Minirecenzje: 3 wietnamskie filmy


Wstęp 

Xin chào!
Nie byłabym sobą, gdybym angażowała się w naukę języka wietnamskiego, a przy tym nie obejrzała żadnego filmu z tamtego kraju lub nie przeczytała żadnej książki (jednak z tym na polskim rynku jest niemały problem, dlatego dopiero do mnie takowe idą z Anglii). 

Nie będę kłamać. Z kinem wietnamskim nie miałam praktycznie do czynienia. Tytuł, jaki mogłabym jeszcze tydzień temu wymienić, to jedynie skromna "Trzecia żona", a poza tym - guzik wiedziałam, co się działo/dzieje u nich w kinematografii. Powoli to zmieniam, co strasznie mnie intryguje, bo uwielbiam produkcje nietypowe (nie do końca wiem, czy to odpowiednie słowo) i niepopularne. 

Nie ukrywam też, że chętnie będę się dzielić w najbliższych miesiącach tytułami wietnamskimi. Dziś mam okazję przedstawić Wam trzy różne od siebie produkcje. Umieściłam je w kolejności; od najgorszego filmu do najlepszego (oczywiście, wszystko subiektywnie). Dlatego serdecznie zapraszam Was do czytania! 


"Trzecia żona" / 2018 rok

Dostępny na HBO GO! 

Fabuła: Akcja dzieje się w XIX wiecznym Wietnamie. Poznajemy młodziutką May, która zostaje tytułową trzecią żoną bogatego właściciela ziemskiego. Dziewczyna jednak zmuszona jest ukrywać pewien sekret. 

Moja opinia: To, co trzeba przyznać temu filmowi to fakt, iż cieszy oko. Kadry, kolory, światło - robi wrażenie i dzięki temu miło brnęło się przez seans, który, swoją drogą, nie trwa długo, bo zaledwie 96 minut. 
Fabularnie nie robi szału. Wydaje mi się, że z takiej historii można było spokojnie wyciągnąć coś więcej, np. rozwinąć poboczne wątki, chociażby dwóch poprzednich żon, ponieważ o nich nie dowiadujemy się zbyt wiele. Poza tym, nasza główna bohaterka boryka się z pewnym problemem. Zależy jej na tym, aby urodzić chłopca, bo to umocniłoby jej pozycję w rodzinie. Ten przerażający wątek, który oczywiście jest faktem historycznym i wiele chińskich filmów, jak popularne "Zawieście czerwone latarnie" ukazują go. Jednak mam wrażenie, iż tutaj i to zostało potraktowane pobieżnie. Dlatego, jak widzicie, wszystko w tym filmie, oprócz zdjęć, wzbudza poczucie niedosytu, który jest frustrujący. 

Uwaga! To będzie dziwne, ale mimo wszystko, polecam ten film. Jak wspomniałam, nie trwa długo, ale wydaje mi się odpowiedni na rozpoczęcie swojej przygody z kinem azjatyckim, bo wtedy może on wzbudzi lepszy, bardziej satysfakcjonujący odbiór niż osobie "siedzącej" we wschodniej kinematografii.  A po drugie, stroje i wietnamskie krajobrazy też robią swoje. 

Warto jednak zaznaczyć, że dla reżyserki Ash Mayfair "Trzecia żona" jest debiutem! 


"Goodbye Mother" / "Thưa Mẹ Con Đi" / 2019 rok


Fabuła: Van po dziewięcioletnim pobycie w Stanach Zjednoczonych wraca do swojej rodzinnej wioski w Wietnamie. Spotyka się ponownie ze swoją rodziną, m.in. z babcią chorującą na demencję, którą bardzo kocha, ale ta go nie poznaje. Jednak przyprowadza ze sobą Iana - Wietnamczyka wychowującego się w Ameryce. Mężczyźni nie przyznają się do tego, że łączy ich coś więcej niż przyjaźń. 

Moja opinia: Zacznijmy od tego, że film można znaleźć na Netflixie, ale na tym anglojęzycznym, na polskim nadal nie jest dostępny. W ogóle nie wiem, czy też to zauważyliście: na polskim Netflixie nie ma wielu, wielu, WIELU tytułów, które spokojnie można obejrzeć zagranicą. Niestety "Goodbye Mother" należy do tej listy. 

Największym plusem "Thưa Mẹ Con Đi" jest niewątpliwie relacja pomiędzy Vanem i Ianem, co zapewnia widzowi zaangażowanie emocjonalne w historię i perypetie głównych bohaterów. Poza tym, dialogi też zostały świetnie napisane. Nie tylko są zabawne, ale także inteligentne, pełne uczuć i przede wszystkim - realne. Co mam przez to na myśli? Ano to, że ja wierzę w pokazywane mi postacie. 
Musimy jednak coś sprostować. Przedstawia się ten film (np. na imdb) jako komedię, a dopiero potem wymienia się takie gatunki jak dramat czy romans. Mimo to, uważam, że sprawa ma się tak, jak w przypadku tajwańskiej produkcji "Dear Ex", gdzie sugeruje się widzowi poprzez tytuł (mam na myśli polski: "Czyim mężem był mój eks?"), że wchodzicie w seans, podczas którego będziecie się w większości śmiać. A jest na odwrót. "Goodbye Mother" to film poruszający niezwykle ważną i delikatną kwestię, jaką jest strach przed odrzuceniem. Dlatego ostrzegam przed tym! 

Czy polecam ten film? Jak najbardziej. Co prawda, myślałam, że bardziej mną poruszy na końcu, bowiem sądzę, iż zakończenie jest mocno przeciętne, ale! Bezdyskusyjnie uważam go za dobry i wart obejrzenia. Nawet ze względu na samą kreację postaci, która w tym przypadku jest na piątkę z plusem.

Dodatek: Pochwalę się także, że dzięki "Goodbye Mother" znalazłam na YouTube ciekawy, wietnamski kanał zajmujący się recenzją filmów. Jeśli ktoś ma ochotę posłuchać tego pięknego języka, to odsyłam tutaj: Phê Phim  (wystarczy kliknąć w nazwę po lewo!) 


"Rykszarz" / "Cyclo" / "Xích lô" / 1995 rok 

Fabuła: Film opowiada o młodym, ubogim rykszarzu, któremu pewnego dnia skradziono rikszę, przez co jego losy łączą się z miejscowym gangiem. 
W tle widz obserwuje także historię siostry głównego bohatera. Dziewczyna zmuszona jest pracować w najstarszym zawodzie świata. 

Moja opinia: Nie znoszę tego uczucia. Po prostu nie mogę przetrwać, kiedy coś tak strasznie mi się podobało, a w sumie to nawet ciężko jest mi napisać dlaczego. Czy to była kwestia kadrów? No, raczej nie, bo nie wyróżniał się pod tym względem (inna sprawa, jeśli mówimy o jakości - tak, to mam wrażenie jest dobrym zaskoczeniem jak na tamte lata). Może zarys fabularny? Też nie do końca. Jasne, brzmiało dla mnie intrygująco już od samego początku, ale nie sądzę, żeby to właśnie ono było prowodyrem mojego zachwytu. 
W chwili, gdy jestem prawie tydzień po seansie przychodzi mi do głowy jedno słowo - symbolika. Symbolika, drugie dno, ciekawie rozpisane postacie - ta mieszanka jest idealną mieszanką dla mojego mózgu emocjonalnego. Moi Drodzy, ten film nie jest łatwy. Ale zapewniam - jest wyjątkowy, o czym mogą minimalnie świadczyć powyższe zdjęcie i zdjęcie główne tego postu. 
Szczerze pisząc, doceniam "Rykszarza" coraz bardziej wraz z upływem dni. Bo jednego nie mogę odmówić, myślę o nim cały czas! 

Tony Leung (znany m.in. z "Spragnieni miłości", "Chungking Express" i "Ostrożnie, pożądanie" - wszystkie te tytuły są genialne, polecam) - to hongkońskie nazwisko sprawiło, że gdy zobaczyłam je na tle wietnamskich słów, to nie zawahałam się ani chwili, aby obejrzeć "Rykszarza". Poza tym, miło usłyszeć język wietnamski w jego wykonaniu! Myślałam, że może potrafi mówić w tym języku, dlatego wystąpił w "Cyclo", ale potem dotarłam do jednego z wywiadów, gdzie padają następujące słowa: 

"There was another film where I had to speak Vietnamese. It’s horrible! [laughs] I have to memorise all the words because I don’t understand them. " Parafrazując: musiał nauczyć się słów na blachę, bo ich po prostu nie rozumiał. (a nawet było tak z mandaryńskim! czyli urzędowym językiem Chin, ponieważ dla Tony'ego ojczystym językiem jest kantoński).  


Na sam koniec chcę tylko wyrazić swoje zauroczenie wyglądem aktora (Le Van Loc), grającego główną rolę w "Rykszarzu", czyli w jedynym tytule w życiu, w jakim wystąpił. (niestety)

Tyle miałam do przekazania. Kino wietnamskie zrobiło na mnie wrażenie już od samego początku, więc proszę się spodziewać więcej takich minirecenzji! 
A teraz zabieram się za czytanie, bo zakupiłam ostatnio książkę "Hurt & Comfort" Weroniki Łodygi i nie mogę się doczekać, aż o niej co nieco napiszę na Pandzi! 

Trzymajcie się ciepło, 
Panda Fińsko-Chińska (i wietnamska) 

18 komentarzy:

  1. Drugi film bardzo mnie zainteresował i będę chciała go zobaczyć. 😊

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie ten ostatnim film zaciekawił- właśnie przez "to coś "co się podobało Tobie w filmie - znam to uczucie, miałam je przy kilku filmach czy serialach 😉
    Czekam na kolejne recenzje 😘
    Mam nadzieję że kiedyś uda mi się zapoznać z tą angielską wersją Netflixa-jakoś ostatnio wogule ciężko mi się zabrać za oglądanie seriali w necie
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Nigdy nie oglądałam wietnamskich filmów. Twój blog za każdym razem bardzo mnie do nich zachęca, ale gdzie mogę je obejrzeć? Mam wielką ochotę na pierwszy i ostatni film te historie bardzo mnie intrygują.

    Pozdrawiam,

    weruczyta

    OdpowiedzUsuń
  4. Przyznam, że to kompletnie nie mój
    klimat :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Już tyle filmów od Ciebie mam gdzieś na kartce spisanych, ale ciągle brak mi czasu. Te również dopisuję, ponieważ bardzo mnie zaciekawiły zarysy fabuły :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie miałam jeszcze styczności z wietnamskim kinem ale może z ciekawości bym coś obejrzała w wolnej chwili :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Szczerze mówiąc to ja z filmami jestem raczej na bakier. Jestem na etapie oglądania klasyków, których po prostu wstyd nie znać. Ale nie zaprzeczę, jestem teraz zainteresowana, szczególnie filmem "Rykszarz". Pewnie obejrzę go szybciej niż Gwiezdne wojny czy Harrego Pottera 🙈
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie wiem, czy znam jakikolwiek film wietnamski, choć co jakiś czas skuszę się jakieś dzieło azjatyckie. Obejrzałabym ten drugi, on zainteresował mnie najbardziej. Zawsze to nowe doświadczenie.

    Lubię azjatycki typ urody, choć bardziej w stronę japońskiego niż np. filipińskiego. Z drugiej strony, pamiętam szybsze bicie serca przy oglądaniu wicemistera świata z 2012 roku ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie oglądałam chyba żadnej wietnamskiej produkcji do tej pory. Z Twojego opisu zapowiada się jednak, że może to być ciekawe doświadczenie. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Wydaje mi się, że słyszałam coś o Rykszarzu, ale zupełnie nie mogę skojarzyć przy jakiej okazji ;<

    Co do "Goodbye Mother" zestawienie samego tego tytułu ze słowem komedia jest mocno kontrastujące i każe się zastanowić, czy tytuł jest być może niedobrze dobrany czy określenie gatunkowe powinno zostać zmienione.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Totalnie się zgadzam, jeśli chodzi o zmienienie gatunku tego filmu na forach!

      A "Rykszarza" polecam bardzo :)

      Usuń
  11. Nigdy nie widziałem wietnamskiego filmu. Ale historia drugiego filmu przyciągnęła moją ciekawość, żeby go obejrzeć.
    Dziękuję za polecenie.

    Pozdrowienia z Indonezji.

    OdpowiedzUsuń
  12. korci mnie to kino wietnamskie:) inne niż nasze na pewno warte uwagi i przemyśleń po seansie:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie oglądałam żadnego z tych filmów, ale ostatni mnie zaciekawił :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Jeszcze nigdy nie oglądałam żadnego wietnamskiego filmu. Chyba nawet nie kojarzę żadnego z tych tytułów . Skoro to kino wywołało na Tobie takie wrażenie to może obejrzę jakiś z filmów, które proponujesz :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  15. Nigdy nie oglądałam wietnamskich filmów, ale po twoich recenzjach chyba na jakiś się skuszę.

    OdpowiedzUsuń
  16. Bardzo dawno nie oglądałam żadnego filmu, nie mam czasu na telewizję :D
    Pamiętam jednak, że kiedyś oglądałam bardzo wzruszający wietnamski film, tylko nie pamiętam jak się nazywał. Zauważyłam, że w tych filmach jest bardzo dużo uczuć i jeszcze więcej morału. Pamiętam, że po filmie który obejrzałam to przez tydzień nad nim myślałam.

    OdpowiedzUsuń

"Niech pan oczyści swój umysł. Niech pan będzie bezkształtny jak woda. Gdy wleje pan wodę do filiżanki, staje się filiżanką; gdy wleje ją pan do butelki, staje się butelką; gdy wleje ją pan do imbryka, staje się imbrykiem. Otóż woda może płynąć albo może niszczyć. Bądź jak woda, przyjacielu."