że może potrafi mówić w tym języku, dlatego wystąpił w "Cyclo", ale potem dotarłam do jednego z wywiadów, gdzie padają następujące słowa: 

"There was another film where I had to speak Vietnamese. It’s horrible! [laughs] I have to memorise all the words because I don’t understand them. " Parafrazując: musiał nauczyć się słów na blachę, bo ich po prostu nie rozumiał. (a nawet było tak z mandaryńskim! czyli urzędowym językiem Chin, ponieważ dla Tony'ego ojczystym językiem jest kantoński).  


Na sam koniec chcę tylko wyrazić swoje zauroczenie wyglądem aktora (Le Van Loc), grającego główną rolę w "Rykszarzu", czyli w jedynym tytule w życiu, w jakim wystąpił. (niestety)

Tyle miałam do przekazania. Kino wietnamskie zrobiło na mnie wrażenie już od samego początku, więc proszę się spodziewać więcej takich minirecenzji! 
A teraz zabieram się za czytanie, bo zakupiłam ostatnio książkę "Hurt & Comfort" Weroniki Łodygi i nie mogę się doczekać, aż o niej co nieco napiszę na Pandzi! 

Trzymajcie się ciepło, 
Panda Fińsko-Chińska (i wietnamska) 

Zaczytana i bestia | Ashley Poston



Dzień dobry, 早安, hyvää huomenta, a teraz także - xin chào!

"Zaczytana i bestia" to, jak się domyślacie, retelling "Pięknej i Bestii", a zarazem trzecia książka Ashley Poston. Tworzą one uniwersum Starfield, czyli coś podobnego do naszych Star Wars, i właśnie to łączy wszystkie tytuły napisane przez panią Poston. Zatem w głowie może się pojawić pytanie, czy należy zacząć od konkretnej książki (tzn. "Geekerella", która nawiązuje do Kopciuszka oraz baśń o Księciu i żebraku jako "Księżniczka i fangirl")? Otóż, moja odpowiedź brzmi - nie, nie trzeba. Śmiało można chwytać chociażby po tę część bez znajomości poprzednich tytułów! 


Słów kilka o tym, jak ją zdobyłam 

Słyszałam o niej dużo, bo na bookstargramie czy booktubie pojawiało się recenzji tyle, co grzybów po deszczu, ale nie miałam w planach zamawiać jej, bo listę i tak miałam zapełnioną innymi książkami. Ale! Come.book zorganizowała rozdanie, w którym można było wygrać "Zaczytaną i Bestię", więc myślę sobie, czemu nie? A temat był fajny, bo należało napisać o naszej ulubionej animacji i dlaczego akurat ona jest dla nas specjalna (ja wybrałam "Mulan"!). Udało mi się, dostałam ją, przyszła, przeczytałam i teraz chcę wypowiedzieć się o niej krótko. 
Dlatego pozwolę sobie przytoczyć słowa, które pozwoliły mi zapoznać się z omawianym tytułem! 


Mulan okazała się moim podświadomym marzeniem, który miałam odkryć dopiero w liceum. (Wcale nie chodzi o to, żeby latać z mieczem po wsi, ale kto tam wie.) Nie umiałam czytać, babcia zawiązywała mi sznurówki, a już wtedy "Mulan" mogłabym spokojnie recytować. Podziwiałam w niej wszystko; począwszy od odwagi. Ale później - po prostu odeszła w zapomnienie, co było totalnie naturalne. A jeszcze naturalniejszym wydaje mi się fakt, że od trzech lat marzę o tym, aby zostać sinologiem. Może naiwnie, ale wierzę w to, że już będąc brzdącem chińska kultura przylegała do mnie, fascynowała i została mi pisana, bo nic nie sprawia mi tyle radości, co czytanie o tym odległym kraju. Dlatego "Mulan" jest moim symbolem przeznaczenia, a kiedy moje samopoczucie to dno, oglądanie tejże animacji ma mi przypominać, do czego dążę. Jest mi potrzebna szczególnie w obecnym czasie, czekając na wyniki matur, na ogłoszenie, na jakie studia się dostałam i czy będę mogła na nich rozwijać swoje zamiłowanie. Mulan jest też skrzydłami, jakkolwiek trywialnie to brzmi.

Co prawda, na sinologię muszę jeszcze poczekać, ale nie ukrywam, że ważny jest dla mnie ten tekst, dlatego chcę go na Pandzi na pamiątkę! 

W każdym razie, zapraszam już do recenzji. ☺ 

Fabuła

Książka ma narrację dwutorową. Z jednej strony poznajemy Rosie Thorne, która jest totalnym nerdem i introwertykiem. Jednak pewnego dnia jej przyjaciele - Quinn i Annie - zabierają ją na konwent, gdzie nastolatka poznaje tajemniczego cosplayera. Momentalnie między nimi zaczyna iskrzyć, ale następnego dnia słuch po nim ginie, a ona nawet nie zapytała o jego imię, a co dopiero o jakikolwiek kontakt. Dlatego zmuszona jest o nim zapomnieć. 

Z drugiej strony poznajemy Vance, czyli siedemnastolatka, który jest wielką gwiazdą filmową. Jego ojczym jest szefem wytwórni Starfield, a z mamą nie ma najlepszego kontaktu. Ma jej za złe wiele rzeczy, jak np. to, że kiedy wybuchnął skandal z nim na czele, ona nie zrobiła nic w jego obronie, aby zatrzymać ojczyma przed wysłaniem Vance'a na odludzie. Tam chłopak musi spędzić kilka tygodni z jego managerem Eliasem , aż do czasu ukończenia osiemnastego roku życia. 
Nie spodziewa się, że przez absurdalny splot wydarzeń, pozna Rosie Thorne, która de facto, posiada jego plakat nad łóżkiem. 

No i, co myślę? 

Ciężko nie zacząć od wizualnej strony, bo wydana została po prostu bajecznie. Kiedy tylko przypomnę sobie o tej książce, to muszą ją wziąć w ręce i jeszcze raz - przyjrzeć się jej. Tytuł na przodzie okładki czy z boku jest holograficzny, co z pewnością wyróżnia się na tle innych wydań na mojej półce. Poza tym, rysunki na początkowych stronach były miłym zaskoczeniem. W związku z tym, wydawnictwo dostaje ode mnie 6+ za możliwość nacieszenia oka! 

Nie wiem dlaczego, ale ciągnie mnie do młodzieżówek w ostatnich miesiącach. Tę książkę super mi się czytało po pracy. Byłam zmęczona po całym dniu, a mimo wszystko, okrywałam się kocykiem w salonie, robiłam sobie herbatkę i mogłam się skupić na historii, bo nie jest ona wymagająca. Przeczytałam ją w ciągu trzech dni, ale! Myślę, że gdyby mnie bardziej wciągnęła, to spokojnie wystarczyłby dzień, aby się z nią zapoznać w całości. No właśnie, gdyby tylko historia mnie zaangażowała. 
Dużo nad nią myślałam, aby dobrze przekazać moje uczucia względem niej i dochodzę do jednego wniosku. Gdyby akcja skupiałaby się na pobocznych bohaterach, a nie głównych - to bardziej by mnie to zaangażowało. Nie mogę ukryć, że Vance i Rosie działali mi na nerwy, napiszę to wprost, bez żadnych eufemizmów. Pojawiały się przebłyski, kiedy byli jeszcze do przetrwania, np. scena w szopie, ona była akurat urocza! Aczkolwiek nadal nie zmienia to tego, że chętniej poczytałabym o tacie głównej bohaterki (którego jej przyjaciele nazywali "Kosmicznym tatą", co mnie urzekło, jak cała jego osoba), bo to właśnie na akcje z nim wyczekiwałam. 
Historia jest przewidywalna, ale wcale nie ujmuje to książce. Czasami takie rzeczy są potrzebne, nie zawsze trzeba czytać wybitnych tytułów i w żaden sposób nie jest to gorsze/lepsze. Mimo to, cieszyłam się przy ostatnich stronach. Nie tym, jak zakończyły się losy Rosie i Vance'a, ale że w ogóle dobrnęłam do końca. 

O czymś jednak muszę jeszcze wspomnieć. Jestem wrażliwa na pewne kwestie i tematy. Dlatego, gdy zobaczyłam, że tłumaczka wprowadziła czasowniki w formie "zaczęłobym", "powiedziołom", itd. to przyklasnęłam. Już tłumaczę. W języku polskim jest niemały problem z zaimkami dla osób niebinarnych. W języku angielskim używa się zaimków they/them. A w "Zaczytanej i Bestii" to Quinn jest takim człowiekiem, więc jestem naprawdę zadowolona, że tłumaczka nie poszła na łatwiznę. I jasne, są to normalne rzeczy, które nie powinny robić wrażenia, a mimo to, nie spotkałam się jeszcze w literaturze po polsku z przytoczonym przeze mnie zabiegiem. 

Z przykrością muszę skończyć tę recenzję, ale nie jestem zachwycona najnowszą pozycją od Ashley Poston. Jasne, jest dobra do poczytania po męczącym dniu, ale nie uważam, aby to była najlepsza młodzieżówka, jaką przeczytałam w swoim życiu. Co więcej, raczej musiałam się do niej zmuszać niż faktycznie czerpać radość z czytania. Ale wciąż - wygląda przepięknie na półce! 
Nie polecam, niestety, jednak jestem wdzięczna za możliwość zaspokojenia mojej ciekawości. 


Na koniec - chwalę się ostatnim, lalkowym zakupem. Tym razem V z Mattela, który wygląda po prostu cudowanie i w dodatku ma na sobie ciuchy, jakie sama chętnie założyłabym. Dlatego też, mam kolejnego, pięknego towarzysza na biurku! 

sách - książka
búp bê - lalka

Wszystkie zakładki, które widoczne są na zdjęciu, są autorstwa spells.book i uwielbiam je! 

Ściskam Was ciepło, 
Panda Fińsko-Chińska (i wietnamska, a co!)

Panda Wietnamska

  
Dzień dobry wszystkim! 
Dziś przychodzę z kilkoma informacjami, co się ze mną działo i dzieje. Jest to trochę aktualizacja wpisu z maja [o, ten], gdzie ekscytowałam się studiami i nadal miałam przed sobą maturę, dlatego wszystko było takie niepewne i otwarte. Za to od kilku dni - wiem, na czym się skupię przez następny rok.